Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Małżonków dwoje, czyli ograniczenia mindsetu postsolidarnościowej prawicy

Donald Tusk na wyrok dotyczący ujednolicenia prawa między Polską a UE, ostatnim stabilnym sojusznikiem, odpowiada, że „nikt nie będzie nam niczego narzucać”. Tylko jakie realne alternatywy mogą dziś zaproponować polskie władze?

ObserwujObserwujesz
Walka

Być może za sprawą Cezarego Baryki z Przedwiośnia, grającego z Wandą Okszyńską Liszta (Węgra, co nie bez znaczenia) na cztery ręce, metafora „gry na wielu fortepianach” jako strategii państwa lawirującego między większymi graczami dobrze się u nas zakorzeniła. Czy to przez skojarzenie ze szklanymi domami? Problem w tym, że ostatnie tygodnie pokazały jej nieadekwatność. Nadskakujące Ameryce Trumpa, flirtujące z chińskim „gambitem” i jednocześnie wojujące z UE polskie elity wyglądają raczej jakby próbowały grać na wielu fletach, jednocześnie podstawiając wiadra pod coraz bardziej cieknący dach.

Modus operandi na użytek wewnętrzny

Coraz wyraźniej widać ograniczenia polityki zagranicznej prowadzonej według kanonicznych interpretacji postsolidarnościowej prawicy – zarówno tej spod znaku PiS, jak i PO. Gdy minister obrony w ekstazie zapowiada budowę Fortu Trump, choć nawet w prawicowych mediach rozważa się poważnie tezę o tym, że amerykański prezydent stracił rozum; gdy jego zastępcy spotykają się z amerykańskimi Big Techami, jakby ostatnie lata nie pokazały ich roli w globalnej destabilizacji; gdy rząd z ulgą komentuje niewysłanie żołnierzy na Grenlandię w obliczu imperialnej retoryki Waszyngtonu – słowo „ograniczenia” brzmi jak zbyt łagodny eufemizm.

Nie bez (niewielkiej) satysfakcji można też obserwować, jak chuligani z politycznego marginesu wywołują dziś panikę w establishmencie, który przez lata tworzył im sprzyjające warunki wzrostu. To nie anomalie systemu, lecz jego konsekwencje.

Czytaj także Super partia! Tylko dlaczego wciąż istnieje? Łukasz Łachecki

Jeśli przyjmiemy, że spektrum wyborów politycznych nie kończy się na duopolu PiS-PO, warto zapytać, czy po dwóch latach rządów cokolwiek każe widzieć w Donaldzie Tusku polityka autentycznie wierzącego w pogłębioną współpracę europejską jako odpowiedź na niestabilność w Białym Domu. Narracja o rzekomej nadmiernej uległości wobec Niemiec, przez lata pompowana przez pisowską propagandę, zdaje się dziś działać także na jej dawnego adresata. W międzyczasie kapitał polityczny Polski – kraju, który ostrzegał przed Rosją i przyjął po 24 lutego 2022 roku miliony uchodźczyń z Ukrainy – został roztrwoniony w sporach sensownych jedynie z punktu widzenia polityki krajowej.

Zmiany zapisane małym druczkiem

Schemat rządowego działania dobrze było widać przy okazji reformy Państwowej Inspekcji Pracy, jednego z kamieni milowych KPO. Najpierw Tusk zapowiedział jej porzucenie, potem doszło do wymiany postów na X między koalicjantami, by po kilku dniach powrócić do rozmów i szykować się do otrąbienia kolejnego kompromisu, okupionego intensywną pracą.

Podobne sarmackie pokrzykiwania i gry strategiczne towarzyszyły głosowaniu przeciw rozporządzeniu o odbudowie zasobów przyrodniczych, sprzeciwowi wobec umowy z Mercosurem czy – ostatnio – zmianie wzorów aktów stanu cywilnego, w których „kobietę” i „mężczyznę” zastąpili pierwszy i drugi małżonek.

W listopadzie Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że Polska musi uznawać małżeństwa jednopłciowe zawarte legalnie w innych państwach członkowskich. Premier odpowiedział na to buńczucznym „nikt nie będzie nam niczego narzucać” – mocne słowa w zestawieniu z deklaracjami z 2023 roku o priorytetowym charakterze związków partnerskich i liberalizacji prawa aborcyjnego. Tymczasem TSUE jasno zaznaczył, że nie chodzi o wprowadzanie małżeństw jednopłciowych do prawa krajowego, lecz o elementarne uznanie skutków prawnych. Zmiana formularza – jak przyznał sam minister cyfryzacji – w zupełności by wystarczyła.

Nie przeszkodziło to prawicy uruchomić sprawdzonego mechanizmu paniki moralnej: od „narzucania”, przez „gejowskie parady”, po wizje końca cywilizacji. Minimalna korekta techniczna znów urosła do rangi kulturowej apokalipsy, a rząd – zamiast przerwać ten spektakl – dostarczył mu paliwa.

Z wdzięczności dla Reagana

W tej grze pozorów Polska nie występuje jako podmiot, lecz kraj, który demonstracyjnie uchyla się od wspólnych reguł, by ostatecznie i tak je przyjąć. „Nikt nie będzie nam niczego narzucać” okazuje się nie manifestem suwerenności, lecz sygnałem uspokajającym dla krajowej publiczności: nie bójcie się, nic się nie zmieni – nawet jeśli zmiana byłaby tania, bezbolesna i racjonalna.

Tymczasem „wciąż się dzieje życia cud”, a świat zmienia się gwałtownie. Pytanie brzmi więc nie, czy coś zostanie Polsce „narzucone”, lecz jakie alternatywne sojusze w obliczu imperialnej ekspansji Chin, Rosji i USA ma do zaproponowania państwo, które z jednej strony nie chce przystać na wspólne reguły i ma szereg dobrych rad dla europejskich partnerów, czasem urastających niemal do rangi żywotnych wrogów, a z drugiej flirtuje z państwami coraz bardziej egzotycznymi.

Czytaj także Hera, koka, hasz, bicie kobiet. Trend na 2026 rok to „tematy światopoglądowe” Łukasz Łachecki

W tych mocarstwowo-suwerennościowych fantazjach najpierw dużo mówi się o silnej, podmiotowej polityce, przy czym rzeczywistość szybko dopomina się o jakiś konkret, który zaczyna przybierać formy Międzymorza, „koalicji Trylogii” od Turcji Erdogana po Szwecję, otwierania się na Chiny czy twierdzenia, że atak Rosji na Ukrainę to nie nasza wojna. To jednak żadne alternatywy, a dryf podszyty retoryką narodowego interesu.

Dozgonnie wdzięczni Ronaldowi Reaganowi za amerykańskie wsparcie z lat 80. liderzy dawnej Solidarności próbują odnaleźć się w świecie, który od tamtej pory przeszedł głęboką transformację. Gdy znany mechanizm przestaje działać i wymaga renegocjacji, uciekają na z góry upatrzone pozycje, przysiadając się do cudzych, świetnie nastrojonych fortepianów z Chin.

W istocie nie chodzi jednak ani o pierwszego i drugiego małżonka, ani o Grenlandię, ani nawet o Donalda Trumpa. Chodzi o lęk przed uznaniem, że Polska nie jest już krajem „na dorobku”, który może pozwolić sobie na permanentną polityczną prowizorkę maskowaną symbolicznym oporem. Każda techniczna korekta prawa urasta więc do rangi zamachu na cywilizację, a każda próba koordynacji europejskiej – do nowej Jałty. To nie strategia państwowa, lecz psychodrama klasy politycznej, która nie zauważyła, że świat przestał kręcić się wokół jej dawnych zasług.

Alternatywa nie polega na wyborze między Waszyngtonem, Moskwą czy Pekinem, lecz na decyzji, czy chcemy być przewidywalnym uczestnikiem wspólnoty europejskiej, czy wiecznie obrażonym beneficjentem jej dotacji. Jeśli za sprawą euroentuzjastów z PO czy eurosceptyków z PiS dalej będziemy przyznawać, że każda zmiana jest „narzucaniem”, jednocześnie dając do zrozumienia, że chętnie nawiążemy współpracę z dowolnym, wystarczająco uzbrojonym i bogatym patronem, niezależnie od jego interpretacji praw człowieka czy prawa międzynarodowego, skończymy nie jako suwerenni gracze, lecz w najlepszym wypadku jako polityczny akompaniament.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie