To kryzys liberalnego porządku! A nawet więcej – jego upadek!
Pewnie często natykacie się w ostatnich miesiącach na tę tezę. Najczęściej pada ona w odniesieniu do USA pod rządami trumpizmu-muskizmu, ale także w kontekście rosnącej popularności ruchów skrajnej prawicy w Europie.
Kłopot w tym, że już samo nazywanie tej sytuacji „kryzysem liberalnego porządku” okazuje się częścią problemu. Bo w rzeczywistości upada coś więcej – wielka obietnica polityczna, na której opierały się powojenne demokracje. A ten proces zaczął się na długo przed Trumpem, Orbánem czy Kaczyńskim.
„Niezgodne z ideami naszego pokolenia”
Nie ulega wątpliwości, że chwieją się fundamenty liberalnego porządku ukształtowanego po 1945 roku. USA okopują się cłami i traktują Europę jak ideowego wroga, tradycyjne demokracje skręcają w stronę autorytaryzmu, a podstawowe wolności obywatelskie znajdują się pod coraz silniejszym ostrzałem.
Warto jednak pamiętać o jednym: porządek, którego upadek tak wielu dziś opłakuje, nie był oparty wyłącznie na wartościach liberalnych, lecz także – i to w równym stopniu – na wartościach socjalnych.
Nie jest przypadkiem, że powszechne prawo głosu, ochrona mniejszości czy liberalne instytucje zaczęły stawać się zachodnią normą mniej więcej w tym samym czasie – czyli w latach 20., 30. I 40. XX wieku – co powszechne systemy ochrony zdrowia, podstawowe prawa pracownicze czy podatki progresywne.
Ludzie, którzy w pierwszej połowie XX wieku budowali współczesne demokracje, zdawali sobie sprawę, że porządek demokratyczny, jeśli ma się utrzymać, musi opierać się na dwóch filarach – liberalnym i socjalnym. Amerykański filozof John Dewey pisał w wydanej w 1935 roku książce Liberalism and Social Action:
„U podstaw zawłaszczenia materialnych zasobów społeczeństwa przez nielicznych leży także zawłaszczenie – przez tych samych nielicznych i dla własnych celów – zasobów kulturowych i duchowych, które nie są wytworem jednostek, lecz rezultatem zbiorowej pracy ludzkości. Nie ma sensu mówić o porażce demokracji, dopóki nie zrozumiemy źródeł tej porażki i nie podejmiemy kroków na rzecz takiej organizacji społecznej, która będzie sprzyjać uspołecznionemu rozwojowi inteligencji”.
W tym samym roku prezydent Franklin D. Roosevelt skierował do Kongresu list otwarty, w którym wzywał do wyższego opodatkowania najbogatszych:
„Bez masowej współpracy wielkie nagromadzenia bogactwa byłyby niemożliwe – poza przypadkami chorej spekulacji” – i dodawał: „Dziedziczona władza ekonomiczna jest tak samo niezgodna z ideałami naszego pokolenia, jak dziedziczona władza polityczna była niezgodna z ideałami pokolenia, które stworzyło nasze państwo”.
Europa Zachodnia wyciągnęła podobne wnioski. Świadomie oparła stabilność powojennej demokracji na państwie dobrobytu. Europejczycy poszli nawet dalej niż Amerykanie, którzy wprawdzie pod wieloma względami wytyczyli szlak – zwłaszcza w zakresie wysokiej progresji podatkowej – ale pozostali daleko w tyle w kwestii instytucjonalnego zakotwiczenia redystrybucji majątku.
Sukces zachodnich demokracji po 1945 roku tak zawrócił w głowach niektórym politykom, komentatorom i prezesom, że kilka dekad później uznali, iż mogą pozbyć się tego drugiego filaru. W dojściu do takiego wniosku pomogli im ekonomiści wychowani na ideach Friedricha Hayeka i cała armia sponsorowanych przez miliarderów think tanków, które uznały – co za zbieg okoliczności! – że nic nie pomoże tak gospodarce jak obniżanie tym miliarderom zobowiązań podatkowych i ograniczenie regulacji nakładanych na ich firmy. Kryzys naftowy z lat 70. zachwiał ekonomicznymi podstawami państw dobrobytu na tyle, że wystarczająco wielu polityków było gotowych słuchać tych rad. Pod ich wpływem zaczęli traktować zabezpieczenia socjalne nie jako warunek stabilności demokracji, lecz jako koszt, który należy ograniczyć.
Zanim tzw. prawicowi populiści zaczęli podważać podstawy państwa prawa i coraz otwarciej posługiwać się rasistowskim językiem, partie głównego nurtu niemal całkowicie roztrwoniły powojenne osiągnięcia w dziedzinie redukcji nierówności społecznych i regulacji wielkich korporacji. Zamiast rozbudowywać system usług publicznych – zaczęły go prywatyzować.
Dziś nagle ci sami politycy i komentatorzy załamują ręce: „Ojej, co ten Trump? Co ten Musk? Co ta Dolina Krzemowa?”.
Słowo na „f”
W pewnym sensie zatoczyliśmy koło i znaleźliśmy się w sytuacji uderzająco podobnej do tej z początku XX wieku. Choćby dlatego, że poziom nierówności społecznych znów wymknął się spod kontroli. Jak czytamy w najnowszym raporcie World Inequality Lab:
„Od lat dziewięćdziesiątych XX wieku majątek miliarderów i multimilionerów zwiększał się w tempie około osiem procent rocznie – niemal dwukrotnie szybciej niż majątek dolnej połowy społeczeństwa. Najubożsi odnotowali pewne, skromne zyski, ale zostały one przyćmione przez nadzwyczajną akumulację bogactwa na samym szczycie”.
Liberalna pycha także nie jest niczym nowym. Pozwólcie, że raz jeszcze sięgnę po słowa Johna Deweya z 1935 roku:
„Niedługo po tym, jak liberalne zasady sformułowano jako wieczne prawdy, liberalizm stał się narzędziem uprzywilejowanych interesów, używanym w opozycji wobec dalszych zmian społecznych – rytuałem pustych deklaracji – albo został rozbity przez nowe siły, które się pojawiły.”
Czy te słowa nie brzmią dziś zaskakująco aktualnie?
Przez ostatnie kilka dekad najprostszym sposobem rozpoznania liberalnych obrońców kapitalizmu było to, że wyśmiewali każdy ambitniejszy pomysł ograniczania nierówności społecznych. Nieważne, czy chodziło o podatki majątkowe, jakąś wersję dochodu podstawowego czy masowe inwestycje w usługi publiczne. Wszystko to było dla nich absurdalne, radykalne, pachniało komunizmem albo – w polskim wariancie – PRL-em.
Bardzo wymowny był jeden z tegorocznych paneli w Davos, poświęcony paralelom między obecną sytuacją a kryzysami z początku XX wieku. Laurence Douglas Fink, współprzewodniczący Światowego Forum Ekonomicznego, oraz Kenneth C. Griffin, większościowy udziałowiec Citadel LLC, przyznawali, że widzą te analogie. Mówili jednak tak, jakby był to problem czysto finansowy: wielkość inwestycji, poziom długu publicznego, nastroje na giełdzie.
Dwoje innych panelistów – historyk Adam Tooze oraz szefowa Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde – miało odwagę poruszyć kwestie realnych obaw zwykłych obywateli. Szczególnie Tooze, który po niemal pół godzinie grzecznościowej wymiany opinii wypowiedział wreszcie na głos słowo, o którym wszyscy myślą, gdy mowa o analogiach do pierwszej połowy dwudziestego wieku: faszyzm.
Nie chodzi o prostą analogię w rodzaju: „wtedy rodził się faszyzm, dziś rodzi się faszyzm, więc strzeżmy się”. Popularność skrajnych partii i polityków – jakkolwiek tę skrajność nazwiemy, słowem na „f” czy nie – jest objawem głębszego kryzysu. Współczesne demokracje i ich elity tracą w oczach obywateli społeczną prawomocność.
Dlatego coraz więcej ludzi spogląda w stronę ugrupowań gotowych wywrócić stolik – albo przynajmniej deklarujących, że chcą to zrobić. Część najpotężniejszych graczy, jak Elon Musk, już to zrozumiała. Inwestują ogromne pieniądze w to, by ten gniew przekierować – na migrantów, „lewicowe” media czy osoby transpłciowe. Wszystko jedno, byle tylko obywatele nie połapali się, kto naprawdę odebrał im obietnicę dobrobytu – i nie zaczęli mówić wprost o realnych centrach władzy i wpływu – takich jak Musk.
Nie ufajcie odciągaczom uwagi
Na grzecznościowych dyskusjach w Davos wciąż unika się tego tematu, ale dla coraz większej liczby osób staje się on oczywisty. Niedawno dziennikarz „Financial Timesa” Martin Wolf, którego trudno podejrzewać o antyrynkowy radykalizm, stwierdził wprost:
„W tym sensie Marks miał rację. Ogromne bogactwo skoncentrowane w rękach stosunkowo wąskiej klasy właścicieli, zwłaszcza korporacji, przekłada się na ogromną władzę polityczną. Widać to szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie w praktyce pozwolono im przejąć Sąd Najwyższy poprzez gigantyczne transfery pieniędzy do polityki. To sprawia, że niezwykle trudno zbudować koalicję zdolną przeciwstawić się oligarchicznemu kapitalizmowi”.
Podobnie pisze George Monbiot: „Skrajne nierówności tworzą klasę Epsteina – globalnych drapieżników, którzy eksploatują resztę społeczeństwa finansowo, ale też na inne sposoby. Wytwarzają etos, który nie uznaje już wspólnego człowieczeństwa […], a empatię traktuje jako fundamentalną słabość zachodniej cywilizacji”. Monbiot znów przywołuje tu Elona Muska, który lubuje się w nazywaniu rozmaitych grup ludzi pojęciem zaczerpniętym z gier komputerowych: „NPC”, czyli postaciami niegrywalnymi. Te postacie zawsze są gdzieś z boku, ale robią tylko to, do czego zostały zaprogramowane, nie mając żadnej własnej „woli” ani żadnego wpływu na wynik gry.
Demokracje początku XX wieku musiały w końcu uznać, że odrzucanie „skrajności z lewej i prawej” nie wystarcza. Realną odpowiedzią okazała się realizacja części owych lewicowych „skrajności” – od powszechnej opieki zdrowotnej po progresywne podatki.
Dziś znów stoimy przed podobnym wyborem, ale zamiast mierzyć się z realnym problemem – koncentracją władzy i bogactwa – zbyt często słuchamy zawodowych „odciągaczy uwagi”, wskazujących winnych wszędzie indziej.
Przez dekady wmawiano nam, że demokracje mogą sprawnie funkcjonować w społeczeństwach zdominowanych przez garstkę miliarderów. A gdy ten model się rozpada, winą obarcza się wszystko i wszystkich – od zaimków po nastoletnich aktywistów klimatycznych – zamiast zapytać, kto czerpał polityczne i ekonomiczne korzyści z tego układu.
Kryzys zachodnich demokracji nie przyszedł ze strony środowisk zbuntowanych aktywistów, lecz ze strony ludzi promowanych w mediach głównego nurtu, wykształconych na najlepszych uniwersytetach, zarządzających największymi korporacjami i kumplujących się z politycznymi elitami największych partii. To jest historia Trumpa, J.D. Vance’a i całego ich zaplecza w Partii Republikańskiej, z konserwatywnymi sędziami Sądu Najwyższego włącznie. To jest historia Muska i bonzów z Doliny Krzemowej wspierających Trumpa i dążących do słabienia Unii Europejskiej. To jest historia wielu polityków europejskiej skrajnej prawicy, jak Nigel Farage w Wielkiej Brytanii.
Wygodnie jest myśleć, że nasze obecne problemy – ten tzw. upadek liberalnego porządku – to efekt naporu marginalnych dotąd skrajności albo dziwacznych osobowości kilku aktorów politycznych. Tyle że to nie jest historia o kryzysie wywołanym z zewnątrz, lecz o kryzysie, który pochodzi z samego finansowego, medialnego i politycznego centrum zachodnich demokracji.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.