Kraj

Wege wielkanoc

Co weganie i wegetarianie jedzą w święta wielkanocne? I czy to powód nieuniknionych kłótni przy stole?

Wielkanoc dość mocno kojarzy się z mięsem, a przede wszystkim z jajkami. Jak ze świątecznym spotkaniem przy stole radzą sobie osoby, które tych produktów nie jedzą? Co weganie/weganki i wegetarianki/wegetarianie jedzą w święta wielkanocne? Jak reaguje na to rodzina i przyjaciele? I czy to najlepszy moment, żeby do swoich wyborów przekonywać innych? Jak to robić? Na to pytanie odpowiadają m.in. Katarzyna Biernacka i Dariusz Gzyra ze Stowarzyszenia Empatia, Marta Dymek, autorka popularnego bloga Jadłonomia, oraz członkowie i członkinie zespołu Krytyki Politycznej.

***

Katarzyna Biernacka, Stowarzyszenie Empatia

Od kiedy zrozumiałam, że nie ma tak naprawdę różnicy między psem a świnią, kiełbasa wieprzowa wydaje mi się pomysłem tak samo absurdalnym jak psi smalec. Absurdalnym i złym. Weganizm jako pakt o nieagresji ze zwierzętami jest dla mnie zatem czymś bardzo oczywistym, zarówno na co dzień, jak i od święta. Równocześnie lubię smacznie zjeść i nie ukrywam, że większość produktów odzwierzęcych, takich jak świąteczne pasztety, kiełbasy czy jajka bardzo mi smakowała. Co ciekawe, w diecie roślinnej można odtworzyć wiele smaków, kształtów a nawet zapachów potraw, które nauczyliśmy się kojarzyć ze zmysłową przyjemnością, rodzinną atmosferą czy czasem świąt.

Dla mnie absolutnym przebojem jest wegański majonez czy pasta „jajeczna” – obydwie to potrawy bez jajek – posiadające charakterystyczny dla jajek zapach, który osobiście uwielbiam. Sekretem w obu przypadkach jest dodatek soli czarnej, która zawiera związki siarki odpowiedzialne za zapach (dla niektórych odór) powodujący wzmożoną aktywność moich soków żołądkowych. Majonez wegański robi się w 5 minut, miksując pół szklanki mleka sojowego, pół szklanki oleju, 2 łyżki soku z cytryny, łyżeczkę musztardy i parę hojnych szczypt owej soli, która czarna jest z nazwy, a w rzeczywistości ma kolor jasnoróżowy. Tradycyjna sałatka jarzynowa, ta z ziemniakami, marchewką, zielonym groszkiem, podana z tym majonezem udobrucha najbardziej wymagającą babcię, zaś pasta „jajeczna” według przepisu stuprocentowo roślinnej Jadłonomii (która została blogiem roku 2013) zadziwi pozostałych domowników. Natomiast na kiełbasy z pszenicy, szczególnie te czeskie, nabierze się niejeden wujek, który ślubował dozgonną wierność tradycyjnej polskiej kuchni.

Cieszy mnie ta możliwość zabawy ze smakami, która umożliwia nam z jednej strony pewną ciągłość naszych przyzwyczajeń i tradycji, a z drugiej – wyjście naprzeciw etycznym wyzwaniom współczesności, w której nauka co i rusz donosi, jak bliskimi kuzynami są nam zwierzęta pozaludzkie.

***

Marta Dymek, autorka bloga Jadłonomia

Co roku kiedy zbliżają się święta, wszyscy mięsożerni znajomi z lękiem pytają: To co ty właściwie jesz w czasie świąt? Tymczasem lista dań na moim stole jest tak długa, że z reguły nie wystarczy mi czasu, aby wymienić wszystkie przygotowane przysmaki. Mój odświętny jarski stół wprost ugina się pod ciężarem pełnych półmisków – pojawia się cała masa past z fasoli, kremów z grochu, pieczonych warzyw, soczewicowych pasztetów oraz sałatek z kaszą i świeżymi warzywami. Jest też żurek z jabłkiem pieczonym w majeranku, krem chrzanowy z grzankami, kotlety z boczniaków w sosie koperkowym oraz tegoroczny specjał, czyli rozpustna pieczeń grzybowa z orzechów. I chociaż przy stole zasiadają zarówno mięsożerni członkowie rodziny, jak i jarosze, to nikt nie jest głodny i nie rozgląda się za mięsnymi dodatkami.

***

Joanna Erbel, socjolożka, aktywistka, członkini zespołu Krytyki Politycznej

Dla mojej rodziny Wielkanoc zawsze była okazją do wyjazdu poza Warszawę i była obchodzona w sposób świecki. Święta nie miały charakteru religijnego, lecz były okazją do spotkania się w gronie rodziny oraz do odpoczynku. Świąteczne potrawy były ważne jako element tradycji, ale nie na tyle, żeby moment, w którym zostałam wegetarianką (15 lat temu) czy weganką (5 lat temu) stanowił duży problem. Siedziałam przy stole i po prostu jadłam co innego, albo nie jadłam. W moim przypadku do diety wegańskiej doszło uczulenie na gluten, więc byłam zwolniona z konieczności objadania się podczas świąt ciastami.

Dla wielu osób brak możliwości zjedzenia wszystkich mazurków, babek, makowców czy innych smakołyków byłby uciążliwością – przynajmniej dla tych, którzy współczuli mi, że nie mogę jeść wypieków z mąki. Ale dla mnie było to wyzwoleniem i ratunkiem od świątecznego obżarstwa. Ta sytuacja powoli się zmienia, bo w tym roku w planach jest wegański sernik i bezglutenowy makowiec. W zasięgu pojawiły się jakiś czas temu wegańskie majonezy.

Ani Wielkanoc, ani Boże Narodzenie nie były dla mnie jako weganki sytuacją trudną społecznie, bo znacznie ważniejsze dla mojej rodziny było to, żeby usiąść razem do stołu, niż by koniecznie przy tym stole jeść to samo.

O ile pierwsze moje święta jako weganki opierały się na menu całkowicie rozbieżnym od menu reszty rodziny, to z czasem część świątecznych potraw na stole występowała w wersji wegańskiej.

***

Marcin Gerwin, Sopocka Inicjatywa Rozwojowa

Muszę przyznać, że przez długi czas żyłem w błogiej nieświadomości, uważając, że skoro zrezygnowałem z jedzenia mięsa, to problem cierpienia zwierząt mam z głowy. Oczywiście, zdawałem sobie sprawę z tego, jak wygląda przemysłowa hodowla kur, postanowiłem więc dodatkowo nie kupować majonezu (który bardzo lubię), zakładając, że zapewne są w nim najtańsze jajka z możliwych. Tak oto żyłem sobie przez wiele lat, aż pewnego dnia, przy okazji dyskusji pod artykułem w internecie, dowiedziałem się, że jednak samo niejedzenie mięsa nie załatwia sprawy. Od niedawna staram się więc również ograniczać jajka i mleko, co przy słabości do słodyczy w mlecznej czekoladzie łatwe nie jest.

Wielkanoc nie była dla mnie do tej pory problemem „jedzeniowym”, szczególnie, że już dawno udało mi się przekonać moją mamę do kupowania jajek „zerówek”. Co jednak teraz? Zjeść jajka, nie zjeść? Jednak zjeść. Dlaczego? Najkrócej mówiąc: bo w mojej sytuacji wypada. Choć sam dla siebie jajek nie kupuję, to jednak gdy jestem w gościach, na świątecznym śniadaniu, wydaje mi się to na miejscu. Jeżeli jednak pewnego dnia moi rodzice zrezygnują z jedzenia jajek, to chętnie zjem z nimi na Wielkanoc tofucznicę.

Z wegańskich przepisów poleciłbym pastę na kanapki, którą odkryłem ostatnio: puszka zielonego groszku, pół słoika suszonych pomidorów w oleju, 3 łyżeczki musztardy, 1-2 ząbki czosnku, oliwa (trochę, na oko), odrobina wody (dla dobrej konsystencji), czubryca lub inna przyprawa do smaku. Zmiksować blenderem i gotowe. Majonez wegański mi nie wyszedł, przerobiłem go na pastę, całkiem zresztą dobrą, ale to już zupełnie inna historia.

***

Dariusz Gzyra, Stowarzyszenie Empatia

Nie obchodzę świąt wielkanocnych, nawet w wersji świeckiej. Wielkanoc jest dla mnie czymś egzotycznym. Nie wierzę w zmartwychwstanie Jezusa. Patrzę na ten pomysł z podobnym dystansem, jak na jakiekolwiek inne wierzenie dowolnie wybranej grupy wiernych jednej z niezliczonych religii świata. Obrzędowość tego święta wydaje mi się kiczowata i mnie drażni. Święconki w wiklinowych koszykach kojarzą mi się z zapoconą kiełbasą, wzdrygam się, kiedy to widzę. Poranne dzielenie się święconym jajkiem, bez wzmianki o tym, skąd się wzięło, to następna część etycznego matriksu. Kolejny rytuał zapomnienia o zwierzętach, którym – niezależnie od rodzaju chowu – nikt nie da emerytury, kiedy już nie będą znosić jajek i które mielone są żywcem niedługo po urodzeniu, jeśli miały nieszczęście urodzić się płci męskiej i nie mieć fizjologicznych możliwości znoszenia jajek. Namawianie do jedzenia jajek ekologicznych jest dla mnie podejrzane moralnie, no chyba, że cierpi się na amnezję, buja w obłokach lub jest się cynikiem. Wszystko to sprawia, że w czasie świąt wycofuje się i unikam świątecznego życia społecznego.

Oczywiście da się obchodzić te święta, będąc weganinem lub weganką, jeśli ktoś ma powód świętowania. Kulinaria wydają się ich ważnym elementem. Jeśli ktoś ma wielką potrzebę zachowania formy świątecznych posiłków, da się to zrobić. Wegański talerz wędlin, pasztetów i sałatek z majonezem jest jak najbardziej możliwy do przygotowania. Jest coraz więcej gotowych produktów roślinnych imitujących niewegańskie potrawy. Nie widzę też najmniejszego problemu z przygotowaniem ciast i innych słodkości, bez krowiego mleka i ptasich jaj w składzie. Polecam przepisy z ponad 80 wegańskich blogów kulinarnych, które codziennie pojawiają się na facebookowym profilu Weganizm. Spróbujesz? trudno nie znaleźć tam świątecznych potraw, które zrobią wrażenie. Dobra wiadomość: mogą je jeść wszyscy, również nieweganie. Namawiam do częstowania i chwalenia się roślinnymi smakami. Jeśli idziemy do kogoś w odwiedziny, przygotujmy coś takiego, zróbmy dobre wrażenie kuchnią roślinną.

Słynny moment pytań i dyskusji przy stole też można przetrwać, a nawet wyjść z niego zwycięsko. Trzeba tylko mieć trochę cierpliwości i nie dać się prowokować i wciągać w zaciekłe spory.

Moment jedzenia niewegańskich potraw, które dla innych przy stole są arcysmaczne i kojarzą się jak najlepiej, nie jest dobrym momentem przekonywania innych do weganizmu. Uśmiech, spokojne, rzeczowe odpowiedzi i – mimo wszystko – wyrozumiałość wobec innych, pomogą. Powodzenia.

***

Magda Majewska, Dziennik Opinii

Weganką zostałam trochę ponad rok temu – po dziesięciu latach wegetarianizmu miałam coraz większą świadomość, że jeśli nie chcę przyczyniać się do cierpienia zwierząt, wegetarianizm to za mało. Tak się złożyło, że ostateczną decyzję podjęłam niedługo przed Wielkanocą. Jako ateistka traktuję to święto jedynie jako okazję do spędzenia czasu z rodziną, ale że dla mojej mamy ważna jest tradycja dzielenia się jajkiem, przed świętami zdążyłam usłyszeć komentarz: „Jak to? Nie podzielisz się z nami jajkiem?!”. Jednak w dniu wielkanocnego śniadania okazało się, że mama przygotowała z myślą o mnie wegańske mazurki (kruche ciasto bez masła to żaden problem) oraz… wegańskie jajka. Czyli formy waflowe w kształcie jajek wypełnione pastami warzywnymi. Już po śniadaniu okazało się, że mama nie doczytała, że wśród składników wafli było „białko jaja kurzego”. Dla mnie z tej historii płyną dwa wnioski: po pierwsze otoczenie często na decyzję o przejściu na weganizm reaguje lepiej, niż się spodziewamy, po drugie – zawsze należy uważnie czytać podany na etykiecie skład produktów spożywczych, bo mleko i jajka potrafią pojawić się tam, gdzie zupełnie się tego nie spodziewamy (i gdzie są całkowicie zbędne). Dopiero po świętach dowiedziałam się, że np. w pieczywie może występować serwatka.

A jeśli chodzi o rodzinę – nikt poza mną nie zrezygnował na razie z jedzenia mleka i jajek (jedna osoba jest wegetarianką), ale w tym roku znów będą na mnie czekać wegańskie mazurki, a ja byłam pytana, czy przywiozę pasty i pasztet warzywny. Z próby przygotowania wegańskich jajek na razie wszyscy zrezygnowali.

***

Magdalena Młynarczyk, Klub Krytyki Politycznej w Koszalinie

Nie obchodzę świąt, bo jestem ateistką, ale mam rodzinę, która je celebruje i bardzo ceni tradycję. Dodatkowo jestem weganką, czyli nie korzystam z produktów pochodzenia zwierzęcego. Mam świadomość, jak okrutnie traktowane sa zwierzęta w hodowlach czy rzeźniach, Nie chcę przyczyniać się do tego cierpienia, nie jem więc mięsa, jaj, mleka. No i mam spędzić ten wyjątkowy dla bliskich czas z rodziną, ma być komfortowo i dla nich, i dla mnie, ma być smacznie, przyjemnie i ma być wspólnota. Moi rodzice szanują moje etyczne wybory i starają się, by w wielkanocnym menu było też coś dla mnie. Zazwyczaj są to sałatki (z sojonezem zamiast majonezu i serem tofu miast tradycyjnego z mleka krowiego), ale też ciasta. Wszystkim nam bardzo smakuje babka cytrynowo-kokosowa, której przepis znalazłam na Puszce, czyli w najlepszej książce kucharskiej w sieci. Z przyjemnością zauważam, że na stole moich najbliższych pojawia się coraz więcej wegańskich – więc też zdrowych – produktów.

***

Elżbieta Rutkowska, Świetlica Krytyki Politycznej w Trójmieście

Przy moim rodzinnym stole zasiadają wszystkożercy, wegetarianie i weganie. Od kiedy, przez przypadek, dowiedziałam się, jak przygotowywane są dania „bezmięsne”, zaczęłam przywozić wszystkie potrawy z domu, gdzie przyrządzam je samodzielnie. Oczywiście w ilościach takich, aby każdy mógł spróbować, bo egzotyka pociąga.

Podróżowanie z jedzeniem na każde rodzinne święto zaczęło się od podpatrzenia babci przygotowującej sałatkę warzywną dla wegetarian. Wtedy uznałam, że bycie weganką podczas świąt jest o wiele bezpieczniejsze od wegetarianizmu. Jeżeli ktoś nie pamięta, to sałatkę warzywną przyrządza się z gotowanych warzyw, więc Babcia faktycznie pokroiła ugotowane warzywa, ale odsączone na sitku. To sitko zaintrygowało mnie najbardziej, więc zapytałam czemu są na nim warzywa: „Zostały z gotowania mięsa na galaretkę i żeby się nie marnowały, robię z nich sałatkę warzywną, by Marek miał co jeść”. To od tego momentu gotuję każde danie samodzielnie i przywożę nawet chleb. Dzięki temu wiem, że jest wegański, a przy okazji rodzina ma okazję jeść wartościowe pieczywo bez ukrytych polepszaczy.

Najtrudniejsze podczas świąt są tematy poruszane przy stole. Dyskutujemy o zwierzętach, o tym, czemu nie jem martwych ciał, i zawsze wraca stwierdzenie, że „przecież mleko czy jajeczko to już nie jest mięso”. No i bądźmy szczerzy: „ile tego jajka, czy mleka jest w kawałku ciasta, no ile?”. Wyobraźcie sobie, ponad dwadzieścia lat świąt, imienin, urodzin i cały czas to samo! Czasem wystarcza mi siły, aby spokojnie odpowiadać na pytania, dzielić się wiedzą, tłumaczyć i rozmawiać o ekologii. Marzy mi się spokojna odpowiedź zaproponowana w książce Petera Singera: „Naprawdę nie znoszę wspierać straszliwego okrucieństwa, do którego dochodzi w hodowlach przemysłowych i znacznie lepiej czuję się jako weganka. Wiem, że prowadzenie takiej rozmowy przy stole, gdzie siedzą osoby jedzące mięso, jest nieprzyjemne, a ja nie chcę zdominować rozmowy. Mam trochę literatury i chciałabym opowiedzieć o tym w innych okolicznościach, później”.

Obawiam się, że nigdy nie powiem tego spokojnie, wiec co bardziej rokującej części rodziny zaczęłam dawać w prezencie książki pobudzające do myślenia o zwierzętach. No i stało się! Podczas ostatniego spotkania, kiedy już nie mogłam i zaoferowałam się, że zrobię wszystkim herbatę (dobry wybieg, aby złapać oddech), usłyszałam, jak wujek tłumaczy rodzinie, co dzieje się w przemysłowych hodowlach zwierząt. I nie uwierzycie, jego słuchali z zapartym tchem! Moje powtarzanie tego samego było nudne, ale gdy to samo mówił „człowiek z mięsożernej strony barykady”, było to godne słuchania. Zatem moja rada na święta: inwestujcie w rodzinę, dając im książki, ulotki, filmy, a może staną po waszej stronie i w końcu, po wielu latach, rozmowy o zwierzętach staną się pogłębioną dyskusją, a nie walką na argumenty. Zwierzęta na tym zyskają, bo może za rok mięsa na stole będzie o wiele, wiele mniej.

***

Joanna Tokarz-Haertig, koordynatorka projektów Krytyki Politycznej

Wegetariańska Wielkanoc nie jest dla nas wyzwaniem, kupujemy i robimy mnóstwo potraw bezmięsnych, nie tęsknimy za półmiskami kiełbas i szynek, a na widok cudzego talerza pełnego wybornego mięsiwa w żadnym razie nie cieknie nam ślinka. Nie jem mięsa dopiero od 4 lat, a tak naprawdę zdarza się jeszcze, że jem rybę. Mój mąż nie jadł mięsa, od kiedy się poznaliśmy.

Mam świadomość, że wielu wegetarian marzy o tym, aby podczas świątecznych okazji w spokoju ducha zjeść pasztet sojowy, nie dyskutując o żelazie, białku oraz uzębieniu ludzkim. W naszym przypadku wystarczył jeden wspólny obiad i wszyscy przeszli nad sytuacją do porządku dziennego. Do czasu, aż pewna mała dziewczynka na diecie wegetariańskiej głośno poprosi o kiełbasę od swojego kuzyna, który – by dodać sytuacji pikanterii – jest alergikiem i ma tyle wykluczonych produktów, że niektóre rodzaje mięsa są ważnym elementem jego bardzo wybiórczej diety.

Czy oddani sprawie wegetariańscy rodzice wołają: Kochanie, to jest świnka, która mogłaby żyć, my nie jemy mięsa! Czy tłumaczą przy świątecznym stole, że dziadek ma na talerzu martwego kurczaka? Biorąc pod uwagę, że rodzinne święta są na ogół jedną z okazji kontaktu rodzin wegetariańskich z mięsem, są to częste sytuacje i dylematy. Czy innego dnia byłaby ku temu lepsza okazja i może lepiej nie psuć świątecznej atmosfery?

Piszę  to z ironią, ale w takich sytuacjach przypomina mi się historia naszej przyjaciółki, weganki, której obie córki, teraz już prawie nastolatki, są na diecie wegetariańskiej. Ponieważ mieszkają na niemieckiej prowincji, w kraju słynącym z kiełbasy, jedna z imprez organizowanych przez przedszkolną grupę miała odbyć się w domu lokalnego kiełbasianego potentata. Nasza przyjaciółka stanęła przed wyborem: albo jej córki nie pójdą na zabawę, albo będą jadły suche bułki, albo ona przygotuje alternatywny wegetariański stół. Przełamując wszelkie swoje opory i niechęć do osoby, która w jej oczach zarabiała ogromne pieniądze na cierpieniu zwierząt, przygotowała całe menu i ręka w rękę z panem od kiełbasy grillowała seitanowe szaszłyki, warzywa i sojowe burgery. Konsekwentnie dbając o samopoczucie swoich dzieci i ich relacje z rówieśnikami, powstrzymując się od dyskusji i moralizowania, wprowadzając na różne wydarzenia wegetariańskie, a tak naprawdę po prostu zróżnicowane i oparte na warzywach dania, dotrwała do końca przedszkola, a nowe menu już się tam zadomowiło.

Mam więc poczucie, że wyzwaniem jest, aby talerz wegetariańskiego członka rodziny nie wzbudzał w innych poczucia winy, co de facto otwiera dalej drzwi do rozmowy.

***

Agnieszka Wiśniewska, koordynatorka klubów Krytyki Politycznej

Wolę jak rodzina nie przejmuje się tym, że nie jem mięsa i nie zjem z nimi schabowego. Bo kiedy się przejmuje, to zawsze robi coś specjalnie dla mnie. Najczęściej są to kotlety sojowe. Ciocie i wujkowie z dumą ogłaszają, że w sklepie osiedlowym udało im się dostać. Robią tych kotletów dziesięć. Smaku to to nie ma. Ale urazić rodziny nie można, więc jesz te tony sztucznej, smakującej jak karton soi. Fuj.

Często ukrywam to, że nie jem mięsa. Szczególnie przy rodzinie, która zrobiła obiad, albo dalszych znajomych, albo kiedy jestem w miejscu, gdzie nie da się dostać nic bez mięsa. Robię to, żeby nikogo nie urazić, żeby nie sprawiać kłopotu. W dużych miastach, w sytuacjach, kiedy da się zjeść coś wegetariańskiego, mówię, że nie jem mięsa. Tylko wtedy.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij