Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Piotr Wójcik i Hare Kriszna, czyli zmarnowana okazja na opowieść o najntisach

„Niebo. Rok w piekle” (HBO Max)

Jak pokazuje serial HBO, najlepszy klucz można zepsuć lub zgubić. Skupiając się na historii dwójki bohaterów tracimy bowiem to, co w opowieści o Niebie potencjalnie najciekawsze: cały społeczny kontekst, w którym zakorzeniona jest sekta.

ObserwujObserwujesz
Recenzja
Walka

Przełom lat 80. i 90. przyniósł nie tylko eksplozję drobnych biznesów, partii politycznych, tytułów prasowych i społecznych nierówności, ale także nowych ruchów religijnych i form duchowości. To czas, gdy w telewizji z jednej strony dominują Balcerowicz z Janem Paweł II i Wałęsą, z drugiej Kaszpirowski. Gdy obok szczęk ze wszelkimi nadającymi się do handlu produktami na ulicę wychodzą przedstawiciele ruchu Hare Kriszna. Gdy telewizja obok takich tematów, jak porady dla nowej klasy średniej czy rosnące bezrobocie, zajmuje się zagrożeniem, jakie dla młodzieży stwarzać mają sekty – przed czym na wizji najczęściej przestrzega jakiś dominikanin. Sekty, nowa duchowość i towarzysząca im panika moralna są więc bardzo ciekawym kluczem do opowieści o polskich lat 90. Niestety, jak pokazuje serial HBO Niebo. Rok w piekle, najlepszy klucz można zepsuć lub zgubić.

Serial opowiada historię sekty, w której widz bez problemu rozpoznana Zbór Leczenia Duchem Świętym Niebo Bogdana Kacmajora, chyba najgłośniejszą i najbardziej drapieżną sektę lat 90. – choć jej lider na ekranie nazywa się nie Kacmajor, a Piotr Wójcik, co u stałych czytelników Krytyki Politycznej może wywołać pewne rozbawienie. Produkcja powstała na podstawie wspomnień członka sekty Sebastiana Kellera i skupia się na jego historii.

Zbyt wąska perspektywa

Serialowy Keller trafia do Nieba jako młody chłopak po maturze, wciąga ze sobą dziewczynę w swoim wieku, Anetę. Sekta „zaślubia” parę, młodzi ludzie mają dziecko, które władze sekty faktycznie im odbierają. Oboje zrywają kontakty z rodziną i światem zewnętrznym, padają ofiarami prania mózgu i psychicznej przemocy, choć próbują uciec z ruchu, to nie potrafią się od niego uwolnić.

Problem polega jednak na tym, że skupiając się na historii tej dwójki tracimy to, co w opowieści o Niebie potencjalnie najciekawsze: cały społeczny kontekst, w którym zakorzeniona jest sekta i to jak historia mikroruchu religijnego splata się z szerszą historią społeczną dekady, mającej tak istotny wpływ na kształt współczesnej Polski.

Ten kontekst przebija się trochę w pierwszych dwóch, najlepszych odcinkach serialu, gdy widzimy jak Sebastian i Aneta trafiają do „Nieba” z dwóch stron kształtującego się w Polsce klasowego podziału. Sebastiana wychowuje samotna matka z klasy ludowej. Chłopak dostaje się na prawo, matka wiąże całą swoją nadzieję na to, że cokolwiek dobrego może się jeszcze wydarzyć w jej życiu, w edukację syna i awansem klasowym, jaki jak liczy dokona się dzięki niej. Problem w tym, że Sebastiana paraliżują tajemnicze bóle, którym nikt nie potrafi zaradzić – poza uzdrawiającym dotykiem i wiarą Wójcikiem. Można przypuszczać, że chłopak ucieka przed oczekiwaniami i nadziejami matki, ciężarem, jakie nakłada na niego życie u progu dorosłości, przed ryzykiem porażki, jakie wpisane jest w rzeczywistość lat 90. najpierw w chorobę, a następnie do sekty.

Czytaj także Na dobre i na złe istnieje teraz sekta dla każdego Amanda Montell

Aneta pochodzi z jednej z rodzin kwitnących w nowych, rynkowych warunkach. Jej rodzice prowadzą plantację pieczarek, gdzie pracuje matka Sebastiana. Dorobili się, za awansem ekonomicznym nie poszedł jednak kulturowy. Dziewczyna dorasta we względnym materialnym komforcie, ale czegoś jej brakuje, zarywa noce, by oglądać Dzikość serca, film wyrażający aspiracje, których jej rodzice nie potrafią nie tylko spełnić czy zrozumieć, ale nawet nazwać. Niebo jest dla niej ucieczką przed światem jej rodziców z jego materializmem, kultem pieniądza i dorabiania się, duchową i intelektualną pustką.

Niedany horror

Niestety, ta szersza społeczna i kulturowa perspektywa niemal zupełnie znika w dalszych odcinkach, gdy Aneta i Sebastian trafiają już do sekty i są przez nią poddawani ogłupiającej, piorącej mózg przemocy. Pokazanie mechaniki tego procesu mogłoby stworzyć ważny, przejmujący emocjonalnie tekst kultury – serialowi to się niestety nie udaje. Od drugiego odcinka dramaturgia zupełnie się rozłazi, wizji „piekła w Niebie” brakuje narracyjnej dyscypliny, horror, którego doświadczają bohaterowie, rozciągnięty na kolejne odcinki traci swoją emocjonalną siłę, zaczyna coraz bardziej nużyć widza. Serial, mimo całego dramatyzmu przedstawianej w nim akcji, staje się po prostu nudny, zmienia się w nieznośnie przeciągnięte torture porn – choć tortury są tu głównie psychiczne i emocjonalne, a nie fizyczne.

W ostatnim odcinku, by pokazać niezdolność uwolnienia się Sebastiana od wpływu Wójcika, twórcy sięgają wprost po konwencję nadprzyrodzonego horroru. Widmo przywódcy sekty nawiedza młodego mężczyznę po ucieczce z sekty, prześladuje go jak duch zamurowanej żywcem dziedziczki gotyckie zamczysko. Wejście takiej konwencji zupełnie nie sprawdza się na ekranie – a piszę to jako osoba, która zapytana o ulubiony gatunek bez wahania odpowiada „horror”.

Na ekranie twórcom Nieba udało się zgromadzić na ekranie znakomitą obsadę. Jednak nawet Tomasz Kot – z całym swoim talentem i ekranową aurą – nie jest w stanie pociągnąć źle napisanej postaci Wójcika, na opowiedzenie której twórcy ostatecznie nie mają pomysłu.

Czasem potrzebny jest dystans

Ostatecznie, poza dwoma pierwszymi dobrymi odcinkami, otrzymujemy nużący, emocjonalnie głuchy serial, który nie mówi nic nowego ani o latach 90., ani o sektach, ani o duchowości czy mechanizmach psychicznej przemocy i manipulacji. Biorąc uwagę jaki potencjał niósł temat, naprawdę szkoda.

Czytaj także Scenograficzny fetysz „Heweliusza” pokazuje polityczną siłę nostalgii Galopujący Major

Dlaczego wyszło, jak wyszło? Może problemem jest tu zbytnie zaufanie do literackiego materiału, wspomnień głównego bohatera? Czasami lepiej widać z dystansu, a uczestnicy wydarzeń niekoniecznie mają klucz do ich zrozumienia. Tu tego dystansu zabrakło, twórcy nie podjęli wysiłku, który pozwoliłby uczynić historię bohaterów istotną dla naszego zrozumienia lat 90. albo dla perspektywy współczesnego widza.

Polska produkcja serialowe lubuje się w historycznych opowieściach o czasach transformacji i Niebo wygląda jak próbą dołączenia do tej lokomotywy. Takie produkcje jak Heweliusz udowadniają, że potrafimy tworzyć w tym gatunku świetną telewizję. Niestety, Niebo. Rok w piekle pokazuje, że do stworzenia dobrego serialu nie wystarczy dramatyczna historia oparta na faktach, świetni aktorzy, meble, samochody, muzyka i kostiumy z czasów, gdy rządzili Suchocka, Oleksy czy Pawlak, a Kwaśniewski zmierzał po pierwszą kadencję.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie