Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Ten kryzys nie przyszedł nagle

Jeśli demokracja i jej elity tracą w oczach obywateli prawomocność, to dlatego, że przez dziesięciolecia owe elity robiły z demokracji pośmiewisko, wmawiając nam, że rażące nierówności są naturalnym i właściwym stanem rzeczy.

ObserwujObserwujesz
Ronald Reagan i Margaret Thatcher
9
Serce
Celnie!

7

To kryzys liberalnego porządku! A nawet więcej – jego upadek!

Pewnie często natykacie się w ostatnich miesiącach na tę tezę. Najczęściej pada ona w odniesieniu do USA pod rządami trumpizmu-muskizmu, ale także w kontekście rosnącej popularności ruchów skrajnej prawicy w Europie.

Kłopot w tym, że już samo nazywanie tej sytuacji „kryzysem liberalnego porządku” okazuje się częścią problemu. Bo w rzeczywistości upada coś więcej – wielka obietnica polityczna, na której opierały się powojenne demokracje. A ten proces zaczął się na długo przed Trumpem, Orbánem czy Kaczyńskim.

Czytaj także Krach liberalnego porządku: jak to się stało? Michael C. Williams

„Niezgodne z ideami naszego pokolenia”

Nie ulega wątpliwości, że chwieją się fundamenty liberalnego porządku ukształtowanego po 1945 roku. USA okopują się cłami i traktują Europę jak ideowego wroga, tradycyjne demokracje skręcają w stronę autorytaryzmu, a podstawowe wolności obywatelskie znajdują się pod coraz silniejszym ostrzałem.

Warto jednak pamiętać o jednym: porządek, którego upadek tak wielu dziś opłakuje, nie był oparty wyłącznie na wartościach liberalnych, lecz także – i to w równym stopniu – na wartościach socjalnych.

Nie jest przypadkiem, że powszechne prawo głosu, ochrona mniejszości czy liberalne instytucje zaczęły stawać się zachodnią normą mniej więcej w tym samym czasie – czyli w latach 20., 30. I 40. XX wieku – co powszechne systemy ochrony zdrowia, podstawowe prawa pracownicze czy podatki progresywne.

Ludzie, którzy w pierwszej połowie XX wieku budowali współczesne demokracje, zdawali sobie sprawę, że porządek demokratyczny, jeśli ma się utrzymać, musi opierać się na dwóch filarach – liberalnym i socjalnym. Amerykański filozof John Dewey pisał w wydanej w 1935 roku książce Liberalism and Social Action:

„U podstaw zawłaszczenia materialnych zasobów społeczeństwa przez nielicznych leży także zawłaszczenie – przez tych samych nielicznych i dla własnych celów – zasobów kulturowych i duchowych, które nie są wytworem jednostek, lecz rezultatem zbiorowej pracy ludzkości. Nie ma sensu mówić o porażce demokracji, dopóki nie zrozumiemy źródeł tej porażki i nie podejmiemy kroków na rzecz takiej organizacji społecznej, która będzie sprzyjać uspołecznionemu rozwojowi inteligencji”.

W tym samym roku prezydent Franklin D. Roosevelt skierował do Kongresu list otwarty, w którym wzywał do wyższego opodatkowania najbogatszych:

„Bez masowej współpracy wielkie nagromadzenia bogactwa byłyby niemożliwe – poza przypadkami chorej spekulacji” – i dodawał: „Dziedziczona władza ekonomiczna jest tak samo niezgodna z ideałami naszego pokolenia, jak dziedziczona władza polityczna była niezgodna z ideałami pokolenia, które stworzyło nasze państwo”.

Czytaj także Zima, po której przyszła Thatcher Jakub Majmurek

Europa Zachodnia wyciągnęła podobne wnioski. Świadomie oparła stabilność powojennej demokracji na państwie dobrobytu. Europejczycy poszli nawet dalej niż Amerykanie, którzy wprawdzie pod wieloma względami wytyczyli szlak – zwłaszcza w zakresie wysokiej progresji podatkowej – ale pozostali daleko w tyle w kwestii instytucjonalnego zakotwiczenia redystrybucji majątku.

Sukces zachodnich demokracji po 1945 roku tak zawrócił w głowach niektórym politykom, komentatorom i prezesom, że kilka dekad później uznali, iż mogą pozbyć się tego drugiego filaru. W dojściu do takiego wniosku pomogli im ekonomiści wychowani na ideach Friedricha Hayeka i cała armia sponsorowanych przez miliarderów think tanków, które uznały –  co za zbieg okoliczności! – że nic nie pomoże tak gospodarce, jak obniżanie tym miliarderom zobowiązań podatkowych i ograniczenie regulacji nakładanych na ich firmy. Kryzys naftowy z lat 70. zachwiał ekonomicznymi podstawami państw dobrobytu na tyle, że wystarczająco wielu polityków było gotowych słuchać tych rad.  Pod ich wpływem zaczęli traktować zabezpieczenia socjalne nie jako warunek stabilności demokracji, lecz jako koszt, który należy ograniczyć.

Zanim tzw. prawicowi populiści zaczęli podważać podstawy państwa prawa i coraz otwarciej posługiwać się rasistowskim językiem, partie głównego nurtu niemal całkowicie roztrwoniły powojenne osiągnięcia w dziedzinie redukcji nierówności społecznych i regulacji wielkich korporacji. Zamiast rozbudowywać system usług publicznych – zaczęły go prywatyzować.

Dziś nagle ci sami politycy i komentatorzy załamują ręce: „Ojej, co ten Trump? Co ten Musk? Co ta Dolina Krzemowa?”.

Słowo na „f”

W pewnym sensie zatoczyliśmy koło i znaleźliśmy się w sytuacji uderzająco podobnej do tej z początku XX wieku. Choćby dlatego, że poziom nierówności społecznych znów wymknął się spod kontroli. Jak czytamy w najnowszym raporcie World Inequality Lab:

„Od lat dziewięćdziesiątych XX wieku majątek miliarderów i multimilionerów zwiększał się w tempie około ośmiu procent rocznie – niemal dwukrotnie szybciej niż majątek dolnej połowy społeczeństwa. Najubożsi odnotowali pewne, skromne zyski, ale zostały one przyćmione przez nadzwyczajną akumulację bogactwa na samym szczycie”.

Liberalna pycha także nie jest niczym nowym. Pozwólcie, że raz jeszcze sięgnę po słowa Johna Deweya z 1935 roku:

„Niedługo po tym, jak liberalne zasady sformułowano jako wieczne prawdy, liberalizm stał się narzędziem uprzywilejowanych interesów, używanym w opozycji wobec dalszych zmian społecznych – rytuałem pustych deklaracji – albo został rozbity przez nowe siły, które się pojawiły.”

Czy te słowa nie brzmią dziś zaskakująco aktualnie?

Czytaj także Majewska: Faszyzm jest koniecznym rewersem neoliberalizmu Ewa Majewska

Przez ostatnie kilka dekad najprostszym sposobem rozpoznania liberalnych obrońców kapitalizmu było to, że wyśmiewali każdy ambitniejszy pomysł ograniczania nierówności społecznych. Nieważne, czy chodziło o podatki majątkowe, jakąś wersję dochodu podstawowego czy masowe inwestycje w usługi publiczne. Wszystko to było dla nich absurdalne, radykalne, pachniało komunizmem albo – w polskim wariancie – PRL-em.

Bardzo wymowny był jeden z tegorocznych paneli w Davos, poświęcony paralelom między obecną sytuacją a kryzysami z początku XX wieku. Laurence Douglas Fink, współprzewodniczący Światowego Forum Ekonomicznego, oraz Kenneth C. Griffin, większościowy udziałowiec Citadel LLC, przyznawali, że widzą te analogie. Mówili jednak tak, jakby był to problem czysto finansowy: wielkość inwestycji, poziom długu publicznego, nastroje na giełdzie.

Dwoje innych panelistów – historyk Adam Tooze oraz szefowa Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde – miało odwagę poruszyć kwestie realnych obaw zwykłych obywateli. Szczególnie Tooze, który po niemal pół godzinie grzecznościowej wymiany opinii wypowiedział wreszcie na głos słowo, o którym wszyscy myślą, gdy mowa o analogiach do pierwszej połowy dwudziestego wieku: faszyzm.

Nie chodzi o prostą analogię w rodzaju: „wtedy rodził się faszyzm, dziś rodzi się faszyzm, więc strzeżmy się”. Popularność skrajnych partii i polityków – jakkolwiek tę skrajność nazwiemy, słowem na „f” czy nie – jest objawem głębszego kryzysu. Współczesne demokracje i ich elity tracą w oczach obywateli społeczną prawomocność.

Dlatego coraz więcej ludzi spogląda w stronę ugrupowań gotowych wywrócić stolik – albo przynajmniej deklarujących, że chcą to zrobić. Część najpotężniejszych graczy, jak Elon Musk, już to zrozumiała. Inwestują ogromne pieniądze w to, by ten gniew przekierować – na migrantów, „lewicowe” media czy osoby transpłciowe. Wszystko jedno, byle tylko obywatele nie połapali się, kto naprawdę odebrał im obietnicę dobrobytu – i nie zaczęli mówić wprost o realnych centrach władzy i wpływu – takich jak Musk.

Czytaj także Być jak Elon Musk. Mesjasz czy patoinfluencer kapitalizmu? Filip Konopczyński

Nie ufajcie odciągaczom uwagi

Na grzecznościowych dyskusjach w Davos wciąż unika się tego tematu, ale dla coraz większej liczby osób staje się on oczywisty. Niedawno dziennikarz „Financial Timesa” Martin Wolf, którego trudno podejrzewać o antyrynkowy radykalizm, stwierdził wprost:

„W tym sensie Marks miał rację. Ogromne bogactwo skoncentrowane w rękach stosunkowo wąskiej klasy właścicieli, zwłaszcza korporacji, przekłada się na ogromną władzę polityczną. Widać to szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie w praktyce pozwolono im przejąć Sąd Najwyższy poprzez gigantyczne transfery pieniędzy do polityki. To sprawia, że niezwykle trudno zbudować koalicję zdolną przeciwstawić się oligarchicznemu kapitalizmowi”.

Podobnie pisze George Monbiot: „Skrajne nierówności tworzą klasę Epsteina – globalnych drapieżników, którzy eksploatują resztę społeczeństwa finansowo, ale też na inne sposoby. Wytwarzają etos, który nie uznaje już wspólnego człowieczeństwa […], a empatię traktuje jako fundamentalną słabość zachodniej cywilizacji”. Monbiot znów przywołuje tu Elona Muska, który lubuje się w nazywaniu rozmaitych grup ludzi pojęciem zaczerpniętym z gier komputerowych: „NPC”, czyli postaciami niegrywalnymi. Te postacie zawsze są gdzieś z boku, ale robią tylko to, do czego zostały zaprogramowane, nie mając żadnej własnej „woli” ani żadnego wpływu na wynik gry.

Demokracje początku XX wieku musiały w końcu uznać, że odrzucanie „skrajności z lewej i prawej” nie wystarcza. Realną odpowiedzią okazała się realizacja części owych lewicowych „skrajności” – od powszechnej opieki zdrowotnej po progresywne podatki.

Czytaj także Jak działa faszyzm Jason Stanley

Dziś znów stoimy przed podobnym wyborem, ale zamiast mierzyć się z realnym problemem – koncentracją władzy i bogactwa – zbyt często słuchamy zawodowych „odciągaczy uwagi”, wskazujących winnych wszędzie indziej.

Przez dekady wmawiano nam, że demokracje mogą sprawnie funkcjonować w społeczeństwach zdominowanych przez garstkę miliarderów. A gdy ten model się rozpada, winą obarcza się wszystko i wszystkich – od zaimków po nastoletnich aktywistów klimatycznych – zamiast zapytać, kto czerpał polityczne i ekonomiczne korzyści z tego układu.

Kryzys zachodnich demokracji nie przyszedł ze strony środowisk zbuntowanych aktywistów, lecz ze strony ludzi promowanych w mediach głównego nurtu, wykształconych na najlepszych uniwersytetach, zarządzających największymi korporacjami i kumplujących się z politycznymi elitami największych partii. To jest historia Trumpa, J.D. Vance’a i całego ich zaplecza w Partii Republikańskiej, z konserwatywnymi sędziami Sądu Najwyższego włącznie. To jest historia Muska i bonzów z Doliny Krzemowej wspierających Trumpa i dążących do słabienia Unii Europejskiej. To jest historia wielu polityków europejskiej skrajnej prawicy, jak Nigel Farage w Wielkiej Brytanii.

Wygodnie jest myśleć, że nasze obecne problemy – ten tzw. upadek liberalnego porządku – to efekt naporu marginalnych dotąd skrajności albo dziwacznych osobowości kilku aktorów politycznych. Tyle że to nie jest historia o kryzysie wywołanym z zewnątrz, lecz o kryzysie, który pochodzi z samego finansowego, medialnego i politycznego centrum zachodnich demokracji.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
9 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
Nutria Ludojad
Nutria Ludojad
2026-02-04 09:03

Kwestii kulturowo – obyczajowych autor nie zauważa? Tego że „obóz postępowy” docisnął gaz do dechy i włączył dopalacze?
„Osoby studenckie”, entuzjazm dla wszelkiej migracji z Trzeciego Świata, poczucie winy wobec całej historii jako obowiązkowy dyskurs na Zachodzie, krytyczna teoria rasy, zarzynanie europejskiego przemysłu bo „planeta płonie”, fluidgendery, ksenogendery i osobiszcze rzecznicze, „osoby z macicami” i mężczyźni w ciąży…
I tak dalej. Bardzo wielu Europejczyków czy Amerykanów ma tego dość. Ma poczucie że za dużo i za szybko. Akcja – reakcja. Stąd alt right czerpie siły…

malinowa.2009
2026-02-04 10:56
Odpowiedź do  Nutria Ludojad

No tak, świat się „sypie” od używania określenia „osoby z macicami” i podobnych. Logiczne 😉
To są wszystko opisane w artykule „odciągacze uwagi/ winy”.

Krytyczna teoria rasy Amerykanom, czy grupom, które na tym korzystały b. potrzebne (chyba, że ktoś chce/ oczekuje białej supremacji)…

Ostatnio edytowane 20 dni temu przez malinowa.2009
Nutria Ludojad
Nutria Ludojad
2026-02-04 12:51
Odpowiedź do  malinowa.2009

Owszem, wielu osobom świat się sypie z powodu „niebinarnych osobiszcz” i „osób z macicami”. I co? Skancelujesz? Te wszystkie pomysły postępowców (jest jeszcze „zawłaszczenie kulturowe” , „depresja klimatyczna”, „osoby w drodze” i Kleopatra VII jako Murzynka 😅 ) napędzają wyborców alt-rightowi.
Co do krytycznej teorii rasy, to jest to przejaw chorego kultywowania poczucia winy Zachodu za całą swoją historię. Jakoś Arabowie nie mają sobie niczego do zarzucenia w kwestii łapanie niewolników od Sycylii po Islandię, co? A Zulusi są bardzo dumni z króla Czaki, który prowadził politykę bezwzględnego podboju i eksterminacji. Ale my mamy się bić w piersi do końca świata i jeden dzień dłużej za za Leopolda II i Cortesa…

Ostatnio edytowane 19 dni temu przez Nutria Ludojad
Mateusz Madej
2026-02-04 11:09
Odpowiedź do  Nutria Ludojad

Zgodzić się można jedynie co do migracji, ale masowa imigracja oraz pozostawienie imigrantów na nieasymilującym się marginesie, a także wszystkie tego skutki, to są właśnie objawy polityki abdykującego państwa, jaka od lat 70. XX wieku jest budowana przez zachłyśnięte neoliberalizmem elity polityczne i gospodarcze.

Co do reszty, to większości napompowane do kosmicznych rozmiarów fantazje. Przy czym podatność społeczeństwa i mediów na dezinformację oraz postprawdę to także zasługa naszych wspaniałych elit. W każdym razie polecam tutaj np. książkę: „Ideologia, której nie było. Kto straszy w Polsce Gender”, autorstwa Puchały oraz Witkowskiego.

gimailtoszajs
2026-02-04 18:52
Odpowiedź do  Mateusz Madej

Co do imugracji Zachód popełnił rozliczne błędy. Podstawowy polegał na tym, że przyjmował ludzi z różnych, bardzo od swojej, kultur i nic nie wymagał od nich. Żadnego dostosowania. Płacił benefity i myślał, że ułoży się, zintegrują sie. Tak jak do tej pory bywało. To był błąd bo w dobie technologii informacyjnych ci ludzie cały czas są bardziej osadzeni w krajach pochodzenia niż osiedlenia. Co więcej ze względu na swą liczebność zaimportowali też swoje sieci rodzinne i kulturowe tworząc samoistny świat.
Sam kiedyś tak naiwnie myślałem. Ot, przyjadą tak jak ja do Irlandii, znajdą pracę, pub, znajomych.
Szwagier uśmiadomił mi, że to mrzonki. Ci ludzie przybywają z CAŁYM swoim światem i wcale nie uważają, że mają się do zastanej sytuacji dostosowywać. Jako przykład pokazał mi swoją historię: wynajmował dom i szukał współlokatora. Akurat pierwszym, który się zgłosił i wzbudził zaufanie był Irakijczyk. Człowiek wykształcony, miał pracę. Przez 3 miesiące bardzo sympatycznie się im mieszkało aż..Ów współlokator zechciał sprowadzić swoją żonę. Szwagier nawet wielce nie rozważając wyraził zgodę. Ale.. Zaczęło być dziwnie bo żona cały czas przebywała w pokoju. Widział ślady jej aktywności ale…W końcu ów Irakijczyk nie wytrzymał i ZAŻĄDAŁ od szwagra by ten ograniczył swoje aktywności w przestrzeniach wspólnych bo to ruinuje jego życie rodzinne np. żona nie może mu podać obiadu (a obaj o podobnej porze wracali do domu).
To był koniec szwagrowego multikulti.

Mateusz Madej
2026-02-04 11:22

Bardzo dobry artykuł. Warto w tym miejscu polecić książkę „Rozkład. O niedemokracji w Ameryce” Piotra Tarczyńskiego. W jej treści autor doskonale opisał właśnie te procesy na przykładzie Stanów Zjednoczonych.

gimailtoszajs
2026-02-04 12:04

Autor ma rację co do przyczyn ale to co dalej…
Można powiedzieć, że po II WŚ demokracje Zachodu w ogromnym zakresie spełniły swą ,,wielką obietnicę”. Stworzyły państwo opiekuńcze (Europa) albo chociaż państwo równych szans (USA). Dalej było paskudne slowo na literę ,,s” a na to klasy wyższe nie mogły pozwolić. Przekonał się o tym S. Allende, przekonał się też w swej pierwszej kadencji prezydenckiej F. Mitterand. Można powiedzieć, że lewica wypelniła w dużej mierze spełniła swoje cele a więc pozostało ,,co dalej”. Dlatego rację ma @Nutria.
Gdy nastąpiła neoliberalna kontrrewolucja – zwalniano robotników, duszono ruch związkowy, polityka gospodarcza stała się bezalternatywną (TINA) to lewica ruszyła do epickiego boju o dżendery, imigrantów etc. Skoro ci walczyli o to, to prawica ruszyła z kontruderzeniem. Obie strony zwierały się w co raz gorętszym starciu, z co raz większą agresją werbalną. Finał opisał Autor. Pomimo co raz gorętszego sporu, wobec braku zmiany gospodarczych pryncypiów, walczącym o pozycje polityczne pozostawało eskalowanie wojny kulturowej. Rzecz w tym, że bardzo długo obie (co raz agresywniejsze) strony pozostawały jednakowymi faworytami neoliberalnej opinii aż w końcy co raz skrajniejsza prawica zaproponował Wielki Deal oligarchii czyli w zasadzie zero ograniczeń.
To dlatego biała, zredukowana i zdegradowana klasa pracująca głosuje na Trumpa: bo Demokraci NIC DLA NIEJ NIE ZROBILI. Trump za to brzmi jakby coś im oferował…

dg30
2026-02-04 18:47

Dr Markiewka, jak też Szanowni Dyskutanci, pomijają problemy najbardziej fundamentalne.
(1) Przemiany demograficzne. Trwa proces nazywany przez demografów „drugim przejściem demograficznym”, a który mniej eufemistycznie można nazwać powolnym wymieraniem zamożnych społeczeństw. W ich miejsce przychodzą imigranci, co wynika z potrzeb gospodarczych, ale rodzi szereg całkiem poważnych problemów. Jednym z aspektów tego problemu jest wzrost udziału wydatków emerytalnych w PKB i w wydatkach publicznych. Rodzi to wielki dylemat polityki społecznej, czy przeznaczać publiczne fundusze na emerytury i usługi dla emerytów czy raczej na wydatki rozwojowe. Pisze o tym całkiem zajmująco Peter H. Lindert w książce „Making Social Spending Work” (p. dr Markiewka jest proszony o jej przeczytanie). To są problemy wykraczające poza proste podziały rysowane przez toruńskiego filozofa.
(2) Wielkim problemem jest dezindustrializacja krajów cywilizacji zachodniej. Jest ona jednym ze skutków procesu GATT/WTO, który generalnie jest korzystny dla ludzkości, (tu polecam książkę „The Economic Government of the World” Martina Dauntona), powoduje jednak ogromne problemy w krajach kultury zachodniej. Nie da się wiele powiedzieć o tym w komentarzu. Wspomnę tylko o jednym, tzw. Zachód ma niemały kłopot z wyprodukowaniem broni i amunicji, którą mógłby dostarczyć Ukraińcom, którzy walczą o utrzymanie cywilizacji bliskiej tak mnie, jak i dr Markiewce oraz dziewczynom z korekty w KP.

Gość
Burdon
2026-02-05 13:48

Uwielbiam iść pod prąd, zatem zastanawiam się usilnie po co te historyczne odniesienia do sytuacji tu i teraz.Łatwo oprzeć się na przeszłości, poczytać tego czy innego myśliciela i wkleić do aktualnej sytuacji przy okazji mądrzyć się i dawać recepty i rozwiązania.Każdy ma jedno życie, które wiecznym nie jest i zatem ma w d….e co było 500 czy 200 la temu , ale jak obecni rządzący potrafią ułatwić im codzienny trud.
Dla nich wiarygodny staje się Braun gaszący świece chanukowe, bo niby dlaczego w polskim sejmie mają odbywać się gusła.Co by autor artykułu zrobił, gdybym przyszedł do jego domu i wyłączył prąd l, zapalając lampy naftowe.
Przykładów jest tysiące by wykazać obojetnosc rządzących na problemy rządzonych. To trzeba promować.
Chcesz historii idź do szkoły i ucz.
Wszelkiej maści dziennikarze, publicyści tzw opisywacze świata mocą ludziom w głowach, c..j wie w jakim celu.
Oczywiście nie wszyscy.Na portalu KP są również i na szczęście tacy dla których współczesność jest nadrzędna.Nie wymieniam, bo może tego nie chcą.