Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Czego nie rozumieją przeciwnicy zakazu używania smartfonów w szkołach? [polemika z Wójcikiem]

Problemem nie są poszczególne platformy społecznościowe, smartfony czy komputery. Razem tworzą one środowisko, którego oddziaływanie może być mierzone czasem ekranowym, a ten jest silnie skorelowany z zaburzeniami funkcjonowania psychospołecznego dzieci.

Na niebieskim tle nastoletnia dziewczyna w różowej kurtce i chłopak w niebieskiej bluzie trzymają w rękach telefony, uśmiechając się i spoglądając na siebie
Kontekst

📄 23 marca 2026 roku do wykazu prac rządu wpisano projekt ustawy zakazującej używania telefonów komórkowych w szkołach podstawowych. Nowe przepisy mają obowiązywać od 1 września.

📱 W swoim niedawnym artykule „To nie smartfony są groźne dla uczniów. Prawdziwym zagrożeniem jest lenistwo MEN” Piotr Wójcik wysunął argumenty przeciwko zakazowi, podkreślając, że korzystanie przez dzieci i młodzież ze smartfonów ma też pozytywne skutki.

Walka

Piotr Wójcik w swoim niedawnym tekście dotyczącym zdrowia dzieci w polskich szkołach postawił śmiałą tezę, że smartfony nie są zagrożeniem dla dobrostanu uczniów – jest nim co najwyżej lenistwo Ministerstwa Edukacji Narodowej. To spójne z prezentowanym w innym tekście tego samego autora stanowiskiem, że nie trzeba zakazywać smartfonów, wystarczy nauczyć dzieci z nich korzystać.

Czytaj także To nie smartfony są groźne dla uczniów. Prawdziwym zagrożeniem jest lenistwo MEN Piotr Wójcik

Jako psycholog pracujący w państwowym systemie oświaty poczułem, że muszę się do powyższych tez odnieść – pozostawione bez komentarza niosą ze sobą ryzyko wyrządzenia dużej szkody.

„Rządowy internet” w szkołach już mamy

Wójcik pisze, że procedowany zakaz korzystania z platform społecznościowych, w których algorytmach zaszyte są mechanizmy uzależniające odbiorców i patologizujące ich zachowania, jest w porządku. Dziwi go natomiast pomysł zakazania używania smartfonów w klasach od I do VIII, bo „można [za ich pomocą] dokonywać miliona innych czynności niż scrollowanie tablicy”. Dalej sięga po argumentum ad putinum, sugerując, że zakaz może prowadzić do odtworzenia rosyjskich wzorów, gdzie w szkołach będzie dostępny tylko „rządowy internet” i jakiś rządowy komunikator sklonowany z rosyjskiego MAX.

Autor zdaje się nie wiedzieć, że prawie wszystkie szkoły w Polsce są podłączone do Ogólnopolskiej Sieci Edukacyjnej, która jest niczym innym, jak formą „rządowego internetu”. Sieć blokuje niepożądane z punktu widzenia instytucji państwa strony, np. pornograficzne i prezentujące przemoc. Mało tego. Obowiązek ochrony dzieci przed krzywdami doznanymi w środowisku cyfrowym znajduje się w Standardach Ochrony Małoletnich, które obligują szkoły do zapewnienia bezpieczeństwa korzystania z internetu, urządzeń cyfrowych, ochrony wizerunku dzieci czy przestrzegania zasad publikowania nagrań.

Czytaj także Krzyże do wora, czyli test na lewackość polskiej szkoły Łukasz Łachecki

Oznacza to, że w polskiej szkole od dawna działają rozwiązania technologiczne i prawne, które zobowiązują rady pedagogiczne do wypracowania i stosowania narzędzi kontrolujących korzystanie z internetu. Jeśli dziecko może wnieść do szkoły smartfon z wykupionym przez rodziców abonamentem, to uniemożliwia szkole spełnienie obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa cyfrowego uczniów. Mimo to większość szkół, w obawie przed oporem ze strony rodziców i nauczycieli (z własnego doświadczenia wiem, że najmniejszy problem z taką regulacją mają dzieci) nie decyduje się na wprowadzenie zakazu korzystania ze smartfonów i czeka na ustawowe regulacje.

Jako psycholog w minionym roku szkolnym brałem udział w szkoleniu dotyczącym profilaktyki uzależnień behawioralnych wśród uczniów, na którym obecnych było wiele psycholożek praktykujących w szkołach w całym kraju. Większość z nich, pracując w szkołach masowych, ze szczerą zazdrością słuchała o moich doświadczeniach z kameralnych szkół podlaskich, gdzie udało się wprowadzić zakaz korzystania ze smartfonów. W zgodnej opinii pracujących w szkołach specjalistów – psychologów, pedagogów, logopedów – istnieje bezpośredni związek pomiędzy problemami w funkcjonowaniu psychospołecznym dzieci a problemowym używaniem smartfonów i innych nośników danych.

Smartfony a przemoc rówieśnicza

Wójcik co prawda przyznaje, że dane cytowane przez MEN – „60 proc. nastolatków żyje w chronicznym stresie i przemęczeniu, 40 proc. wykazuje objawy depresyjne, 62 proc. doświadcza bullyingu rówieśniczego, 17 proc. dokonało samookaleczeń” – mogą odzwierciedlać rzeczywistość, ale stawia pytanie: „A co to ma wspólnego ze smartfonami jako takimi?”

Autor żąda dowodów, bo „żeby odbierać z ich [danych] powodu uczniom telefony, należałoby wykazać jakiś związek przyczynowo-skutkowy”. Zamiast go poszukać w obszernej literaturze naukowej dotyczącej wpływu smartfonów, czy szerzej – tzw. czasu ekranowego na dzieci i młodzież – Wójcik sam sobie dopowiada ekskursem historycznym: „Bullying – i to być może na znacznie większą skalę – był także w szkołach lat 90., tylko że nikt go nie badał. A wtedy smartfonów nie mieli nawet rodzice uczniów – niektórzy nie mieli nawet telefonów stacjonarnych”.

Jego rozumowanie wygląda mniej więcej tak: jeśli dawniej nie było smartfonów, a był bullying, to znaczy, że dzisiejszy bullying nie może być związany ze smartfonami. Pozostając w poetyce lat 90. i logice tego wywodu można by powiedzieć, że jeśli po upadku komuny popularnym narkotykiem wśród dzieci i młodzieży był butapren, to znaczy, że dziś nie może nim być metamfetamina. Nie wiem przy tym, na jakiej podstawie Wójcik twierdzi, że nikt nie badał kultury szkoły w latach 90., bo to akurat był czas zwrotu krytycznego w polskiej pedagogice, a tematy przemocy czy oporu były rozpoznawane i pogłębiane.

Za sprawą sieci społecznościowych i komunikatorów (granice pomiędzy nimi są płynne) przemoc rówieśnicza zwielokrotniła swoje oddziaływanie, w przestrzeniach cyfrowych może się rozwijać praktycznie w nieskończoność. Dawniej można było zostać zwyzywanym na boisku szkolnym czy dostać z liścia, ale te wydarzenia pozostawały za szkolnym płotem. Dzisiaj dochodzi do tego ryzyko upokorzenia w sieci. Nie byłoby tego zjawiska, gdyby nie smartfony z kamerami.

Natasha Singer z „New York Timesa” przeanalizowała ponad 400 nagrań szkolnych bójek z kilkunastu amerykańskich stanów. Przeprowadziła wywiady z prawie 40 dyrektorami szkół, nauczycielkami, policjantami, rodzicami i badaczami tematu. Na tej podstawie zrekonstruowała wzorzec, w którym „uczniowie szkół średnich i gimnazjów wykorzystują telefony i media społecznościowe do umawiania się, prowokowania, nagrywania i rozpowszechniania materiałów z brutalnych pobić wśród rówieśników”. Wniosek, jaki wysuwają Singer i jej rozmówcy, jest jednoznaczny: to właśnie obecność smartfonów w szkole jest głównym mechanizmem napędzającym przemoc rówieśniczą, bo pozwala organizować, dokumentować, a nawet reklamować bójki, co prowadzi do normalizacji, a wręcz gloryfikacji przemocy wśród dzieci i młodzieży.

Czytaj także Nie da się uczynić szkoły wolną od polityki – i nie uważam, by było to potrzebne Łukasz Łachecki rozmawia z Aleksandrą Korczak

Nośnik ma znaczenie

Piotr Wójcik przekonuje, że to nie smartfony odpowiadają za zaburzenia snu u dzieci, za uzależniania, cyberprzemoc czy utratę prywatności – winne są jedynie platformy społecznościowe i to na nich należy się skupić, zakazując młodym ludziom swobodnego dostępu.

W rzeczywistości nie tylko zawartość sieci społecznościowych z ich patologicznymi algorytmami ma wpływ na problemy psychiczne dzieci i młodzieży, ale również sam nośnik, zgodnie z wyświechtaną, ale niezmiennie aktualną maksymą Marshala McLuhana, że „medium jest przekazem”. Czy korzystalibyśmy z tzw. sieci społecznościowych i ich funkcji tak ekscesywnie, gdybyśmy nie nosili ich ze sobą w kieszeniach? Pamiętam jeszcze czas, kiedy pojawił się Facebook, na chwilę przed erą smartfonów. Nie wydawał się toksyczny, bo ludzie korzystali z niego na komputerach, nie scrollowali feedu w pociągach i tramwajach, w kolejkach, w poczekalniach. Nie odczuwali też ciągłej i natychmiastowej gratyfikacji wywołanej przez powiadomienia o nowych wiadomościach czy reakcjach. Nowsze sieci społecznościowe praktycznie nie istnieją już poza kontekstem smartfonu.

Specjaliści zajmujący się zdrowiem dzieci i młodzieży wykazali wyraźną korelację między jego pogorszeniem i powszechnością korzystania ze smartfonów. Teza, że smartfony nie są niczemu winne, bo zły jest YouTube czy TikTok, jest sprzeczna ze współczesna wiedzą naukową, która problemy z uzależnieniem behawioralnym wiąże z nadużywaniem „czasu ekranowego”. Nie ma znaczenia, czy to czas spędzany przed ekranem smartfonu, komputera czy tabletu. Szkopuł w tym, że w przypadku polskich dzieci (innych najpewniej również) to właśnie smartfon dominuje w statystykach czasu ekranowego.

Według badania Urządzenia mobilne w uczeniu się i nauczaniu to właśnie smartfony są urządzeniem o najbardziej osobistym charakterze, bo 93 proc. młodzieży ma je na wyłączność, podczas gdy własny laptop posiada tylko 43 proc. Smartfony dominują jako nośniki danych w domu, w środkach transportu, w szkole i na spotkaniach towarzyskich.

Chyba nikt, kto przechadza się po polskich miastach w niedzielę nad ranem nie zaprzeczy, że popularność wódki w „małpkach”, ich dostępność i poręczność, mają wpływ na rozpowszechnienie alkoholizmu w kraju. Smartfony są jak te małpki. Funkcjonalność zamknięta w małym gabarycie powoduje, że to smartfon staje się nośnikiem danych pierwszego wyboru.

Smartfony a nierówności

Piotr Wójcik argumentuje, że „jest wiele badań naukowych – a nie luźnych raportów, jak ten autorstwa MEN – mówiących, że korzystanie ze smartfona w szkole wyraźnie poprawia wyniki w nauce”. Powołuje się na artykuł z „Forbesa”, w którym dr Aaron Cheng opisuje „własną pracę naukową dotyczącą korzystania ze smartfona przez uczniów w szkole”, Dalej czytamy, że najlepiej jest uczyć się ze smartfonem pod nauczycielskim nadzorem, gorzej bez nadzoru, a najgorzej bez smartfona. Co ciekawe, uczniowie, którzy mieli problemy z nauką, kiedy mogli korzystać ze smartfona – nie zgadniecie – uzyskiwali lepsze wyniki! Wójcik wnioskuje szeroko: „Zakaz smartfonów w szkołach jest więc nie tylko pójściem na łatwiznę, ale też ograniczaniem możliwości edukacyjnych uczniów. Szczególnie tych słabszych, którzy dzięki korzystaniu z inteligentnych telefonów mogą nadgonić lepszych, co zniweluje nierówności edukacyjne”.

Czytaj także Dama i rycerz, czyli jak lektury szkolne od dziecka karmią nas stereotypami Aleksandra Korczak

Przytoczę rodzime dane: smartfon wśród polskiej młodzieży używany jest przede wszystkim w celach rozrywkowych i komunikacyjnych, a nie edukacyjnych. Do odrabiania lekcji dzieci częściej używają laptopów, a na lekcjach najchętniej notują na tabletach. Proces edukacyjny nie wyklucza wspomagania nowymi technologiami. Zwłaszcza że polskie szkoły są naprawdę dobrze wyposażone, jeśli chodzi o komputery, tablety oraz tablice interaktywne. Zakaz wnoszenia czy korzystania przez dzieci z osobistych smartfonów nie pozbawia ani ich, ani nauczycieli możliwości korzystania z narzędzi cyfrowych w procesie nauczania.

W dyskusji o zakazie smartfonów w szkołach nie chodzi przecież o zakazywanie czy demonizowanie technologii w ogóle, a właśnie o to, w jaki sposób i w jakim celu narzędzia cyfrowe są wykorzystywane. Smartfon nie stanowi niezbędnej pomocy dydaktycznej.

Nasz swojski kontekst i prowadzone w Polsce badania wskazują na realny mechanizm patologizujący rozwój dorastających osób. Zeszłoroczne badania CBOS pokazują istotne rozwarstwienia, jeśli chodzi o długość czasu ekranowego wśród dzieci.

Ekranowych nośników danych najczęściej używają te poniżej ósmego roku życia, pochodzące z gospodarstw domowych będących w przeciętnej lub złej sytuacji materialnej oraz z rodzin o najniższych dochodach na osobę. Użytkownicy ekranów w wieku od roku do czterech lat najczęściej mieszkają na wsi. A przypomnę, że najpopularniejszym nośnikiem jest właśnie smartfon. W tym sensie kompulsywne używanie telefonu przez dzieci z defaworyzowanych środowisk powtarza mechanizmy znane z fenomenu „food deserts” w Stanach Zjednoczonych, gdzie spożywanie fastfoodów stało się synonimem biedy.

Czytaj także Finowie uczą dzieci walczyć z fake newsami. Czego może się nauczyć Polska? Jakub Mirowski

Wójcik nie pisze o tych przerażających danych, ale zdaje się coś podświadomie podejrzewać, kiedy nieśmiało sugeruje, że „istnieje jednak funkcja kontroli rodzicielskiej, która umożliwia zarówno ograniczenie dzieciom czasu spędzanego przed ekranem, jak i blokowanie dostępu do groźnych dla nich stron”. Całej tej dyskusji by nie było, gdyby rodzice nauczyli swoje dzieci higieny cyfrowej. Proste, prawda? Niestety, dorośli często sami jej nie przestrzegają, nie kontrolują swojego czasu ekranowego i są uwikłani w patologiczne mechanizmy korzystania z sieci i urządzeń cyfrowych. Gdyby to było takie proste, to problem nadwagi i otyłości wśród dzieci również by nie istniał, bo rodzice wpajaliby im prawidłowe nawyki żywieniowe. Te przykłady można mnożyć, zwłaszcza w kontekście oporu wobec prowadzenia edukacji zdrowotnej.

Problemem nie są poszczególne platformy społecznościowe, smartfony czy komputery. Razem tworzą one środowisko, którego oddziaływanie może być mierzone czasem ekranowym, a ten jest silnie skorelowany z zaburzeniami funkcjonowania psychospołecznego dzieci. Ten wpływ różnicuje się w zależności od poziomu zamożności rodzin i miejsca zamieszkania w taki sposób, że biedni i wykluczeni komunikacyjnie już od najmłodszych lat dłużej wpatrują się w ekrany smartfonów, bo to one są najpowszechniejszym i najbardziej dostępnym urządzeniem. Powszechny zakaz używania smartfonów w szkołach byłby działaniem wyrównującym szanse edukacyjne, bo dawałby możliwość kompensacji strat zdrowotnych dzieciom strukturalnie narażonym na ryzykowne używanie technologii.

Czytaj także A gdyby tak, zamiast narzekać na „ciemnogród”, wyrównać szanse w edukacji? Tomasz S. Markiewka

Ze szkołą w Polsce jest jak z piłką nożną i polityką

Argumenty za zakazem smarfonów w szkołach można mnożyć i rozszerzać o różne dziedziny. Lekarze zwracają uwagę na wady postawy i problemy z motoryką małą, wywołane wpatrywaniem się w smartfony i sterowaniem ekranami dotykowymi. Logopedzi dostrzegają pogorszenie funkcji mowy u dzieci silnie eksponowanych na czas ekranowy. Do tego dochodzi kwestia dziecięcej autonomii. Smartfon w wielu przypadkach stanowi bowiem narzędzie ciągłej i nieprzerwanej kontroli rodzicielskiej. Zakaz używania prywatnych smartfonów w szkołach zapewnia wszystkim dzieciom parę godzin wytchnienia i powrót do typowo dziecięcych zajęć.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ze szkołą w Polsce jest jak z piłką nożną i polityką – wszyscy zdają się na niej znać, a niektórzy ot tak, z biegu i bez żenady dają sobie prawo do jej urządzania, robiąc to w sposób lekceważący i dyrektywny. Tymczasem w dyskusji o polskiej szkole, zdominowanej przez wytyczne, dyrektywy i podstawy programowe, brakuje refleksji nad jej funkcją opiekuńczą, która w sytuacji niewydolności rodziny jest funkcją kluczową.

Pisząc o wpływie ekranów na rozwój dzieci i ich funkcjonowanie psychiczne lepiej posiłkować się czasopismami z portfolio Nature albo Cambridge Core niż „Forbsem”. Wtedy nie trzeba będzie polegać na raportach ministry Nowackiej – samemu można zweryfikować twierdzenie o wpływie ekranu na rozwój funkcji regulacji emocji u dzieci i młodzieży.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie