Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Otyłe dziecko – szczęśliwe dziecko. Gdzie kończy się ciałopozytywność, a zaczyna obłęd?

Jest granica, która dzieli aktywizm ciałopozytywny od niebezpiecznej szurii. Wyznacza ją stosunek do nauki i medycyny. W skrajnej, antynaukowej ciałopozytywności otyłość staje się nie tylko stanem ciała, ale „prawdziwym ja”, a leczenie – praktyką, która wskazuje na porzucenie wiary.

Otyłe dziecko (widoczna tylko dolna część twarzy) z burgerem, w tle nuggetsy, hot dogi, tortilla i pączek
Walka

Niejedna dobra idea ma w piwnicy swojego patologicznego brata. Tego, który odwala: kłóci się z faktami, odkleja od rzeczywistości i przynosi wstyd całej rodzinie. Nie inaczej jest z ciałopozytywnością. Zapraszam na szybki rajd po najbardziej zdegenerowanych rejonach ruchu bodypositive. To „aktywizm”, który zamiast wspierać ludzi, robi im krzywdę, karmi złudzenia i sabotuje zdrowie.

Otyłość jest plagą. Cierpi na nią 28 proc. dorosłych Polaków. Niemal co trzeci nasz rodak jest poważnie chory i jeśli nie podejmie leczenia, umrze przedwcześnie. Zanim znajdzie się na cmentarzu, czeka go tournée po przychodniach i stołach operacyjnych. Eksperci mówią, że obsługa choroby otyłościowej pochłania nawet 25 proc. wszystkich wydatków na zdrowie – ponad 40 mld złotych. Dla porównania: budżet Warszawy na 2026 rok to 28 mld zł. W interesie nas wszystkich jest, by osób otyłych było jak najmniej, a wiedza na temat dostępności i sposobów leczenia była powszechna.

Gruby znaczy zdrowy

Innego zdania są wyznawcy HAES (Health At Every Size). „Tłuszcz nie jest problemem” – mówi Linda Bacon, jedna z głównych twarzy ruchu, który za cel postawił sobie przekonanie ludzkości, że można być skrajnie otyłym, a zarazem cieszyć się końskim zdrowiem i dożyć matuzalemowego wieku. HAES-owcy uważają, że o zdrowiu decydują inne czynniki niż waga: ruch, dieta, sen, szczęście. Odchudzanie odradzają, straszą efektem jojo i dewastacją psychiki przez diety i liczenie kalorii. Bacon szafuje pojęciem permanentnego stanu zapalnego – efektu ubocznego schodzenia z wagi. Jej zdaniem chudnięcie jest gorsze niż nadmiarowe kilogramy. Co więcej, wyznawcy HAES są zdania, że choroby przypisywane otyłości wynikają głównie z dyskryminacji, stresu i czynników społecznych. BMI zaś uważają za represyjną kategorię medyczno-dietetycznego dyscyplinowania. Co proponują w zamian? Jedz, jeśli jesteś głodna, aż do sytości, nie przejmuj się bilansem kalorycznym, bo ten… nie wpływa na wagę. Ta wyreguluje się sama, niczym wolny rynek w wizji von Hayeka, jeśli przestaniemy próbować ją kontrolować.

Czytaj także Tak, jesteśmy grube, i co z tego? [rozmowa] Paulina Januszewska

Co na to lekarze? Ostrzegają: to niebezpieczne bajanie. Wmawianie ludziom, że otyłość może być zdrowa, jest uzbrajaniem ładunku z opóźnionym zapłonem. Można być otyłym i chwilowo bez widocznych powikłań, ale nie można być otyłym i zdrowym w sensie medycznym. Przez lata może się wydawać, że wszystko gra, a tu nagle cyk: cukrzyca typu 2, stłuszczenie wątroby, nadciśnienie, miażdżyca czy nowotwór. To, że ktoś „dobrze się czuje”, oznacza tylko tyle, że choroba jest jeszcze w fazie cichej.

Otyłość jako gender

„Nie chcemy Ameryki na wojnie z tłuszczem, tak jak nie chcemy Ameryki odczłowieczającej osoby trans” – mówi Tigress Osborn, aktywistka National Association to Advance Fat Acceptance (NAAFA). Organizacja ta uważa, że świat jest dotknięty „antytłuszczową obsesją”, a mówienie, że otyłość powinno się leczyć, jest tak samo obraźliwe dla grubych, jak kwestionowanie tożsamości płciowej czy seksizm.

Rhea Ashley Hoskin opisuje „fat femininities” jako formę ekspresji płci, a grube ciało traktuje jak gendered experience – coś na kształt społecznej płci. Idąc dalej tym torem, aktywistki Cat Pausé i Zoë Meleo‑Erwin piszą o „queering fatness”, czyli otyłości jako tożsamości queer, która „rozsadza normy płci i ciała”. Ich twórczość rodzi całe katalogi nowych „płci”: fat femme, superfat femme, infinifat, fat enby – jakby choroba metaboliczna była odpowiednikiem chromosomów.

Czytaj także Grubi ludzie nie potrzebują zbawienia, tylko szacunku [rozmowa z grubancypantem] Marta Glanc

Cat Pause uważa, że nadmiar tłuszczu jest antykapitalistyczny – wskazuje, że imperatyw zrzucania wagi jest nakręcany przez korporacje spożywcze i branżę fitness. Sarah Merton z London South Bank University przekonuje w swoim doktoracie, że Instagram stał się inkubatorem takich tworów: media społecznościowe umożliwiły powstawanie „nowych form fat identity”, w których grubość staje się nie tylko estetyką, ale wręcz społeczną formą tożsamości.

Konsekwencje są poważne. Nie można zalecać walki z chorobą, bo przecież gender, niepodważalne „ja”. Zamknięci w tożsamościowej klatce cierpią jak chorujący na nerki bohater serialu Niebo, któremu guru sekty zakazuje dializy i zaleca leczenie Duchem Świętym. Dla Cat Pausé ćpanie self-love zakończyło się złotym strzałem. Zmarła w 2022 roku we śnie. Miała 42 lata. „Była żywiołem natury” – czytamy w jej epitafium na stronie NAAFA.

Jesteś szczupły? Wstydź się, klaso panująca

„Przywilejem chudych jest, gdy nie trzeba wybierać między noszeniem płaszcza, a zapięciem pasów bezpieczeństwa w samochodzie” – to nie słowa słynnego Trenera Pawła z YouTuba. Oddajemy głos Lindley Ashline, jednej z najpopularniejszych twarzy ruchu Body Liberation. Ashline publikuje na swoim blogu 100 przywilejów, jakimi cieszą się ludzie o normalnej sylwetce i z powodu których powinni mieć poczucie winy. Dowiadujemy się, że przywilejem jest dostęp do pasującej bielizny w sklepie sieciowym czy miejsce na fotelu stomatologicznym. Uderza w lekarzy, którzy rozmowę o zdrowiu rozpoczynają od zalecenia, że warto zrzucić wagę. Jest zdania, że infrastruktura publiczna powinna zostać dopasowana do potrzeb osób otyłych: windy o większym udźwigu, dwa miejsca w samolocie w cenie jednego (obecnie wiele linii nakazuje kupowanie dwóch biletów osobom ponadwymiarowym).

Autorka wyraża zdruzgotanie faktem, że jej trzyletnia córka uważa jej rozległe ciało za wymagające interwencji. W tej narracji otyłość nie jest chorobą, tylko narracją ucisku, a różnice w zdrowiu wynikają nie z zaburzeń metabolicznych i obciążenia organizmu, lecz z „uprzedzeń wobec większych ciał”. Rozumiecie? Walka klas, w której zamiast proletariatu mamy klasę otyłych, a panującą burżuazją jesteś ty, drogi czytelniku, jeśli masz BMI w normie i jesteś po prostu zdrowy.

Grube dziecko, szczęśliwe dziecko

„Otyłe dzieci to zdrowe dzieci” – mówią przedstawicielki i przedstawiciele nurtu fat‑positive parenting. W ich świecie mówienie dziecku o zdrowiu, zachęcanie go, by rano wcinało pełnoziarnisty chleb, jajecznicę i awokado zamiast nutelli, to fatfobia. Ważenie w szkole? Przemoc instytucjonalna. Ograniczanie słodyczy? Trauma pokoleniowa. „Pozwólmy im jeść intuicyjnie – tyle ile chcą” – przekonują.

Influencerki takie jak Virgie Tovar głoszą, że „dzieci nie powinny słyszeć o diecie, bo to niszczy ich relację z ciałem”, a autorki z kręgu Health at Every Size for Families piszą, że „kontrola jedzenia jest gorsza niż otyłość”. W polskich grupach parentingowych ta narracja przybiera łagodniejszą, ale równie szkodliwą formę: „Nie mów dziecku, że ma nadwagę, bo je skrzywdzisz”; „Nie zabieraj słodyczy, bo to buduje zaburzenia”.

Czytaj także „Dieta z Oświęcimia” zamiast leczenia. Fatfobia i ot*łość w polskich gabinetach Paulina Januszewska

Mamy tutaj kuriozalne odwrócenie naturalnego porządku: rodzic próbujący ratować dziecko przed wejściem w dorosłość z balastem otyłości i cukrzycą typu 2 przedstawiany jest jako oprawca. Dziecko, które zajada zaburzenia nastroju czy nerwicę to słodkie bobo, które realizuje swoje pragnienia. Otyłość zaś jest po prostu typem urody.

Efekt to realne zagrożenie dla zdrowia dzieci i rażące działanie na ich szkodę – otyłość dziecięca jest jedną z najbardziej agresywnych chorób metabolicznych, a ignorowanie tego faktu i ukrywanie go przed dzieckiem zakrawa na okrucieństwo.

Schudłaś? Bądź przeklęta!

O tym, dokąd prowadzi robienie z otyłości radykalizmu tożsamościowego, przekonała się Adele. Światowej sławy piosenkarka w latach 2018-2020 schudła ok. 45-50 kg. Zamiast gratulacji, dostała hejt i anatemę. Naruszyła ideały wspólnoty i zdradziła zaufanie grupy poprzez zakwestionowanie dogmatu, że otyłość nie jest chorobą, lecz tożsamością. Podobnie reagowano na Rebel Wilson, która po latach kariery opartej na wizerunku „dużej dziewczyny” zaczęła tracić kilogramy, oraz Lizzo, która została zaatakowana nie za schudnięcie, lecz za samo pokazywanie treningów.

Mechanizm ten przypomina dynamikę znaną z fundamentalizmów religijnych albo sekt. Odejście od doktryny jest aktem, który zagraża spójności grupy. W skrajnej ciałopozytywności otyłość staje się nie tylko stanem ciała, ale „prawdziwym ja”, a leczenie – praktyką, która wskazuje na porzucenie wiary.

Ruch body positive deklaruje walkę o wolność i akceptację, ale w praktyce wytwarza mechanizmy dyscyplinujące typowe dla zamkniętych wspólnot: sankcje za herezje, presję na utrzymanie określonego obrazu siebie i kontrolę nad tym, co wolno mówić.

W dużym stopniu jest to efekt przedawkowania mediów społecznościowych. W niewietrzonych bańkach nawet najsłuszniejsze idee dziczeją, następuje licytacja na radykalizm, a sprawa, która była gdzieś na horyzoncie, przestaje być istotna. Liczy się przynależność i gorliwa praktyka.

Wsparcie czy przytakiwanie głupocie?

Założenia ruchu body positive są w zdecydowanej większości dobre i potrzebne. Nikt nikomu nie ma prawa ubliżać z powodu wagi czy wyglądu. Nadmierna presja idealnego ciała i przekonanie, że wartość człowieka zależy od jego dopasowania do kanonu estetyki, jest szaleństwem i prowadzi do poważnych zaburzeń. Z pewnością znacznie łatwiej jest podjąć leczenie otyłości, spotykając się ze wsparciem, zrozumieniem i akceptacją, niż z szyderą czy protekcjonalnymi poradami. Jest jednak granica, która dzieli aktywizm ciałopozytywny od niebezpiecznej szurii. Wyznacza ją stosunek do nauki i medycyny.

Otyłość jest chorobą – to fakt. A zatem zarówno akceptacja i szacunek wobec chorych, jak i sieciowanie się ludzi zmagających się z chorobą są pożądane. Pod warunkiem, że zorientowane są na wyjście z klatki zbędnych kilogramów, a nie urządzania w niej sobie wygodnego loftu i przestrzeni tożsamościowego wyrażania siebie. Ciałopozytywność musi być zdrowiorealnością – nie może stawiać imperatywu dobrego samopoczucia i samoakceptacji nad świadomością konsekwencji dla organizmu. Kiedy na spacerze złamiesz nogę, udajesz się do szpitala, a nie szukasz po parku ładnego kijka, którym możesz się podpierać.

Czytaj także Głód po polsku. Nie tylko inflacja zmieniła jego oblicze [rozmowa] Paulina Januszewska rozmawia z Martą Czapnik-Jurak

Otyłość nie może być postrzegana jako jedna z tysiąca możliwych identyfikacji w różnorodnym świecie. Body positive wyraża się w momencie, gdy człowiek słyszy: „nie jesteś gorszy, nie jesteś winny, nie musisz się wstydzić – ale jesteś chory i zasługujesz na pomoc, na terapię, na wsparcie, na zdrowie”. Doradzanie mu, by zaakceptował i pokochał swoją otyłość, jest tak samo empatyczne, jak powiedzenie pacjentowi po zawale: „ To nie wina wódy i szlugów, a straszenia w kampaniach antynikotynowych. Atak serca to część ciebie, zaakceptuj go i pokochaj go”.

Otyłość się opłaca (ale akurat nie tobie)

Gdy kapitalizm generuje poważne problemy społeczne i pojawiają np. pytania o nierówności, o koszty zdrowotne, o warunki pracy – system włącza swoje bezpieczniki. Pisali o tym choćby Nancy Fraser, Slavoj Żiżek czy Mark Fisher. Energia społeczna zostaje przekierowana na bezpieczne pola tożsamościowe, na których nie toczy się żadna walka o zmiany strukturalne.

Właśnie dlatego system kapitalistyczny tak łatwo adoptował body positive, a jego najbardziej patologiczne odłamy działają jako wentyle bezpieczeństwa. Tak jak teorie spiskowe, którymi w gruncie rzeczy są.

Body positive staje się ideologią adaptacyjną późnego kapitalizmu: pomaga jednostce uwić sobie gniazdko w promieniotwórczym reaktorze – systemie, który niszczy jej ciało i zatruwa umysł, zamiast pomóc ten system zmienić.

Co ważne, otyłość – w przeciwieństwie do alkoholizmu czy narkomanii – rzadko wyłącza człowieka z pracy. Można być otyłym i produktywnym. Co więcej, chorujący na otyłość nie wydrenuje systemu emerytalnego, o ile w ogóle do emerytury dożyje. Bieżące koszty jego obsługi ponosi państwowy system opieki zdrowotnej. Z punktu widzenia kapitalizmu to niemal idealny nałóg: tani, stabilny, nieszkodzący wydajności, a przy tym napędzający zarówno przemysł spożywczy, jak i prywatny sektor medyczny. Trudno się więc dziwić, że nie powstał ruch „alkopozytywności” ani „narkopozytywności”, a ciałopozytywność okazała się udanym projektem kompleksu aktywistyczno-korporacyjnego.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie