Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Chiny już zastąpiły USA jako wzór odniesienia

Przez kilka ostatnich dekad to kapitalistyczny demokratyzm USA jawił się jako kraina marzeń. Współczesnym nastolatkom taką krainą mogą wydać się kapitalistyczne i autorytarne Chiny.

ObserwujObserwujesz
Kontekst

🇺🇸 Donald Trump jest jednocześnie skutkiem i czynnikiem pogłębiającym kryzys USA, które mimo wciąż ogromnej siły tracą status globalnego wzorca.

🌏 Chiny wypełniają tę symboliczną lukę, budując wizerunek technologicznego i stabilnego lidera, choć ich problemy są często pomijane.

⚖️ Współczesny świat coraz częściej staje przed wyborem między demokracją kapitalistyczną a autorytarnym kapitalizmem, przy czym rośnie pokusa idealizowania tego drugiego modelu.

Walka

Trudno orzec, czy w kontekście widowiskowego upadku Ameryki Donald Trump jest bardziej jego objawem czy przyczyną. Być może, niczym sprzężenie zwrotne, jest jednym i drugim.

Trumpizm jako efekt polaryzacyjnej wojny w USA w zderegulowanym świecie technokapitalizmu jeszcze bardziej ów świat rozpala. Daleki jestem od przesądzania, na ile USA ostatecznie upadają, a na ile się jedynie „imperialnie krztuszą”.

Czytaj także Polacy nie chcą być 51. stanem USA Piotr Ikonowicz

Dość rzec, iż to wciąż kraj, którego waluta jest „bezpieczną przystanią”, a inwestorzy potrafią w weekend dostarczyć kapitał, jakiego pozazdrościć mogą giganci technologiczni z Europy. USA ma też nadal największą armię świata (obecnie rekalibrowaną pod wojny dronowe) i może każdemu po prostu wyłączyć internet. Ale jedno, co wydaje się niepodważalne, to upadek USA jako pewnego modelowego wzorca dla świata.

Pożegnanie z Ameryką

Jestem z pokolenia, dla którego USA poprzez swoje kulturowe lotniskowce – to jest MTV czy kasety VHS – stawały się kluczowym punktem odniesienia. To, jak coś widzą na Zachodzie (w domyśle właśnie w USA), miało być argumentem rozstrzygającym. Skoro w USA tak mają, to znaczy, że to jest dobre.

Tymczasem od blisko dekady tak się już nie tylko nie mówi, ale nawet nie myśli. Amerykańskie rozwiązania, nawet te, które spotkałyby się z pozytywną oceną, są właściwie nieobecne w dyskursie publicznym. Kraj Trumpa, ale też wcześniej Bidena czy Obamy, jawi się jako kraj niemal upadły. Podkreślany jest ogromny wręcz dramat ze służbą zdrowia, zubożenie społeczeństwa, epidemia opioidowa, przemoc uliczna.

Co najważniejsze, nie jest to już tylko opowieść lewicowa, ale także prawicowa czy liberalna. Wszyscy traktują USA w swej narracji jako kraj chylący się ku upadkowi. Co najwyżej wyznawcy różnych poglądów kłócą się, czy winny jest temu nadmiar czy brak kapitalizmu, posiadanie broni czy woke, braki edukacyjne czy „lewackie” uniwersytety. Jednak w czarnych barwach widzi USA chyba niemal każdy. A Trump staje się chodzącą katastrofą PR-ową, niczym Chruszczow walący butem na forum ONZ.

Chiński marsz do przodu

Jako że natura nie znosi próżni, w miejsce USA gładko weszły Chiny. To one są dziś tym krajem, który cicho lub głośno się podziwia. Chiny stanowią swoisty benchmark cywilizacyjny. Tak jak w przypadku USA mówi się wyłącznie o amerykańskich katastrofach, omijając to, z czego Stany nadal mogą być dumne (nobliści, nauka, zaawansowana medycyna, loty kosmiczne, przemysł rozrywkowy), tak w przypadku Chin jest odwrotnie. Ciemne strony chińskiego rozwoju, takie jak kapitalistyczny wyzysk, edukacyjny wyścig szczurów o skali dla polskich uczniów wręcz niewyobrażalnej, poziom lokalnej korupcji czy wszelkie wady autorytaryzmu, są pomijane.

