Kraj

Przestańmy jęczeć!

Sami jesteśmy odpowiedzialni za to, co się dzieje. Ustawa o związkach partnerskich dotyczy przecież przede wszystkim naszego pokolenia.

Mój kolega napisał na Facebooku, że polska polityka przypomina kibicowanie „naszym” w piłce nożnej. Ukradnę mu tę analogię, bo mechanizmy psychologiczne rzeczywiście są tu uderzająco podobne. Najpierw spora doza złudnej nadziei, szalonego entuzjazmu nawet, że się uda. Potem zawzięte kibicowanie na żywo i komentarze: „Nie mogę w to uwierzyć”, „To się nie dzieje naprawdę”, „Zabierzcie mnie stąd!”. Przerzucanie się cytatami, sytuacjami, tworzenie memów, żarcików. A wreszcie, po ostatecznym wyniku, smutek, lamenty, płacz. I deklaracje: „Wyjeżdzam stąd”, „Mam wizę”, „Sory, Polsko” i „Ja chcę tylko tu żyć, pozwólcie mi to zrobic”.

No dobra, zagalopowałam się. Do tych ostatnich stwierdzeń nie pasuje już piłka. Całkiem dobrze natomiast pasuje ostatnia dyskusja w Sejmie i wyniki głosowania nad ustawą o związkach partnerskich, bo oczywiście o tym piszę. Jest tak samo jak z piłką – za chwilę zabraknie nam już słów, opadną chęci do wszystkiego.

Na przekór temu chciałbym się zastanowić nad tymi powtarzanymi przez nas za każdym razem „ile-można ” i „można-się-było-tego-spodziewać”.

No bo rzeczywiście – ile razy można się budzić z myślą, że żyjemy na peryferiach peryferii, w kraju, gdzie najlepszą rozrywką jest wtrącanie się w cudze wybory i moralność, a najskuteczniejszą metodą, by to robić, jest brak regulacji prawnych (związki partnerskie, in vitro) albo zakaz, kara, więzienie (polityka narkotykowa, aborcja)? Że żyjemy w miejscu, gdzie nie ma rozwiązań ułatwiających ludziom życie, przyjętych nawet w podobnie tradycyjnych społeczeństwach? Gdzie mówienie rzeczy oczywistych uchodzi za niebywałą kontrowersję, a banalne gesty (patrz nagroda Kryształowego Świecznika) za odwagę? Gdzie tyle osób, zamiast kultywować własne wartości, na których podobno tak bardzo im zależy, całą energię życiową przeznacza na utrudnianie życia innym?

Jako osoba, która nie marzy o gromadce dzieci i związku uświęconym sakramentem kościelnym, w pełni rozumiem, że obok mnie są ludzie, którym na takim stylu życia zależy. Co więcej, mam ich sporo w gronie znajomych, szczerze kibicuję ich wyborom, wzruszam się na ich uroczystosciach, lajkuję zdjęcia ich dzieci – dokładnie z taką samą gorliwością, jak zdjęcia moich samotnych przyjaciół albo niesakramentalnych par, zarówno homo-, jak i heteroseksualnych, prezentujących zdjęcia ugotowanych potraw, kotów czy wycieczek.

Już ponad dziesięć lat temu mdło liberalna Carry Bradshaw mówiła o „prawie kobiety do butów”(zamiast męża i dzieci). Wszyscy z mojego pokolenia Seks w wielkim mieście pewnie oglądali – i co? I nic. Dalej pozwalamy się wtrącać w nasz model życia. Jak bardzo źle musi być z tą naszą polską rodziną, skoro warunkiem jej przetrwania jest odebranie innym ludziom prawa do uzyskania informacji o partnerze, który leży w szpitalu po wypadku samochodowym?

Ale najbardziej z wszystkiego irytują mnie te nasze lamenty i płacze. Ustawa o związkach partnerskich dotyczy przecież przede wszystkim nas, naszego pokolenia. Rozejrzyjmy się – to właśnie my i nasi znajomi, nikt inny, żyjemy w związkach partnerskich różnego sortu. Ta regulacja ma być dla nas! I nie byłaby żadnym rewolucyjnym przewrotem, tylko potwierdziłaby, jak funkcjonuje nasz świat. Nie dziwię się, że po trzydziestu latach robienia nam w głowie sieczki sloganami o samorealizacji i zdrowym egoizmie mało kto z nas wzrusza się losami edukacji publicznej, polskich kolejarzy czy stanem czytelnictwa. Ale związki? Czy to nie jest nasz interes?

W czasie wyborów dajemy się zaszantażować i w większości głosujemy na naszą ulubioną partię środka. A potem znowu, raz za razem, jesteśmy zmuszeni do obserwowania sejmowego matriksu, oderwanego nie tylko od logiki i etyki, ale także od nas samych i naszego życia. Może więc zamiast znowu deklarować, że stąd wyjedziemy, naprawdę się zastanówmy, co zrobiliśmy, żeby na to wszystko nie pozwolić. I weźmy się do roboty, bo nic już tu dla nas nie zostanie. Nie będzie już o co walczyć ani czego bronić, jak nam się w końcu zechce. Obudźmy w sobie więcej konstruktywnego gniewu! I zamiast płakać i przesyłać memy, zastanówmy się, czy sami nie jesteśmy odpowiedzialni za to, co się dzieje.

A piszę to, „bom smutna i sama pełna winy” (choć nigdy nie głosowałam na PO).

Wstyd w Sejmie. Wesprzyj związki partnerskie – w niedzielę w samo południe

Bio

Justyna Drath

| Nauczycielka, działaczka społeczna
Absolwentka polonistyki i filmoznawstwa na UJ. Nauczycielka, działaczka społeczna, członkini ZNP i uczestniczka Kongresu Ruchów Miejskich. Była członkinią partii Razem. Broniła Krakowa przed likwidacją szkół i Młodzieżowych Domów Kultury. Współtworzyła kampanię referendalną komitetu Kraków Przeciw Igrzyskom. Organizowała działania na rzecz demokracji lokalnej, kierowała klubem Krytyki Politycznej, pomagała w organizacji Manify.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.