Kraj

Nie słuchajcie Mentzena. Potrzebujemy bezpłatnego kulturoznawstwa

Pomysł odpłatności za „nieprzydatne” kierunki studiów jest pod każdym względem głupi i szkodliwy. Ponadto konfederacki plan mówiący: „zamknijmy bezpłatną humanistykę” uderzyłby w młode kobiety.

Stwierdzenie Słowomira Mentzena, że w jego „idealnym świecie studia są płatne”, wywołało szeroką dyskusję na temat tego, czy studia w Polsce faktycznie są bezpłatne i czy powinny, a jeśli tak, to w jakim zakresie.

W dyskusji tej pojawił się głos – podnosił go między innymi prowadzący rozmowę z Mentzenem Krzysztof Stanowski oraz poseł Konfederacji Przemysław Wipler – że studia powinny być bezpłatne na „przydatnych kierunkach”, takich jak inżynieryjne czy lekarskie, ale nie na tych, które nie dają absolwentom konkretnych, potrzebnych tu i teraz umiejętności. Czyli głównie na kierunkach humanistycznych, społecznych, a pewnie i artystycznych. „Jestem przeciwny płaceniu za większość kierunków humanistycznych w tym kraju, bo kształtują nieprzygotowanych do życia i rynku pracy idiotów, którzy pięć lat uciekają przed rynkiem pracy” – zadeklarował wprost poseł Wipler.

Studia MBA. Fabryka produkująca specjalistów od zarządzania czymkolwiek

Podobny pogląd jako przemawiający do polskiego „zdrowego chłopskiego rozumu” i propozycja sytuująca się pośrodku sporu może zostać uznany za sensowny. Prawda nie leży jednak pośrodku, a tam, gdzie leży. I trzeba powiedzieć, że pomysł odpłatności za „nieprzydatne” kierunki jest pod każdym względem głupi i szkodliwy.

Humanistyka i sztuka nie powinny być klasowym przywilejem

Dlaczego? Dlatego że humanistyka, nauki społeczne i sztuka są po prostu ważne. Pozwalają nam zrozumieć samych siebie, zarówno w wymiarze indywidualnym, jak i zbiorowym. Dają narzędzia, by zadać istotne pytania nie tylko na temat tego, jak rozwiązywać konkretne problemy, ale o to, czy stawiamy sobie dobre pytania, o cele i wartości organizujące nasze indywidualne i zbiorowe życie.

Byłoby fatalnie, gdyby dostęp do takiej edukacji był ograniczony dla osób, które są pozbawione finansowych środków. Bo to oznaczałoby, że zawody, które odpowiadają za to, jak rozumiemy naszą przeszłość, współczesność i jak wyobrażamy sobie przyszłość, byłyby zdominowane przez ludzi, których rodziny miały dość pieniędzy, by wykształcić ich w tym kierunku.

Zamknięcie wykształcenia humanistycznego czy artystycznego dla uboższych nie tylko będzie niesprawiedliwe społecznie i krzywdzące dla osób, które nie miały szczęścia urodzić się w odpowiednio zamożnej rodzinie, ale także zuboży naszą szeroko rozumianą debatę publiczną. Bo jest w społecznym interesie, by mogły się w niej spotkać różne perspektywy, w tym osób wywodzących się z uboższych środowisk, w tym z klasy ludowej.

Bez edukacji dalej będziemy mieć kraj zdrowotnych analfabetów

Jak wyglądać będzie debata publiczna, jeśli dziennikarze kluczowych mediów – najczęściej absolwenci kierunków humanistycznych i społecznych – będą wywodzili się w przeważającej mierze z zamożnych rodzin, które stać było na sfinansowanie im studiów? Jaka będzie nasza wiedza o polskim społeczeństwie, jeśli badający je socjologowie i socjolożki będą wywodzić się tylko z zamożnych domów? Jaka historia, jeśli kariera historyka będzie zależna od portfela rodziców? Jakie nasze kino, teatr czy sztuki wizualne, jeśli zamkniemy uboższym osobom możliwości kształcenia się na kierunkach artystycznych?

Co tak naprawdę jest przydatne?

Nie wiemy też właściwie, jakie konkretnie kierunki studiów okażą się faktycznie „przydatne” – w najwęższym sensie tego słowa – gdy osoby dziś zaczynające studia wkroczą w wiek średni i swój najlepszy zawodowo okres.

Gdy ponad dwie dekady temu zaczynałem studia, nie było oczywiste, jakie znaczenie za ćwierć wieku odgrywać będzie w Polsce ukraińska migracja i jak bardzo będziemy potrzebować ukrainoznawców i ekspertek od języka ukraińskiego. Awans Chin do roli światowego mocarstwa dopiero się zaczynał, nie wspominając o Indiach – gdybyśmy wtedy uznali, że sino- i indologia tudzież koncentrujące się na tym obszarze świata nauki polityczne są niepotrzebne i zlikwidowali bezpłatne studia na tych kierunkach, bylibyśmy dużo gorzej przygotowani jako społeczeństwo do zmian, jakie dziś burzą znany od kilkuset lat europocentryczny porządek.

Co z takimi kierunkami jak fizyka teoretyczna albo czysta matematyka? One też przecież nie kształcą fachowców, których od razu potrzebuje obecny rynek pracy, a jednocześnie to właśnie odkrycia dokonywane w tych obszarach mogą w przyszłości przełożyć się na znacząco praktyczne gospodarcze wynalazki. Jest chyba w interesie społecznym, by każdy, kto ma do tego talent, mógł studiować podobne kierunki, a nie tylko osoby, które na to stać?

Wreszcie błędne jest założenie, że studia muszą przekładać się na konkretne umiejętności do sprzedania na rynku pracy. Wykształcenie jest wartością samą w sobie, nawet jeśli nie wykorzystujemy go w pracy zawodowej – choć taka sytuacja może być oczywiście frustrująca. Lepiej wykształcona populacja ma lepsze narzędzia, by świadomie partycypować w życiu politycznej wspólnoty, by dokonywać bardziej świadomych wyborów przy urnach i nie tylko. I warto w jak najszersze wykształcenie inwestować bardziej niż w kolejne ulgi dla przedsiębiorców albo 13. emerytury – o 14. nie wspominając.

Odpłatność nie rozwiąże kluczowego problemu

Ze wszystkich argumentów zwolenników płatnych studiów pozornie najbardziej sensownie brzmi ten, że w Polsce na bezpłatnych kierunkach studiują względnie zamożniejsze osoby, a te uboższe wybierają studia płatne. Bo nie są olimpijczykami i mają gorsze wyniki matur, więc przegrywają w rekrutacji na bezpłatne studia z absolwentami prestiżowych liceów z inteligenckich domów, bo nie stać ich na życie w ośrodku akademickim typu Kraków i wybierają płatne studia w szkole zawodowej w swoim mieście średniej wielkości albo muszą pracować i nie mogą studiować w innym trybie niż zaoczny.

Barbara Nowacka upada pod krzyżem po raz setny

Problem w tym, że wprowadzenie płatnych studiów tylko pogorszy dostęp do edukacji dla takich osób. Jeśli do wszystkich barier, z jakimi się mierzą, dodamy jeszcze czesne, to uznają, że w ogóle nie ma sensu nawet myśleć o dziennych studiach w takim miejscu jak Politechnika Warszawska czy Uniwersytet Jagielloński.

Obecny system, przy wszystkich jego wadach, daje jakąś szansę na bezpłatną edukację osobom z uboższych domów – nawet jeśli bardziej tym, które wywodzą się z rodzin inteligenckich niż z klasy ludowej, to jest to i tak lepsze niż system pełnej odpłatności z wyjątkami dla „potrzebnych” kierunków.

Jeśli chcemy, by z bezpłatnych studiów korzystało więcej osób z ubogich także w kapitał kulturowy rodzin, to finansujmy zajęcia wyrównawcze dla dzieci z klas ludowych, stypendia dla ubogich studentów z prowincji pozwalające się im utrzymać na studiach w Warszawie czy Poznaniu, budujmy stołówki i akademiki.

Gwizdek na inceli?

Wreszcie propozycje „zamknijmy bezpłatną humanistykę” mają też istotny genderowy wymiar – uderzyłyby one głównie w młode kobiety. Bo to kobiety częściej kończą studia humanistyczne i to studia humanistyczne w dużej mierze odpowiadają za lukę wykształcenia między kobietami i mężczyznami.

Absolwentka studiów humanistycznych jest obok migranta z Bliskiego Wschodu czy Afryki, „urzędasa” czy odbiorcy socjalu jedną z kluczowych figur skupiających nienawiść zaangażowanego elektoratu Konfederacji, zwłaszcza jego „okołoincelskiego” skrzydła.

Życie, studia i robienie polityki w Bolonii

Bo kobiety z wyższym wykształceniem nie chcą wiązać się z mężczyznami bez dyplomu, bo wyjeżdżają do dużych miast, zostawiając niepodejmujących wyższej edukacji mężczyzn w ich mniejszych miejscowościach. Gdy poprzegląda się okołokonfederackie media społecznościowe – mówię tu o zaangażowanym komentariacie, nie o politykach – to widać, że wykształcenie kobiet obwinia się tam o plagę samotności mężczyzn czy polski kryzys demograficzny. Czasem pojawiają się nawet pomysły jego odgórnego ograniczenia.

I nie wiem, czy postulaty, choć są spójne z libertariańskimi poglądami konfederatów, nie są też gwizdkiem na „okołoincelski” elektorat. Zwłaszcza w wersji: kształćmy inżynierów, a nie bezużyteczne idiotki z socjologii i gender studies.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij