Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Zatoka Trepangów. Rosja rozpoczyna wywózki Ukraińców na Daleki Wschód

Rosja uruchamia program „długoterminowych delegacji” na Daleki Wschód. Mają to być wywózki Ukraińców bez rodzin, bo wtedy zniknięcie najłatwiej ukryć. Wcześniej takie rozwiązanie stosował Stalin, m.in. wobec Chińczyków i Koreańczyków.

1
Walka

W listopadzie 2025 roku ukraińskie Centrum Narodowego Oporu podało, że do szkół, szpitali i urzędów na okupowanych częściach Donbasu, a także Zaporoża i Chersońszczyzny, trafiły poufne pisma z okupacyjnej administracji. Polecenie jest proste: wytypować pracowników do „długoterminowych delegacji” na Syberię i Daleki Wschód, ze szczególnym uwzględnieniem osób „nieobciążonych rodziną”. Te dokumenty stanowią element szerszego planu depopulacji okupowanych ziem. Lokalne rozkazy nie zaistniały jednak w izolacji. W grze są globalni aktorzy.

Miękka ofensywa nazw

W 2023 roku Ministerstwo Zasobów Naturalnych Chińskiej Republiki Ludowej opublikowało oficjalną mapę, na której wyspa Bolszoj Ussurijski (Heixiazi) na Amurze – leżąca dokładnie na granicy Chin i Rosji – została w całości przedstawiona jako terytorium chińskie. Jak zauważa analityk Filip Čápek w „The Diplomat”: „To nie jest oficjalna doktryna, ale ten przykład ilustruje, jak mogłaby wyglądać strategia «creeping annexation» – pełzającej aneksji – w praktyce: stopniowego, nieformalnego przejmowania kontroli bez otwartego konfliktu”.

W ślad za tym chińskie media oraz wydawnictwa kartograficzne coraz częściej przywołują historyczną nazwę Władywostoku – Haishenwai („Zatoka Trepangów”). Trepangi, zwane też strzykwami morskimi, to zwierzęta żyjące na dnie Oceanu Spokojnego, od wieków uznawane w kuchni Dalekiego Wschodu za przysmak i afrodyzjak. Ich obecność była jednym z głównych powodów, dla których chińscy i koreańscy osadnicy pojawili się na tych ziemiach na długo przed Rosjanami.

Czytaj także Przymusowe deportacje: ukraińscy rodzice szukają dzieci wywiezionych do Rosji Tetiana Kozak

Pojawiły się nawet żarty, że Czesi zamierzają przejąć Obwód Królewiecki vel Kaliningradzki, ale nikt na poważnie nie sugeruje, że zmiana nazwy to zapowiedź zmian terytorialnych czy choćby uwertura do podbojów ekonomicznych. W przypadku Dalekiego Wschodu i Władywostoku to już znacznie wyraźniejszy sygnał: Pekin pamięta o przedrosyjskiej historii tych ziem i traktuje stare nazwy jako miękkie narzędzie twardej polityki. A to idzie w parze z siłą: logistyką, ekonomią, a może i wojskiem.

To nie jedyne elementy tej nieoczywistej układanki. Od jesieni 2024 roku żołnierze z Korei Północnej tysiącami jadą na zachód Rosji. W rosyjskich mundurach, z rosyjską bronią w rękach walczyli w obwodzie kurskim z nacierającymi Ukraińcami. Według danych wywiadu południowokoreańskiego i Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy, w lutym 2026 roku wciąż stacjonuje tam 8-11 tysięcy z nich. Historia pierwszej połowy XX wieku pokazuje, że takie związki często kończyły się masową przemocą i czystkami.

Cofnijmy się o sto lat – do Mandżurii, hunhuzów i strategii, która doprowadziła do ludobójstwa.

Hunhuzi. Czerwonobrodzi bandyci

Kto czytał Tajemniczą wyprawę Tomka Alfreda Szklarskiego, ten pamięta. „A cóż to znów za czort, szanowny panie?” – pyta jeden z bohaterów. Odpowiada agent carskiej policji: „To po prostu bandyci! Dla zdobycia byle drobiazgu potrafią człowieka poddać najgorszym torturom lub poderżnąć gardło. Nawet obecnie zdobywają się na napady po naszej stronie rzeki”. Po stronie rosyjskiej, dodajmy.

W oficjalnych carskich dokumentach mianem hunhuzów określano przestępców grasujących od północy Pekinu aż po brzegi Amuru. Mandżuria ze swoim bogactwem – złotem, żeńszeniem, futrami – sprzyjała specjalizacji. Bandy liczące po kilkuset ludzi napadały znienacka, z ogłuszającym wrzaskiem.

Czytaj także „Ukropolin”: rosyjska propaganda w Polsce już wygrała, a najgorsze przed nami Adam Sokołowski

Sama nazwa znaczy po chińsku „czerwonobrody”. Autochtoni nie noszą rudych bród – bandyci farbowali zarost na czerwono, wzorem demonów z ludowych wyobrażeń. Gdy w drugiej połowie XIX wieku nad Amur dotarli Rosjanie, hunhuzi porzucili charakterystyczne dla nich szable, włócznie czy rapiery i przerzucili się na broń palną. Pojawienie się carskiej administracji to dla nich czas złotych żniw. Budowa Kolei Wschodniochińskiej ściągnęła tysiące rosyjskich robotników, inżynierów, w tym wybitnych polskich konstruktorów, oraz kupców. Zapomniane osady zmieniały się w tętniące życiem miasta, ale wojsko nie nadążało z ochroną. Hunhuzi napadali na konwoje, handlowali wódką i opium, zakładali plantacje maku na rosyjskim brzegu Amuru. Przerobiony surowiec szmuglowali do Chin, a stamtąd przywozili tani bimber, hanszinę, dla osadników.

Biznes kwitł. Carscy urzędnicy przegrywali wojnę o granicę. Nadzieją miała być „Gwardia Matyldy” – oddziały ochrony kolei, nazwane żartobliwie od imienia żony Siergieja Wittego, polityka i pomysłodawcy skolonizowania Mandżurii za pomocą kolei żelaznej. Regularna armia nie mogła wejść do Chin, ale „Gwardia Matyldy” – pierwowzór Grupy Wagnera – już tak. Walki były okrutne i pełne zwrotów akcji. Gdyby miały swoich kronikarzy, przyćmiłyby legendy Dzikiego Zachodu.

Tu pojawia się koreański wątek. W dorzeczu Ussuri mieszkało wielu Koreańczyków – pokojowo nastawionych myśliwych i rolników. Byli oni łatwymi łupem dla hunhuzów i dlatego w walce z bandytami sprzymierzali się z Rosjanami. Hunhuzi mieli jednak swoje zaplecze: dziesiątki tysięcy chińskich chłopów nad Amurem dostarczały im żywność, informacje, dawały schronienie. Zatem walki były krwawe po dwakroć.

Carskie plany aneksji przerwała wojna rosyjsko-japońska w latach 1904-1905. Mandżuria stała się japońskim protektoratem, a hunhuzi – cichymi sojusznikami cesarza Mutsuhito, walczyli z Rosjanami przy cichym wsparciu Tokio. We Władywostoku – czyli w dawnej Zatoce Trepangów – zachowali jednak swoje wpływy. W słynnej Millionce, największym chinatown Rosji, rządzili niepodzielnie. Gazety co rusz donosiły o śmiałych napadach, porachunkach i aferach.

Potem przyszła rewolucja, a w 1922 roku do Władywostoku wkroczyła Armia Czerwona.

Koreańczycy uwierzyli nowej władzy. Zakładali kołchozy, szkoły, własne oddziały zbrojne. Chińczycy wrócili do dawnych zajęć. W drugiej połowie lat 20. znów zaroiło się od doniesień o hunhuzach atakujących radzieckie placówki. Oficjalne raporty mówiły o 57 incydentach w 1927 i 35 w 1928 roku, ale w rzeczywistości było ich znacznie więcej.

Stalinowi przeszkadzało to bardzo, ale w 1927 roku podpisał pakt o nieagresji z Czang Kajszekiem. Czekał więc na dogodny moment.

Hydra bez siedliska

W 1931 roku Japończycy wkroczyli do Mandżurii i utworzyli marionetkowe Mandżukuo. Moskwa znów musiała odłożyć rozprawę z niepokornymi Chińczykami. Hunhuzów na krótko uznano nawet za sojuszników w walce z japońskim imperializmem. Ale wyrok już na nich ciążył.

Najpierw jednak – w 1937 roku – zapadła decyzja o przesiedleniu Bogu ducha winnych Koreańczyków z Dalekiego Wschodu do Kazachstanu. We Władywostoku, Czycie i Chabarowsku otoczono chińskie dzielnice. Łapanki, aresztowania, więzienia pełne po brzegi. W pierwszej połowie 1938 roku Millionka przestała istnieć. Chińskie kołchozy, bo i takie były, zlikwidowano. Szacuje się, że zakatowano co trzeciego zatrzymanego. Resztę zesłano do łagrów Północy, co równało się wyrokowi śmierci. Historycy mówią o dziesiątkach tysięcy ofiar. W literaturze pojawiają się liczby sięgające nawet 70 tysięcy, choć dane są fragmentaryczne.

Czytaj także Musimy opowiedzieć sobie Rosję. Trzeba ją znać, by umieć się z nią zmierzyć Stasia Budzisz

Problem hunhuzów został „rozwiązany”. Bolszewicy dokonali rzeczy przerażająco prostej: zlikwidowali nie tylko bandytów – zlikwidowali wszystkich Chińczyków na wschodzie ZSRR.

Właśnie ta historia – dzieje Mandżurii, a zwłaszcza tzw. Mandżurii Zewnętrznej, na skraju której leży też Władywostok – pokazuje, że w obliczu kryzysu Rosja sięga po najbardziej radykalne metody „oczyszczania” przestrzeni. Dziś Moskwa chce zastosować te same mechanizmy wobec Ukraińców na okupowanych terytoriach.

Powtórka z Mandżurii. Tylko aktorzy się zmienili

Międzynarodowe instytucje nie mają wątpliwości co do charakteru tych działań. 17 marca 2023 roku Międzynarodowy Trybunał Karny wydał nakazy aresztowania Władimira Putina i Marii Lwowej-Biełowej za nielegalną deportację ukraińskich dzieci, co stanowi zbrodnię wojenną.

Przypomnijmy jeden z tysięcy przypadków: wiosną 2022 roku, podczas oblężenia Mariupola, rosyjscy żołnierze porwali szesnastoletniego Filipa. Chłopiec trafił do Doniecka, potem do obozu pod Moskwą, a ostatecznie do domu Lwowej-Biełowej, jako dziesiąte dziecko w rodzinie. Chłopakowi wbrew jego woli nadano rosyjskie obywatelstwo. Sama Lwowa-Biełowa przyznała w wywiadzie, że Filip początkowo nie chciał jechać, śpiewał ukraińskie piosenki i irytowało go wszystko, co rosyjskie. Dziś jest jednym z co najmniej dwudziestu tysięcy deportowanych ukraińskich dzieci. Lwowa-Biełowa jest twarzą tego planu.

Równolegle trwają przygotowania do przesiedleń dorosłych. Raport Institute for the Study of War z 20 listopada 2025 roku pokazuje, że Rosja ma już wszystkie systemowe narzędzia do przeprowadzenia tych deportacji: zrealizowała paszportyzację, prowadzi filtrację i sporządza listy „pracowników nieobciążonych rodziną” do „długoterminowych delegacji”.

W grudniu 2025 roku Putin podpisał ustawę o konfiskacie „bezpańskiego” mienia na okupowanych terytoriach. Cytowany przez „Le Monde” Petro Andriuszczenko, były doradca mera Mariupola, mówił: „W ciągu pięciu lat w Mariupolu nie będzie ukraińskich mieszkańców”. Mają trafić na Syberię i Daleki Wschód.

Czwarty gracz

Stalin, likwidując hunhuzów, nie tylko uciął hydrze wszystkie głowy. Zniszczył całą społeczność, która była ich siedliskiem – chińską diasporę Dalekiego Wschodu. Deportował też Koreańczyków, którzy początkowo wspierali jego reżim. Oczyścił przestrzeń.

Dziś Putin robi coś podobnego z Ukraińcami. Tyle że scena wygląda inaczej.

W latach 30. XX wieku Chińczycy byli ofiarami. Dziś są w natarciu – gospodarczym, politycznym i kulturowym. Ponad miliard Chińczyków znów nazywa Władywostok Haishenwai. Yuan wypiera rubla. Mandaryńskiego, jako drugiego najpopularniejszego języka obcego, uczą w tamtejszych szkołach. Moskwa nie ma siły, by się temu przeciwstawić – całą energię zużywa na wojnie.

Do tego dochodzą Północni Koreańczycy. Sto lat temu padli ofiarą czystek, dziś, jako żołnierze KRLD, giną pod Kurskiem w rosyjskich mundurach. Ich krew to cena sojuszu z Pjongjangiem.

Na tak ukształtowaną scenę mogą trafić ukraińscy deportowani – setki tysięcy ludzi, którzy nie mają powodu, by być lojalnymi wobec Kremla. Wręcz przeciwnie, pełni bólu i żalu wobec Moskwy trafią na ziemie, które przejmują po cichu Chiny. To oni – owi Ukraińcy z okupowanych terytoriów – mogą okazać się czwartym graczem, zupełnie nieprzewidzianym w dotychczasowym trójkącie.

Czytaj także Ukraiński socjalista na froncie. Pytania o wojnę i pokój Sasha Talaver rozmawia z Tarasem Bilousem

Wyobraźmy sobie osiedle na Syberii albo Dalekim Wschodzie. Dawni mieszkańcy Mariupola czy Ługańska, zamiast pokornie pracować za grosze, zaczynają organizować własne struktury. Mają poczucie krzywdy, mają wojskowe doświadczenie z Donbasu i nic do stracenia. Dla Chin taka zdeterminowana, wroga wobec Kremla społeczność może być nieoczekiwanym sojusznikiem. W takiej sytuacji Pekin nie musi anektować Dalekiego Wschodu siłą. Wystarczy, że uzna autonomię tych, którzy tam mieszkają i szczerze nienawidzą Moskwy,

Epilog czy antrakt?

Hunhuzi są dziś tylko cieniami na rubieżach. Sowieckie czystki starły ich z powierzchni ziemi. Nowe wagony ruszą na wschód z ludźmi, których tożsamość Kreml chce wymazać. A jeśli tak, na tamtejszą scenę wkroczą oni – czwarty gracz, Ukraińcy. Nie wiadomo, jaką rolę odegrają. W historii Dalekiego Wschodu bywało, że ci, których miano unicestwić, okazywali się tymi, którzy przetrwali.

Trepangi wciąż żyją na dnie morza. Kto tym razem będzie je łowił?

**

Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski – duet pisarski, akronim MAG-owie. Ich inspiracją jest Wschód, który, jak Średniowiecze Fernanda Braudela, wciąż pisze. Publikują m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”, współpracują z kwartalnikiem literacko-artystycznym „Akcent”. Autorzy książek m.in. Naukowcy spod czerwonej gwiazdyGrażdanin N.N i Inżynierowie Niepodległej, a także Naznaczeni przez rewolucję bolszewików (pod red. Piotra Nehringa). Prywatnie małżeństwo i rodzice czwórki dzieci, mieszkają w Warszawie.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
andrzej.goworski
2026-03-21 07:10

Witajcie! W imieniu współautorki Marty i swoim zachęcam do komentowani i rozmowy. A gdybyście mieli konkretne pytania, sugestie, proszę wywołajcie nas na mediach społecznościowych albo piszcie – [email protected]. Pozdrawiam, Andrzej