Czytaj także Xi Jinping i największa czystka w chińskiej armii od dekad Jakub Majmurek rozmawia z Adrianem Broną

Chiny dziś, w świadomości zbiorowej, błyszczą swoim postępem technologicznym, przewidywalnością, spokojnym parciem do przodu i rozwojem naukowym. Tak jak Ameryka w latach 80. i 90. pokazywana była zwykle bez większych wad, tak teraz postrzegane są Chiny. Pomyślmy, jak długą drogę przeszły – od kraju kojarzonego z rewolucją Mao Zedonga, mordującego Tybetańczyków i zalewającego świat „tanią chińszczyzną” aż po technologicznego prymusa. Trudno nie porównywać tej ścieżki do Niemiec w XIX w., które od garstki państewek pokonywanych przez Napoleona doszły w pół wieku do stalowego imperium Bismarcka.

Charakterystyczne jest też to, że wszelka dyskusja o katastrofie klimatycznej zwykle kończy się właśnie na przykładzie chińskim. Gdzie jedna strona podnosi budowanie elektrowni węglowych przez Pekin, a druga monstrualne wręcz nakłady na zieloną energię. Jeśli wchodzą w to Chińczycy, to znaczy, że coś w tym musi być – zdaje się brzmieć ludowa mądrość. Nie tylko w Polsce, ale także w UE, która właściwie jest już na wojnie celno-technologicznej z Chinami, a tanie chińskie auta mogą ją zdewastować przemysłowo.

Rzecz jasna, Chiny bardzo sobie w tak korzystnym postrzeganiu swojego modelu rozwoju pomagają. Miliony filmików o chińskich robotach, drogach i miastach sprawiają wrażenie, że jest to kraj wręcz kosmicznych technologii. Pomaga w tym ogromna bariera językowa oraz geopolityczni pundici, którzy odwołując się do zwykle mało skonkretyzowanego przykładu chińskiego, chcą budować wrażenie, że widzą głębiej i dalej (wschodnio). „Hahah, w tej lewackiej UE o nakrętkach, a tam w Chinach roboty w piłkę grają! Europa upada!” — brzmi typowy argument.

Dyskretny urok autorytarnego kapitalizmu

Dopiero oglądanie życia zwykłego Chińczyka, między innymi oczami vlogów mieszkających tam Polaków, pokazuje, jak bardzo obraz kosmicznych, zasobnych Chin odbiega od rzeczywistości. I jak życie w chińskiej patodeweloperce i praca w ich kapitalizmie jawią się jako koszmar wcale nie tak różny od upadających USA. Przy czym Amerykanie mają przynajmniej (zwykle hipotecznie zastawione) domy.

W pewnym sensie wpada się więc w pułapkę tego, jaki kraj naprawdę jest, a jakie są nasze wyobrażenia na jego temat. Tak jak w przypadku USA, Chin czy nawet Polski nie ma jednego zbiorczego modelu rzeczywistości, gdyż różne klasy społeczne żyją czasami w drastycznie odległych światach, tak każdy z tych krajów wzbudza pewne ustrukturyzowane wyobrażenie. I tak USA powszechnie zaczynają być postrzegane jako kraj upadły, Polska jako budzący się unijny tygrysek, a Chiny jako ekonomiczny potwór. A siła kalek ujednolicających obrazy jest nie do przecenienia w sposobie postrzegania świata.

Bezrefleksyjne uleganie chińskiemu cudowi, mającemu kojarzyć się wyłącznie z postępem pozbawionym już nawet nie większych, ale jakichkolwiek wad, jest więc pewną nową jakością – i to jakością dość niebezpieczną.

Poszczególne okresy historyczne mają to do siebie, że w społecznym imaginarium leżą na stole różne rozwiązania. Długi wiek XIX to kapitalizm, socjalizm, rewolucja, zamachy. Wiek XX to kapitalizm kontra komunizm, demokracja kontra państwa autorytarne i totalitarne. Lata 90. to niemal bezalternatywna demokracja kapitalistyczna.

Wobec klęski socjalistycznych projektów na Kubie i w Wenezueli (abstrahując od ich przyczyn), mamy dziś na stole albo demokrację kapitalistyczną, albo kapitalistyczny autorytaryzm. Przez kilka ostatnich dekad pomysł, jakoby dało się wygodnie żyć w kraju autorytarnym, był political fiction. Dziś, za sprawą Chin, coraz więcej osób może powiedzieć, że skoro Chińczycy tak żyją i odnieśli sukces, to dlaczego i my nie mielibyśmy tak żyć?

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie