Kraj

Składanie państwa z kupy kamieni

To nie Belka z Sienkiewiczem stanowią problem dla PO. To państwo PO stanowi problem dla Belki i Sienkiewicza.

Polską rządzi sitwa, w której złodziej chama oszustem pogania. Nęka biznes i gnoi najbardziej przedsiębiorczych Polaków, niczym w Układzie zamkniętym Ryszarda Bugajskiego. A jak już nadejdzie zawiniony przez nią kryzys, kupi wyborców bezmyślnie wydrukowanymi pieniędzmi, jak w schyłkowym socjalizmie. Brzmi znajomo? Nie, to nie abstrakt z wystąpienia wyborczego Janusza Korwin-Mikkego. To nieco tylko wyostrzony przekaz, jaki płynie z mediów prorządowych, antyrządowych i społecznościowych w związku z tzw. atmosferą taśmową.

Żeby nie było wątpliwości: to nie ma być wstęp do artykułu pt. Polaku, atakując PO, wspierasz niebezpiecznych prawicowych wariatów. Platformę Obywatelską warto atakować i krytykować za mnóstwo rzeczy, od inwigilacyjnych zapędów wobec społeczeństwa, przez pełzającą prywatyzację przestrzeni i majątku publicznego czy zarzynanie oświaty, aż po obyczajowy konserwatyzm, uleganie wpływom fundamentalistów religijnych i ignorowanie głosu ludzi w wielu innych sprawach. Rzecz jednak w tym, że akurat „skandaliczna” rozmowa Marka Belki z Bartłomiejem Sienkiewiczem platformianej praktyce zawłaszczania państwa na użytek prywatnych interesów niezbyt odpowiada. W dużej mierze jej przeczy – a przynajmniej stanowi ciekawy wyjątek na tle faktycznie niesympatycznej reguły.

To nie nagrani Belka z Sienkiewiczem stanowią problem PO – to państwo PO stanowi problem dla Belki i Sienkiewicza. Wystarczyło jednak, żeby niewielka manipulacja (zestawienie ich spotkania z faktycznie żenującą, wymagającą interwencji prokuratora rozmową Nowaka z Parafianowiczem) trafiła na coraz bardziej podatny grunt Korwinowskiej wizji świata, a kilka wulgarnych, fallicznych metafor przesłoniło rzeczywistą treść rozmowy ministra spraw wewnętrznych z szefem NBP. W ten sposób dało się ją sprowadzić do brudnych dywagacji o drukowaniu pieniędzy, by sfinansować wyborczą kiełbasę, do bezczeszczenia świętej niezależności banku centralnego, do dziwacznych przepychanek z ministrem jednym czy drugim, wreszcie do niecnych planów ingerencji w prywatną przedsiębiorczość.

Nie straszcie już tym „drukowaniem”

Zacznijmy od „drukowania pieniędzy”, które miałoby powstrzymać PiS przed dojściem do władzy. Podstawowy argument Sienkiewicza dotyczy potencjalnej ucieczki inwestorów i długotrwałego kryzysu – rzecz jest co najmniej kontrowersyjna, bo Jarosław Kaczyński zdążył już raz rządzić i żaden gwałtowny odpływ kapitału z Polski nie nastąpił. Wygląda więc na to, że ówczesnych sloganów prezesa PiS o „solidarnej Polsce” i „walce z układem” żaden krwiożerczy kapitalista nie potraktował serio.

Sedno sprawy polega jednak na czym innym: omawiane przez Belkę i Sienkiewicza dodatkowe uprawnienia NBP (zwłaszcza możliwość skupu papierów dłużnych „poza operacjami rynku otwartego”) stanowią dzisiaj coraz bardziej typowe i coraz częściej stosowane w świecie narzędzia walki z kryzysem, widmem deflacji i stagnacją gospodarczą; ogólnoświatowy kryzys zakwestionował nie tylko liczne dogmaty nauk ekonomicznych, ale także wypracowane praktyki działania banków centralnych. Nie przypadkiem Paul Krugman, recenzując niedawno wydaną książkę b. sekretarza skarbu USA Tima Geithnera, pisze, że „historia bailoutu (…) to historia gorączkowej kreatywności instytucjonalnej. W kolejnych sytuacjach Geithner, Bernanke [szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej – przyp. red.] musieli znaleźć zręczne sposoby poszerzenia swego mandatu”.

Standardowy argument przeciwników „eksperymentów” tego typu głosi, że mogą sobie na nie pozwolić ewentualnie Stany Zjednoczone z racji swej wyjątkowej pozycji w świecie. Niestandardową politykę luzowania ilościowego stosował jednak również Bank Anglii, choć jak pisze Neil Irwin, autor głośnej książki The Alchemists. Three Central Bankers and the World on Fire, „funt nie jest światową walutą rezerwową tak jak dolar, a Brytyjczycy nie inwestują w obligacje własnego rządu tak jak Japończycy. Inwestorzy pozbyliby się brytyjskich obligacji rządowych, gdyby uznali, że finanse tego kraju są na krawędzi załamania”.

Gdyby z kolei nie „drukowali pieniędzy” Szwajcarzy, poważne kłopoty miałoby wielu Polaków z klasy średniej – zalewanie rynków walutą pozwala regularnie powstrzymywać wzrost kursu franka szwajcarskiego.

W sprawie zmian w ustawie o NBP wypowiedział się zresztą Europejski Bank Centralny, wskazując wyraźnie, że „skupowanie aktywów o dużej wartości na rynku wtórnym jest w pełni uprawnionym narzędziem realizacji polityki pieniężnej przez EBC i krajowe banki centralne UE. Narzędzie to było wykorzystywane przez niektóre krajowe banki centralne UE (tzw. quantitative easing) i EBC (…)”. Zapewnienia Marka Belki z ostatnich dni (o „uwarunkowaniu” niestandardowej polityki NBP oszczędnościami budżetowymi), a także sama treść nagranej rozmowy (wyraźne akcentowanie „awaryjnego”, a nie permanentnego charakteru rozwiązań) jasno dowodzą, że projektowane zmiany uprawnień NBP są i tak mocno konserwatywne na tle współczesnych debat o niestandardowych instrumentach polityki banków centralnych.

Przy stopach procentowych bliskich zera, które jednak nie stymulują wzrostu inwestycji, zupełnie serio zaczęto rozważać powrót do idei tzw. helicopter money, czyli bezpośredniego finansowania stymulacji gospodarki realnej (np. przez ulgi podatkowe) wykupem rządowych papierów dłużnych przez bank centralny. Zwolennikiem takiego rozwiązania jest sam Adair Turner, były szef brytyjskiej Służby Nadzoru Finansowego. To wszystko nie znaczy oczywiście, że Polska – dla agencji ratingowych wciąż bliższa Rumunii niż Niemiec – ma takie samo pole manewru, jak kraje gospodarczego i finansowego centrum. Pouczające jest jednak, że niepokoje na rynkach wywołuje raczej sama „afera taśmowa” niż projektowane (i znane publicznie od połowy zeszłego roku) zmiany w ustawie o Narodowym Banku Polskim.

Nie taki Narodowy Bank Polski niezależny, jak go malują

Drugi problem to fetysz niezależności banku centralnego. Dla większości komentatorów oczywiste było, że nawet jeśli nie doszło do pogwałcenia litery prawa, to z pewnością naruszono ducha obiektywnie racjonalnej idei. Polska wydaje się pod tym względem bardziej papieska od papieża – choć niekoniecznie na poziomie faktycznych relacji rządu i NBP, ale z pewnością w wyobrażeniach większości publicystów o tym, co godne i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne.

Historia bankowości centralnej wskazuje jednak, że „niezależność” jest ideą bynajmniej nieoczywistą i relatywnie nową. Dobrym tego przykładem jest Wielka Brytania, gdzie Bank Anglii uzyskał niezależność operacyjną dopiero w 1997 (!) roku; wcześniej decyzje o celach i instrumentach polityki pieniężnej podejmował w imieniu rządu Kanclerz Skarbu. Jak wskazuje Leokadia Oręziak, nawet dziś „na ograniczony charakter niezależności brytyjskiego banku centralnego rzutuje także fakt, że Ustawa o Banku Anglii zezwala, w określonej sytuacji, na ustalanie stóp procentowych przez rząd”. Rzecz jasna teoria nie zawsze zbiega się z praktyką; jak pisze przywoływany już autor Alchemików, Bank Anglii pod kierownictwem Mervyna Kinga nie tyle walczył o swą niezależność od rządu, ile próbował wywierać na niego wpływ, wspierając przy tym opozycję: „W latach 2009 i 2010, King, obdarzony ostrym językiem i twardymi łokciami, przyjął jednoznacznie agresywną postawę wobec polityków – a przynajmniej wobec tych, którzy akurat rządzili. Jego obawy w związku z deficytem (…) stawiały go w wyraźnej opozycji do rządu laburzystów – i w niemal idealnym sojuszu z Partią Konserwatywną, która przyspieszała kampanię wyborczą, by powrócić do władzy w roku 2010”. I dalej: „King zbliżał się coraz bardziej z ludźmi, którzy wkrótce już mieli rządzić Wielką Brytanią. Pięć razy zimą i wiosną 2010 roku spotykał się w swoim biurze przy Threadneedle Street z Osbornem i przyszłym konserwatywnym premierem Davidem Cameronem. Pomimo starań o utrzymanie spotkań w tajemnicy, wzmacniały one tylko poczucie, że King doradza torysom”.

Formalna niezależność banku centralnego nie musi wykluczać politycznych przetargów. Jeśliby trzymać się kościelnych metafor, przypadek brytyjski przypomina polską „życzliwą neutralność” Kościoła i państwa, która w praktyce oznacza, że to państwo musi ulegać drugiej stronie.

Dyskusja Belki i Sienkiewicza na tym tle wskazuje raczej na chęć kooperacji obu stron na rzecz bardziej progresywnej polityki – na przekór religijnej wierze w antyinflacyjny Absolut, wiążący państwu ręce, duszący nieraz gospodarkę, za to zapewniający spokojny sen tabunom niezależnych ekspertów ekonomicznych.

Państwo kontra misie

Kontrowersje w rozmowie szefa NBP z ministrem budziła też kwestia siły państwa i dostępnych mu w relacjach z prywatnym biznesem narzędzi. Co ciekawe, rozmówcom stawia się sprzeczne zarzuty. Moralne oburzenie dotyczy zarazem „pogardy” dla państwa, obecnej rzekomo w bardziej i mniej wulgarnych bon motach Sienkiewicza, jak i godnej socjalistycznego molocha chęci ingerencji w sprawy biznesu.

Przykłady użyte w rozmowie nie świadczą dobrze o polskim państwie, w którym jedni urzędnicy odpychają od siebie odpowiedzialność („żeby ich dupa była kryta”), drudzy nie godzą się na zmiany instytucjonalne z powodów ambicjonalnych (vide Rada Ryzyka Systemowego) i którego premier niespecjalnie zna się na gospodarce. A nie ma czasu się poznać, bo zajmuje się głównie sprawami wizerunkowymi (bo to miał Belka na myśli, mówiąc o „Smoleńsku i innych pierdołach”). Omawiany jednak w „Sowie” problem przyszłej własności BGŻ („to kawał polskiego państwa”) świadczy o tym, że w wewnętrznym chaosie państwa Platformy Belka i Sienkiewicz próbowali odtworzyć minimum mocy sprawczych poprzez współpracę państwowych instytucji. Brak koordynacji, a nawet konflikt między rządem, Komisją Nadzoru Finansowego i Narodowym Bankiem Polskim jako żywo przypominają – znów brytyjski przykład – spór o kompetencje między Bankiem Anglii, Służbą Nadzoru Finansowego a tamtejszym rządem. Sugestie Belki co do konieczności współpracy różnych agend państwowych przy oczekiwanym wystawieniu ważnego banku na sprzedaż wskazują na chęć obrania innej drogi – bliższej USA, gdzie okołokryzysowa współpraca ekip Geithnera (Skarb) i Bernankego (FED) przyniosła dużo lepsze efekty niż stoczony w tym samym okresie bój wewnątrzbrytyjski.

Tak naprawdę ten sam problem dotyczy Mennicy Polskiej. Jej główny udziałowiec prezentowany jest – i sam się prezentuje – jako polski biznesmen-patriota, którego państwo chce okraść, a przynajmniej dokonać bezprawnej ingerencji w jego działalność. Nie stawia się natomiast pytania, po co w ogóle prywatyzowano (ostatecznie w 2010 roku, a więc za rządów PO) tak kluczowe przedsiębiorstwo, jak wytwórca krajowej monety. Ironią losu zwycięzcą niedawnego przetargu na bicie złotówek jest firma brytyjska, ale… państwowa, podobnie jak jej kanadyjski konkurent. Treść nagranej rozmowy sugeruje względną życzliwość rządu wobec polskiego oferenta, który nie odwzajemnił się jej przyzwoitymi warunkami cenowymi, a swą polskość potraktował jako należny mu atut przetargowy. Niefortunne sformułowanie Sienkiewicza („pokazać, że my też możemy go okraść”) przesłoniło całkowicie wydźwięk tego fragmentu rozmowy, w którym wyraźnie chodzi o zbudowanie synergii mocy państwowego nadzoru wobec wielkich podmiotów gospodarczych („tłuste misie”). Seksistowska metaforyka kazała zapomnieć słuchaczom nagrań, że mowa tu o wzmacnianiu słabszego (państwa) wobec silniejszych (dużych korporacji).

To nie tylko diagnoza, to także próba zaradzenia sytuacji, w której fiskus faktycznie potrafi pognębić drobnych przedsiębiorców, podczas gdy jest bezradny wobec wielkiego, zwłaszcza międzynarodowego biznesu.

Podnoszona zaś z oburzeniem przez wielu komentatorów ingerencja państwa w biznes prywatny stanowi – zwłaszcza w sektorach newralgicznych i przedsiębiorstwach o dużej skali – normę europejską. Wystarczy śledzić choćby trwający właśnie przetarg na wykup Alstom – dumy francuskiego przemysłu energetycznego i transportowego – w którym rząd Francji wyraźnie, choć bez jawnych deklaracji, wspiera konsorcjum Mitsubishi-Siemensa kosztem amerykańskiego General Electric. Albo przypomnieć negocjacje wokół przejęcia brytyjskiej Astra Zeneca przez farmaceutycznego giganta Pfizer – w obu tych przypadkach transakcje między prywatnymi, międzynarodowymi podmiotami nie mogą dojść do skutku bez ingerencji zainteresowanych rządów.

Kto na tej aferze naprawdę traci

W nagranej w mokotowskiej restauracji rozmowie jest wiele momentów niepokojących. Na przykład ten o pośrednim finansowaniu przez państwo niepotrzebnych lotnisk albo ten o „autonomii” służb i „syndromie sztokholmskim” polityków wobec chroniących ich oficerów – niewykluczone skądinąd, że sam podsłuch Belki i Sienkiewicza, jak również żenująca akcja ABW w redakcji „Wprost”, z wyszarpywaniem naczelnemu laptopa z rąk, stanowią ilustrację właśnie tego wątku.

Słychać pytania i spekulacje, o co właściwie w tej aferze chodzi. Kto podsłuchiwał i dlaczego właśnie teraz ujawnił. Odpowiedzi nie znamy i może nie poznamy. Nie wiadomo też, jaki będzie los ministra Sienkiewicza, prezesa Belki, premiera Tuska i rządu PO. Nie wiadomo, czy afera ta wystarczy Jarosławowi Kaczyńskiemu do odzyskania władzy. Wiemy jednak na pewno, że utrudni ona nie tylko działania na rzecz realnej konsolidacji organów państwa i ich wzmocnienia wobec korporacji prywatnych, nie tylko prowadzenie spójnej polityki gospodarczo-finansowej – ale nawet samo dyskutowanie o państwie w tych kategoriach.

Bo o czym tak naprawdę rozmawiali ważny minister z ważnym prezesem w mokotowskiej „Sowie…”? Chyba o tym, że „(…)cokolwiek się nie stanie w globalnej gospodarce, jakiekolwiek problemy nie zwalą się na mieszkańców państw europejskich – to w ostatecznym rachunku o powodzeniu lub nie decydować będzie ta sama zasada, o której pisał nielubiący Polaków pruski generał [Clausewitz – przyp. red.] – jakość polityczności poszczególnych społeczeństw. Ich umiejętności do koncentrowania władzy wtedy, gdy to konieczne, i pilnowania, by nie osunęła się w autorytaryzm lub bezsiłę. Mądrość autokorekty – dostosowania środków do wyzwań, balansu między wymogami prawa a koniecznością polityczną. I zimna ocena własnych możliwości i szans. Z taką historią, jaką sobie współcześnie przepowiadamy, nie miejmy złudzeń: na żadne z tych wyzwań nie potrafimy odpowiedzieć właściwie. Rozpięci między nostalgią za przeszłością a pogardą dla współczesności, niepotrafiący «przekroczyć siebie» w tworzeniu państwa – nie na miarę Batorego, lecz na miarę dzisiejszych ograniczeń i wyzwań. Z tego zapewne powodu być może nie zauważamy, że żyjemy na co dzień w kolejnym fantomie”.

W ten sposób pod koniec roku 2012 o współczesnym państwie polskim pisał Bartłomiej Sienkiewicz na łamach „Przeglądu Politycznego”, w recenzji książkowej wymownie zatytułowanej Państwo na niby. Tym samym państwie, które wedle jego nagranych słów „istnieje tylko teoretycznie”, a którego niektóre agendy to „chuj, dupa i kamieni kupa”. Z tych właśnie kamieni Belka i Sienkiewicz, jakkolwiek nieporadnie, jakkolwiek na podsłuchu, próbowali poskładać jakąś całość.

Czytaj także:

Jakub Majmurek: Wolność prasy w dzikim kraju

Janusz Palikot: Z jakiego powodu mam bronić Tuska?

Józef Pinior: Groteskowa akcja ABW to dowód bezwładu państwa

Kinga Dunin, Nadchodzi zima

Cezary Michalski, Alienacja

Jacek Żakowski: Poza histerią dziennikarską jest też histeria służb

Agata Bielik-Robson, Olimp w ogniu

Edwin Bendyk, Cała władza w ręce prasy

Józef Pinior: Nowy rząd albo orbanizacja

Maciej Gdula, Tuskowi lekko nie będzie

Cezary Michalski, Wunderwaffe Tuska albo jego koniec

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać