Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Kraj, Kultura

Spór o relacje państwo–Kościół to wojna zastępcza. Kościół powinien z niej taktycznie zdezerterować

W dzisiejszej Polsce Kościół wciąż ma potencjał, by znakomicie poradzić sobie bez przywilejów w życiu polityczno-państwowym – pisze Piotr Trudnowski.

W debacie o relacjach państwo–Kościół katolicki widzę problem podobny, jaki był z postulatami „obrony Konstytucji”. Wątpię w to, że wielu deklaratywnym obrońcom ustawy zasadniczej naprawdę chodziło o to, co można było oficjalnie usłyszeć, czyli o przywiązanie do jej zapisów i gwarantowanych nią praw i wartości. Obawiam się, że największym problem było naruszanie tych zapisów przez ich politycznych przeciwników. Co zaś tyczy się sporów okołokościelnych – rzadziej dotyczą one relacji Kościoła z państwem, a częściej tego, co Kościół w swojej koegzystencji z państwem chce promować w życiu publicznym i politycznym. Problemem dla zwolenników „rozdziału” jest więc treść nauczania Kościoła w sferze polityki i w odniesieniu do zasad życia społecznego. To właśnie ona nie podoba się ani liberałom, ani starej i nowej lewicy.

Przecież prawo do promowania bliskich Kościołowi, a także innym Kościołom, wartości i rozwiązań w życiu publicznym oraz współpracy wspólnot religijnych z państwem jest fundamentem naszego konstytucyjnego porządku. Ignacy Dudkiewicz zaczyna swój tekst od stwierdzenia, że „rozdział Kościoła od państwa jest w Polsce fikcją”. Problem w tym, że nie ma powodu, dla którego miałby on stać się normą.

Konstytucjonaliści i komentatorzy spierają się o interpretację 25 art. Konstytucji RP, ale gołym okiem widać, że żadnego rozdziału on wprost nie sankcjonuje. Mówi o równouprawnieniu Kościołów i wyznań (ust. 1), bezstronności państwa w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych (ust. 2) czy konkordacie (ust. 4), co in gremio uznać można za jakąś formę „przyjaznego rozdziału”. Kluczowy jest jednak, tak chętnie pomijany przez zwolenników tezy o „świeckim państwie” i „konieczności rozdziału”, ustęp 3. Mowa w nim o tym, że „stosunki między państwem a Kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego”.

Jeżeli zasadą jest zatem „współdziałanie dla dobra człowieka i dobra wspólnego” – notabene to piękna republikańsko-chadecka formuła – trudno mieć pretensje o to, że świeccy i duchowni ludzie Kościoła (i innych Kościołów) chcą w ramach tej współpracy kształtować rzeczywistość publiczno-polityczną zgodnie z tym, co uważają za owo dobro. Gaudium et spes, konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym, przywoływana często w toku argumentów „soborowych” za rozdziałem państwa i Kościoła, wypowiada się dokładnie w tym samym duchu. „Kościół winien mieć jednak zawsze i wszędzie prawdziwą swobodę w głoszeniu wiary, w uczeniu swojej nauki społecznej, w spełnianiu nieskrępowanie wśród ludzi swego zadania, a także w wydawaniu oceny moralnej nawet w kwestiach dotyczących spraw politycznych, kiedy domagają się tego podstawowe prawa osoby lub zbawienie dusz, stosując wszystkie i wyłącznie te środki, które zgodne są z Ewangelią i dobrem powszechnym według różnorodności czasu i warunków”.

Uważam więc, że spór o relacje państwo–Kościół to wojna zastępcza, w której ideologiczni i filozoficzni przeciwnicy Kościoła wchodzą na wygodny dla siebie grunt, aby uderzać w bębenek „wszechwładzy Kościoła”, „sojuszu tronu z ołtarzem” i „ustaw pisanych pod dyktando biskupów”. Nawet ci odwołujący się wprost do dziedzictwa soboru watykańskiego II – jak Ignacy Dudkiewicz chociażby – nie dostrzegają, że Kościół zarówno wedle posoborowych dokumentów, jak i naszej ustawy zasadniczej ma pełne prawo, by na rzeczywistość polityczną wpływać i w niej uczestniczyć. Trudno mi sobie wyobrazić inną przyczynę takiego stanu rzeczy niż niezgodę z moralnym i społecznym nauczaniem Kościoła w wielu kluczowych kwestiach.

Potrzeba taktycznej dezercji

Fakt, że zarzuty wobec roli i kondycji Kościoła w Polsce padają w ramach wojny zastępczej, nie unieważnia ich słuszności, dotyczy to również wielu zarzutów podnoszonych przez redaktora Magazynu Kontakt. Sądzę jednak, że nie ma potrzeby szczegółowego ich rozstrzygania punkt po punkcie. Uważam bowiem, że (z korzyścią nie tylko dla Kościoła, ale również naszej wspólnoty politycznej oraz „dobra człowieka i dobra wspólnego”) Kościół powinien dziś taktycznie z tej wojny zastępczej zdezerterować. Skoro prawdziwy spór toczy się o prawo do głoszenia nauczania Kościoła w życiu publicznym – a więc o możliwość formułowania stanowiska wobec godności człowieka, małżeństwa i rodziny, natury ludzkiej, prawa do życia, a wreszcie obowiązków tak narodowej wspólnoty politycznej, jak i rodziny ludzkiej – to na tym Kościół powinien się dziś skoncentrować.

W dzisiejszej Polsce Kościół wciąż ma potencjał, by znakomicie poradzić sobie bez przywilejów w życiu polityczno-państwowym. Ba! Optymistycznie sądzę, że ich utrata wyleczyłaby wielu wiernych ze, skądinąd często uzasadnionego, antyklerykalizmu i stworzyła grunt pod realną solidarność między wiernymi a ich pasterzami.

Co ta dezercja miałaby oznaczać w praktyce? Rezygnację z prowadzenia w szkołach katechezy finansowanej ze środków centralnych (za warte rozważenia uważam prowadzenie tych zajęć w szkołach za pieniądze wiernych, poza szkołą, jak i pozostawienie tych decyzji gminnym wspólnotom samorządowym), likwidację Funduszu Kościelnego (być może z opcją dodatkowego odpisu podatkowego na wzór niemiecki) czy podporządkowanie ofiarności na rzecz Kościoła ogólnym zasadom „świeckich” zbiórek i darowizn. Moim zdaniem są to sprawy, w których Kościół bez wielkiej straty dla swoich kluczowych celów mógłby ustąpić pola.

Jest to także punkt wyjścia do osiągnięcia kompromisu w relacjach państwo–Kościół, który wymagałby cofnięcia się z zajętych pozycji przez obu uczestników sporu. Druga strona w naszej proxy war, czyli tzw. zwolennicy rozdziału, powinna jednocześnie jednoznacznie przyznać Kościołowi i świeckim ludziom Kościoła prawo do prowadzenia aktywności politycznej w duchu, który wypływa z katolickiej nauki społecznej i kościelnego nauczania moralnego. Argumenty o „ustawach pisanych pod dyktando biskupów” i „wtrącaniu się Kościoła do polityki” (gdy mowa oczywiście nie o personaliach i partiach, ale publicznym ocenianiu formułowanych postulatów zmian prawnych oraz wzywaniu wiernych-polityków do działania zgodnego z nauczaniem katolickim) nie powinny nigdy więcej padać.

Głos Kościoła w polityce musi być bardziej doniosły

Kościół i przynależący do niego politycy po rezygnacji z „ziemskich” przywilejów powinni dużo wyraźniej niż dziś mówić o potrzebie pełnej ochrony życia ludzkiego, nie tylko w debacie o aborcji, ale również o in vitro. Kościół powinien także stać na straży prawnej ochrony małżeństwa i rodziny w duchu zgodnym ze stanowiskiem Kongregacji Nauki Wiary w tej kwestii.

Rację mają też ci, którzy (jak chociażby moi klubowi koledzy z redakcji „Pressji” w numerze „Polityka Boża”) podnoszą, że aktywne nauczanie Kościoła w sferze społeczno-politycznej nie może ograniczać się do tematyki nazywanej, niezbyt celnie, światopoglądową. Te kluczowe z perspektywy sporu o naturę człowieka problemy biopolityczne są tylko elementem wkładu, jaki  Kościół powinien wnosić w debatę publiczną. Pozostałe, a dziś mało obecne w kościelnym dyskursie tematy, to chociażby kwestie społeczno-gospodarcze, walka z dyktaturą konsumpcjonizmu, troska o środowisko naturalne, działanie na rzecz pokoju czy wreszcie troska o imigrantów i wszelkich wykluczonych, gdy łamane są ich prawa (prawa, podkreślmy, a nie wyobrażone przez część liberałów i nową lewicę przywileje).

Wreszcie to też dbanie o standardy życia publicznego. „Uczciwość w kontaktach między rządzącymi a rządzonymi, jawność w administracji publicznej, bezstronność w rozstrzyganiu spraw publicznych, poszanowanie praw przeciwników politycznych, ochrona praw ludzi oskarżonych w procesach i sądach doraźnych, sprawiedliwe i uczciwe wykorzystanie pieniędzy publicznych, odrzucenie niegodziwych metod zdobywania, utrzymywania i poszerzania władzy za wszelką cenę” są elementami swoistego „katolickiego programu polityczno-społecznego”, zakreślonego przez świętego Jana Pawła II w encyklice Veritatis Splendor. Jestem głęboko przekonany, że na takim głosie Kościoła, nie zamiast agendy biopolitycznej, ale obok niej, skorzystalibyśmy wszyscy. Bez względu na stosunek do wiary katolickiej i osobiste relacje z Panem Bogiem każdego z nas.

Liberałowie i lewico! Wchodzicie w taki deal?

**
Piotr Trudnowski to prezes Klubu Jagiellońskiego i redaktor portalu klubjagiellonski.pl. Ekspert ds. społeczeństwa obywatelskiego. Pracował dla organizacji obywatelskich, instytucji publicznych, biznesu i polityków.

Inicjatywa wspierana jest przez Fundusz Obywatelski zarządzany przez Fundację dla Polski.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.