Kraj

Ostolski: Fałszywa zmiana wygrała z fałszywą zgodą

Kukiz wyraża potrzebę, żeby było inaczej, żeby starzy i nudni już sobie poszli.

Sławek Blichiewicz: Najnudniejsza kampania prezydencka III RP zrodziła zaskakujący zwrot akcji, niespodziewany wynik i emocje. Co się właściwie stało?

Adam Ostolski: Na pewno wynik Bronisława Komorowskiego to czerwona kartka dla obozu rządzącego i pewnego stylu uprawiania polityki, który polega na tym, że wiele problemów po prostu zamiata się pod dywan i odsuwa w czasie. To jest szukanie pozorowanej zgody. My widzimy, że ta zgoda, którą proponuje Komorowski, jest w istocie „znaczona”, to znaczy z góry wyklucza znaczną część społeczeństwa, tych z definicji „niezbawialnych”. Do tej pory wydawało się, że to jest skuteczne.

Dlaczego przestało?

Jeśli spojrzymy na wyniki, to uderza kilka rzeczy. Po pierwsze bardzo niska frekwencja jak na wybory prezydenckie. Druga rzecz to oczywiście brak sensownego lewicowego kandydata czy kandydatki. Po trzecie wśród tych, którzy jednak wyszli w niedzielę z domu i zagłosowali, większość zagłosowała jednak na „zmianę” raczej niż na stabilizację. Oczywiście trzeba powiedzieć, że obietnica zmiany, którą niesie PiS i Kukiz, jest z gruntu fałszywa. Fałszywa zmiana wygrała więc z fałszywą zgodą.

Co jest ciekawego w wyniku Kukiza? Czego nas uczy?

Kukiz wyraża pewne poczucie rozczarowania, potrzebę, żeby nareszcie się coś zmieniło, żeby było inaczej, żeby starzy i nudni już sobie poszli.

Najciekawsze jest dla mnie to, że Kukiz, wbrew niedowiarkom, pokazał moc polityki. Była to moc artykulacji, czyli nazywania problemów politycznych i podsuwania rozwiązań.

Kukiz usłyszał i wyłapał gniew ludzi, to zniechęcenie do establishmentu, który w tych wyborach pokazał swoją wyjątkowo bezbarwną i nijaką twarz.

Mało kto traktował te wybory serio.

I to był błąd. Ci, którzy zagłosowali na sarnę z krzesłem na głowie lub nie zagłosowali wcale, mogą w efekcie dostać JOW-y. Już teraz mamy najbardziej ekscytujący wynik wyborów prezydenckich przy najbardziej nudnej i nieciekawej kampanii. Również ze względu na to, co zrobił Kukiz, bo to wcale nie była postpolityka. Przeciwnie, to jest esencja tego, na czym polega praca polityczna. Kukiz najlepiej odrobił to zadanie.

W jaki sposób?

Po pierwsze zorganizował różne, masowe grupy poparcia. Nie tylko polegał na własnej sieci zmieleni.pl czy Platformie Oburzonych, ale wszedł też w deal z Solidarnością, zirytowaną „zmieleniem” podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie wieku emerytalnego. A poparcie Solidarności, zwłaszcza śląskiej, to był prawdziwy konkret, dzięki któremu ostatecznie zebrał podpisy. Zbierano na niego zresztą nawet na marszu OPZZ, co może wskazywać, że przyciągnął również część lewicowych związkowców. Kukiz wykonał więc pracę polegającą na budowaniu nieoczekiwanych sojuszy.

Druga praca, którą wykonał Kukiz, to właśnie praca artykulacji. Coś, czego nie rozumieją ludzie myślący, że interesy polityczne są zawsze już gotowe, że tylko czekają, żeby je odkryć w jakichś badaniach i socjotechnicznie wykorzystać. W tych wyborach przegrała też taka polityka sondażowa. Ci, którzy się formatowali pod sondaże, przegrywali. W tym czasie Kukiz robił prawdziwą politykę, potrafił przedstawić ludziom proste równanie: wasz gniew i wasza potrzeba zmiany = jednomandatowe okręgi wyborcze. Nawet nie chodzi o to, czy był przekonujący na planie intelektualnym.

Bo nie był.

Nie był, ale mówił z energią i w sposób wiarygodny. Również dzięki temu, jak się ubierał, jak wyglądał, że bywał na protestach i strajkach, np. w kopalniach węglowych. On tam był, przemawiał do ludzi, pokazywał, że się stara, że mu zależy.

Nie jest tak naprawdę ważne, ilu wyborców Kukiza naprawdę wierzy w te jednomandatowe okręgi. Może nawet jest ich mniejszość. Ważne jest to, że teraz obaj pretendenci, walcząc o te 20% w drugiej turze wyborów, będą mówić językiem Kukiza i myśleć o tej jednej rzeczy, którą właśnie Kukiz nazwał. Powiem więcej, jego wyborcy – nawet jeśli w głębi serca mają gdzieś te całe JOW-y – będą zadowoleni z samego faktu, że ten temat będzie teraz podnoszony. Bo to jest ich sukces – dowiedli, że ich głos jest ważny, że ma znaczenie, że to oni pokazali Komorowskiemu czy Dudzie, z kim trzeba się liczyć.

Z niewiarygodnym, choć charyzmatycznym kandydatem?

Nie mam wątpliwości, że świat pracy najmniej skorzysta, a wręcz sporo straci na sojuszu niektórych związków zawodowych z Kukizem. Chodzi mi o to, żeby nie popełnić błędu i nie zlekceważyć tego, co się wydarzyło. Być może wynik Kukiza pokazuje, że poczucie demokratycznej podmiotowości jest dla ludzi w Polsce ważne, dużo ważniejsze, niż ktokolwiek mógł się spodziewać.

Zwróćmy uwagę na wyniki głosowania wśród uczniów i studentów – Kukiz zebrał tam 40% głosów, Komorowski niespełna 13%. To jest już pokolenie no future. Ale to pokolenie jest też wielkim potencjałem lewicy. To są ludzie, którzy nie widzą swojej przyszłości w obecnym systemie. Tym razem zagłosowali na Kukiza, lecz ich głos kryje coś więcej niż pusty gniew – kryje słuszne rozpoznanie, że system, w którym żyją, gra znaczonymi kartami. Tu już nie ma miejsca i czasu na łudzenie się, że po piętnastym bezpłatnym stażu wreszcie trafi się normalna praca. Przytomnie to ci młodzi ludzie zauważyli, mimo że nie zawsze otrzymują od mediów i polityków wystarczające narzędzia, by dobrze zrozumieć i zareagować na swoje położenie.

No to potrzebujemy już tylko lewicowych kandydatów.

Gdyby światopogląd ludzi łatwo przekładał się na zachowania wyborcze, to mielibyśmy w Polsce – w systemie wyborczym, który na to pozwala – socjaldemokrację z 40-procentowym poparciem.

Tymczasem mamy Ogórek i Palikota z 4%.

Zgadza się, ale to nie jest wina wyborców, że nie mają na kogo głosować.

Pamiętam, jak Andrzej Lepper mówił w telewizji, jeszcze w latach 90., że w Polsce nie ma proporcjonalnego systemu wyborczego, jest tylko dysproporcjonalny. I ja myślę, że to jest prawda. Prawica często doszukuje się tych, którzy sfałszowali wybory, a moim zdaniem to sam system je fałszuje. Ludzie idą dzisiaj do wyborów i wkładają do urny głos, który wychodzi z niej zniekształcony i nie do poznania.

Jesteś zwolennikiem zmiany ordynacji wyborczej?

Nie popieram JOW-ów. Rozwiązanie, które proponuje Kukiz, jest fałszywe i szkodliwe. Ale uważam, że postulat ten odpowiada na realny problem z reprezentatywnością naszego systemu politycznego.

Częścią tej reprezentatywności jest ordynacja wyborcza zawierająca bariery, z których ludzie nie zdają sobie sprawy, ale odczuwają ich efekty.

Ktoś, kto nigdy nie zbierał 100 tys. podpisów na kandydatkę w wyborach prezydenckich, nie wie, jaka to jest skala wyzwania, nawet jeśli wcześniej zebrał 5 tys. żeby zarejestrować w okręgu listę do sejmu. Jeśli chodzi o podpisy, mamy prawdopodobnie najbardziej zaporową ordynację wyborczą w Europie.

Na ten problem trzeba umieć znaleźć zdroworozsądkowe rozwiązanie, które będzie i zrozumiałe dla ludzi, i skuteczne na poziomie systemu. Sądzę, że ordynacja preferencyjna, tzw. pojedynczy głos przechodni (STV) w okręgach wielomandatowych, byłaby dziś dobrym pomysłem. Zaproponowanie jakiejś reformy prawa wyborczego jest teraz niezbędne. I możemy to potraktować jako szansę.

Prezydent Komorowski już zapowiedział referendum w tej sprawie.

Dokonał nerwowego ruchu, a problem ordynacji jest znacznie bardziej skomplikowany. Obawiam się, że zostaniemy z populistyczną, zerojedynkową dyskusją: JOW czy nie JOW? Przez takie uproszczenia i demagogię będzie tylko trudniej rozmawiać o prawie wyborczym w przyszłości.

Wszyscy znani mi ludzie myślący i czujący na lewo zadają sobie teraz to samo pytanie: pójść czy nie pójść? Zbojkotować? Zagłosować na złość? Na mniejsze zło?

Kampania trwa, a ja przymierzam się do tego, żeby pójść na wybory i oddać głos ważny. Można próbować szukać w kandydatach śladów agendy lewicowej: in vitro, ustawa o związkach partnerskich, prawo pracy, wiek emerytalny. Ale to tylko przesuwa problem na inną płaszczyznę. Wskazując tematy, które będą dla nas ważne, w gruncie rzeczy wybraliśmy już kandydata, na dodatek odtwarzając fałszywy podział na lewicę „społeczną” i „kulturową”. Nie dajmy się zapędzić w tę uliczkę.

Nie zarejestrowaliśmy swojego kandydata ani kandydatki, nie stworzyliśmy żadnej lewicowej alternatywy. Nic nas nie usprawiedliwia.

Ale co nam w ogóle daje tytuł do mówienia: lewica? Czy jest taka zbiorowość ukonstytuowana politycznie? Otóż w tych wyborach jej nie ma, bo gdyby była, to miałaby swoją kandydatkę lub kandydata.

Skoro nie udało się takiej zbiorowości utworzyć, to ludziom utożsamiającym się z lewicowym światopoglądem pozostają decyzje i zachowania indywidualne. Niech każdy się teraz zmaga ze swoim grzechem we własnym sumieniu, bo bezgrzesznego wyboru tutaj nie ma.

Czy w ogóle możliwy jest taki pozytywny projekt na lewicy? Danie tym wszystkim ludziom, rozczarowanym, zbuntowanym, zatomizowanym w marginalnych partiach i ruchach, atrakcyjnej alternatywy? Co może ponieść taki projekt?

Przeanalizujmy, co poniosło Kukiza, prócz energii ludzkiego gniewu. Jeden prosty (i mylny) postulat – JOW-y. Co jest atutem PiS-u? Może nim być pakt z wyborcami, że PiS obniży wiek emerytalny. Nawet jeśli ludzie nie do końca wierzą, że PiS dotrzyma słowa, to zechcą sobie dać tę szansę. A co jest siłą Platformy? Stabilność i strach przed PiS.

Pytasz, co może ponieść taki projekt na lewicy? Powiem szczerze, że jestem w kropce. Miałem nadzieję, że poniesie go Anna Grodzka w wyborach prezydenckich. To byłby symbol zmiany, nowoczesności, mocnego nastawienia na sprawiedliwość społeczną ze zdolnością uruchamiania pozytywnych emocji w ludziach.

Ale to się, niestety, nie udało.

Musimy dalej konsekwentnie budować lewicową opowieść o świecie. Opowieść o tym, że możemy być fajną wspólnotą. Społecznością, które nie skazuje nas na bycie samotnymi jednostkami, które tylko walczą o byt, lecz ofiaruje wsparcie i solidarność. Taka społeczność to miejsce, w którym każdy może być sobą.

Dzisiaj nie gramy na polu, które sami sobie narysowaliśmy. A za dwa tygodnie druga tura.

Musimy odważnie wchodzić z naszą wizją i całą tę opowieść o JOW-ach pogłębić, a nie tylko ją kontrować. Nie możemy się ustawiać w roli obrońców status quo, rzeczników systemu wyborczego, który jest do kitu. Pojedynczy głos przechodni to powinien być nasz postulat. Do tego referenda – uważam, że powinny być rozpisywane obligatoryjnie, jeśli pod wnioskiem o referendum podpisze się np. 100 tys osób. Swoją drogą fakt, że sprawy dotyczące referendów nie pojawiły się na pierwszym planie w kampanii, to jest porażka Solidarności – bo to jest właśnie ich postulat, który ich zbliżył do sojuszu z Kukizem.

Odblokowanie demokracji to jest to coś, czym powinniśmy się teraz zająć. Skoro już pole zostało tak ustawione, to szukajmy w nim swoich stawek. Pokażmy, że lewica ma tu własne propozycje. A jeśli udałoby się jednego z dwóch kandydatów na prezydenta przekonać, że nie chodzi o JOW-y, lecz o inne, bardziej pogłębione myślenie o demokracji, to być może należałoby takiego kandydata poprzeć.

DZIENNIK OPINII O WYBORACH:

Kinga Dunin: Nie ten człowiek roku

Cezary Michalski: Jak prowadzić spór z populizmem?

Witold Mrozek: Komorowski niec nie rozumie

Maciej Gdula: Kukiz to jednorazowy trybun, uwierzcie w politykę!

Sławomir Sierakowski: Czy elektorat lewicowy tym razem wyjdzie z domu i zdecyduje, kto wygra?

DZIENNIK OPINII O JOW-ACH:

Piotr Uziębło: Referendum w sprawie JOW-ów będzie niezgodne z konstytucją

Piotr Uziębło: Wypaczone wyniki, głosowanie na partie i rzecznik dyscypliny. Oto JOW-y

Marcin Gerwin: Okręgi jednomandatowe to przekręt w białych rękawiczkach

Rafał Chwedoruk: Zwolennicy JOWów powinni zamilknąć

Peter Emerson: JOW-y to pomysł jak z Orwella

Marcin Gerwin: Jednomandatowe okręgi wyborcze? Nie, dziękuję

**Dziennik Opinii nr 133/2015 (917)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać