Wojsko Polskie, a wraz z nim policja oraz SOP, zdecydowały o zakazie wjazdu aut produkcji chińskiej na swoje parkingi. Dodatkowo wprowadzony został zakaz podłączania służbowych telefonów do systemów infotainment w chińskich samochodach.
Wojskowi niechętnie udzielają komentarzy, jednak analitycy wskazują na bezpieczeństwo cyfrowe. Jeśli wojsko zdecydowało się na taki daleko idący ruch, można mieć pewność, że albo nasze służby, albo służby krajów zaprzyjaźnionych dokładnie przyjrzały się chińskim pojazdom i odkryły tam rzeczy, które wpływają na bezpieczeństwo naszego państwa oraz naszych sojuszników z NATO.
Kamery, czujniki, lidary
Co konkretnie stanowi zagrożenie? Każde dzisiejsze auto to nie tyle komputer, ile mała serwerownia na czterech kołach, która stale monitoruje i analizuje świat dookoła.
Wiele takich systemów jest wymaganych przez europejskie prawo. Każdy, komu w nowoczesnym samochodzie zdarzyło się gwałtownie zahamować, zna systemy ABS i AEBS, uniemożliwiające poślizg. W nowszych generacjach monitorują one także poprzedzający pojazd oraz ewentualnych pieszych, którzy mogliby znaleźć się na drodze. Systemy awaryjnego utrzymania pasa ruchu (pasywny LKW, aktywny LKA oraz awaryjny ELKS) monitorują sytuację pojazdu: z przodu, z tyłu i po bokach. W razie potrzeby utrzymują go na pasie, aby uniknąć wypadnięcia i zderzenia. System ISA monitoruje znaki drogowe oraz informacje z map elektronicznych (takich jak Google Maps) i ma obowiązek informować o przekroczeniach. Jest ich więcej, ale wszystkie mają wspólną cechę: wymagają monitorowania otoczenia za pomocą kamer lub czujników.
Funkcje jazdy autonomicznej i półautonomicznej (ADAS) już dziś wchodzą do pojazdów z wyższych segmentów, także w markach chińskich. Elementem, który pojawi się tam lada moment (a gdzieniegdzie pojawia się już) jest lidar (Light Detection and Ranging). Lidar to inaczej laserowy radar, który omiata otoczenie i tworzy jego pełny, trójwymiarowy obraz.
Co znalazłoby się na tym obrazie, gdyby przeskanować lidarem teren jednostki wojskowej? Umiejscowienie wszystkich budynków, dokładny obraz pojazdów w zasięgu lasera, ludzie, linie energetyczne, szlabany, wyjazdy, punkty kontrolne i tak dalej – z dokładnością do kilku milimetrów. Czyli dużo więcej, niż byłby w stanie sfilmować szpieg, którego trzeba by najpierw pozyskać i wyposażyć w odpowiedni sprzęt. Samochód zaś wystarczy wyposażyć w lidar i sprzedać wojskowemu – potem szpieguje już sam.
Endpointy i backdoory
Taki trójwymiarowy i dynamiczny obraz jednostki wojskowej – ale także całych miast, w tym obiektów infrastruktury krytycznej, czyli mostów, tuneli, stacji kolejowych, stacji uzdatniania wody, transformatorów itd. – w każdej chwili i bez kontroli może zostać wysłany do producenta samochodu w Chinach. Wystarczy poprzez modem bezprzewodowy (ma go już dzisiaj prawie każde nowe auto) i sieć komórkową przesłać dane pod odpowiedni adres (tzw. endpoint). Tam oczywiście może trafić do centrum danych i zostać przeanalizowany pod kątem słabych punktów oraz ewentualnych możliwości wpływu.
Nie trzeba od razu uderzać na taki obiekt militarnie. Wystarczy, że samochód się „zepsuje” i w kluczowym momencie sam pojedzie w kierunku bramy i ją zablokuje, albo się pechowo zapali. Tu trzeba wprowadzić kolejne słowo: backdoor, czyli tylne wejście do systemu. Zdalne uruchomienie samochodu i skierowanie go we wskazane miejsce nie jest żadnym problemem, jeśli w aucie taki backdoor został przewidziany.
Skąd to wiemy? Od analityków, którzy pracują w laboratoriach, badając oprogramowanie oraz jego zachowania. Między innymi w wyniku ich pracy wykryto, że sprzęt i oprogramowanie do sieci 5G Huawei posiada takie backdoory. I choć Polska początkowo nie wprowadziła zakazu stosowania urządzeń tej marki w sieciach 5G (lobbying pewnie nie był bez znaczenia), to ostatecznie 19 lutego 2026 roku prezydent Nawrocki podpisał ustawę wprowadzającą europejską dyrektywę NIS2 (Network and Information Systems Directive). Nakłada ona na firmy z tzw. branż kluczowych konieczność dostosowania swojego sprzętu do wymagań cyberbezpieczeństwa, a te eliminują niektórych dostawców, między innymi z Chin. Nie bez powodu ustawa potocznie nazywana jest „lex Huawei”.
Europejski stos technologiczny
Wszyscy w Europie mają świadomość, że kontynent zbyt łatwo dał się zredukować do roli konsumenta technologii, a dostawcy z Chin – i w coraz większym stopniu z USA – nie gwarantują już bezpieczeństwa technologicznego i informacyjnego naszego kontynentu. Obawy budzą nie tylko kwestie związane z obronnością i bezpieczeństwem narodowym, ale także – po prostu – wpływ na procesy gospodarcze, nastroje społeczne i dobrostan społeczeństwa. Zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy w USA rządzi rząd zblatowany z cyfrową oligarchią, która posiadania technologie chmurowe, sieci społecznościowe i narzędzia komunikacyjne. A te coraz częściej wpływają na opinię publiczną.
Dlatego pojawiła się koncepcja europejskiego stosu technologicznego, czyli zestawu technologii, które pochodzą od europejskich producentów i które gwarantują suwerenność technologiczną Starego Kontynentu. Pojęcie „stosu” bierze się stąd, że technologie układają się w kolejne warstwy: na samym dole półprzewodniki i sprzęt, potem oprogramowanie systemowe i sieciowe, wreszcie platformy i aplikacje, a na nich usługi. Na szczycie zaś dane i sztuczna inteligencja.
Rzut oka na stan tego stosu i jego suwerenność w Europie nie napawa optymizmem. Jest źle, ale nie beznadziejnie. Europa ma kilka atutów technologicznych, na przykład holenderską firmę ASML, wiodącego producenta urządzeń do produkcji i naświetlania krzemowych chipów, stanowiących podstawę wszystkich urządzeń komputerowych. Gorzej jest z samymi półprzewodnikami: tu cały świat polega na Dalekim Wschodzie i producentach takich jak TSMC i Samsung.
Nie mamy także dużego dostawcy technologii chmurowych, choć francuski OVH do pewnego stopnia może konkurować z największymi dostawcami z USA (Microsoft, Google, Amazon). Ci ostatni lokują zresztą swoje centra danych na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Technologie mobilne – nie ma się czym pochwalić; wszyscy zależymy od Apple (iOS) i Google (Android), choć paradoksalnie ten ostatni oparty jest o stworzony przez Fina, Linusa Torvaldsa, system operacyjny Linux. Z warstwą danych jest raczej lepiej niż gorzej, a nawet w AI nie jest tak źle, jak potocznie się sądzi, między innymi za sprawą francuskiego Mistrala.
Długo zresztą można by wymieniać poszczególne komponenty i właściwie nie wiadomo gdzie skończyć – bo przecież istotne są też własne technologie kosmiczne, łączności, produkcji leków czy transportu autonomicznego. Warto się jednak skupić na innej rzeczy: innowacjach.
Czy Europa może mieć własne Google (i dlaczego nie)
Każdy, najbardziej nawet suwerenny stos technologiczny, będzie tylko na chwilę. Cokolwiek myślimy o Elonie Musku, musimy zadać pytanie: dlaczego w Europie nie zbudowaliśmy Twittera, Tesli i SpaceX? Dlaczego próby stworzenia europejskich alternatyw dla amerykańskich usług albo nie miały miejsca, albo spełzły na niczym, jak (nie)sławna wyszukiwarka Quaero? Za pytaniem o suwerenność technologiczną czai się pytanie o innowacje, które taką suwerenność dają, a w perspektywie pozwalają na uzyskanie i utrzymanie przewag.
Komentatorzy wskazują na kilka czynników. Najważniejszym chyba jest dostępność i efektywność rynków kapitałowych. W USA ledwie rokujący projekt ma dostęp do potężnych kapitałów inwestycyjnych wysokiego ryzyka oraz ekosystemu startupów, na czele ze słynną Doliną Krzemową. W Europie takich kapitałów ani takiego miejsca nie ma. Złożoność kontynentu (prawna, językowa, kulturowa) nie pomaga – znacznie trudniej jest skalować usługi, co w USA jest bardzo, bardzo łatwe. Krytykowane są także europejskie i narodowe regulacje, znacznie głębsze i dotyczące znacznie większej liczby obszarów niż w USA.
Brakuje kultury zaczynania nowych rzeczy i nieprzejmowania się porażkami. Niektórzy wskazują na prawo pracy i modele rynku zatrudnienia. W Niemczech stabilności zatrudnienia pilnują układy zbiorowe i związki zawodowe, a redukcje są drogie; w Danii czy Szwecji pracownika jest łatwiej i taniej jest zwolnić, bo wpada w społeczną „siatkę asekuracyjną”. Jego potrzeby socjalne są zaspokojone, a inteligentny system stara się go „odbić” na rynek pracy. Dzięki takiej konstrukcji państwa socjalnego Skandynawia zachęca do podejmowania ryzyka i ma jedną z największych innowacyjności na kontynencie i jeden z najwyższych współczynników zatrudnienia.
Nie bez powodu najbardziej znane cyfrowe firmy Europy (Klarna, Spotify, Wise, Revolut) powstają w krajach, gdzie łatwo się zatrudnia, ale i względnie łatwo zwalnia i gdzie prawo zachęca do podejmowania ryzyka. Mimo to nawet 11 proc. amerykańskich startupów ma europejskich założycieli.
Europa nie ma też efektywnego „pasa transmisyjnego” od uczelni do biznesu; nad wdrażaniem innowacji często pochylają się politycy bardziej zatroskani o następną kadencję i interesy narodowe niż wzrost skali biznesu i zysk. Brakuje kultury odnoszenia i akceptowania porażek, a potem podnoszenia się i próbowania jeszcze raz.
Czy Europa się przebudzi i przywróci energię, która kiedyś stworzyła samochód, naddźwiękowy samolot pasażerski, popularny telefon komórkowy, komunikator internetowy, szczepionki i fotografię? To równie ważne pytania, jak te o europejski stos technologiczny. Obudzenie tego ducha na nowo na starym kontynencie wydaje się jednym z najważniejszych obecnie pytań.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.