Kraj

Kto się zaopiekuje ministrem, kiedy ostatnia pielęgniarka wyjedzie do Norwegii?

Gdyby pielęgniarki nie zastrajkowały, udawalibyśmy, że problemów nie ma.

Pielęgniarki, pracownicy i pracownice służby zdrowia, przedstawicielki związków zawodowych oraz różnorodna grupa sympatyczek i sympatyków postulatów protestujących demonstrowała we wtorek pod Ministerstwem Zdrowia. Mówiła do ministra Radziwiłła, który dziś pod gmachem na ulicy Miodowej się nie pojawił – był to monolog, bardzo jednak potrzebny. Adresatów było bowiem więcej niż sam minister. Tego, co mówią pielęgniarki, powinniśmy posłuchać wszyscy.

„Według ministra zarabiamy dziewięć tysięcy. Gdyby to było dziewięć tysięcy, to byśmy nie byli pod ministerstwem, tylko na plaży. Gdybyśmy tyle zarabiali, to może miałby kto zająć się ministrem na starość. Jeśli do tego czasu zostaniemy w zawodzie, oczywiście, bo na razie mamy nie dziewięć tysięcy, a dwa, kurs norweskiego i nadzieję, że koleżanka mnie zastąpi na dyżurze, gdy moje własne dziecko będzie chore”.

Te słowa, wypowiedziane dziś pod Ministerstwem Zdrowia, to świetna synteza tego, o co w strajku pielęgniarek z CZD i towarzyszącym im protestom chodzi. To nie jest – mimo paniki mediów prawicowych i satysfakcji mediów liberalnych – protest anty-PiSowski.

To protest przeciwko arogancji, bucie i złej woli, której najnowszym wcieleniem jest oczywiście minister Radziwiłł, ale wcześniej była i Ewa Kopacz, i Jarosław Kaczyński.

Systemowe warunki do dzisiejszego kryzysu stworzyli (także przez zaniechanie) wszyscy rządzący. Pozostawienie decyzji o warunkach zatrudnienia i wynagrodzeniach w rękach dyrekcji szpitali, przy jednoczesnym wywieraniu presji na oszczędności i wprowadzaniu wymogu rozliczalności wszystkich związanych z opieką zdrowotną czynności, a także wprowadzenie – nierzadko absurdalnie nieprzystających do realiów pracy – kategorii ekonomicznych tam, gdzie ich wcześniej nie było, stworzyły warunki, które dziś zmuszają pielęgniarki do strajku. „Przestańcie nas obarczać odpowiedzialnością za to, że coś nie działa w systemie. To politycy mają być mądrzy i naprawić system” – wykrzyczała dziś jedna z przemawiających. Jedno zdanie, krótkie i trafne, a jednak tak trudno, aby zostało zrozumiane. A także, aby w końcu zadomowiło się w narracji wokół protestów. Dlaczego tak jest? Odpowiedź prowadzi nas do kwestii mediów i tego, jak protesty sektora ochrony zdrowia się w Polsce relacjonuje.

Kolejnym, niewypowiedzianym na głos, adresatem dzisiejszych przemówień było gro dziennikarzy i gadających głów z obu stron barykady, którzy jednocześnie chcieliby rzecz jasna dobrej, nieodpłatnej i profesjonalnej opieki, gdy zachorują ich dzieci, ale przy okazji chcieliby również, żeby ta opieka działa się sama, a pracownice i pracownicy służby zdrowia karmili swoje własne dzieci powołaniem. Szczególnie interesujący przypadek to też ci, którzy interpretują protesty pod kątem własnych politycznych sympatii. Jak pielęgniarki protestują, gdy władzę lubimy, to są chciwe i roszczeniowe. Gdy protestują przeciwko władzy, której nie lubimy, to są bezinteresowne i szlachetne. Nowy wymiar absurdu do tej niechlubnej zasady dodaje dziś Wpolityce.pl, sugerując że protest pielęgniarek jest inspirowany przez… KOD. Ilekroć pielęgniarki chcą zaprotestować, słyszą że sprzeniewierzają się etosowi, są nieodpowiedzialne i nieczułe – im dłużej jednak nie protestują, tym bardziej są ignorowane. Koło się zamyka.

Paradoksalnie: przez to, że pielęgniarkom odmawia się prawa do strajku – w przeciwieństwie do innych zorganizowanych grup zawodowych – „bo dzieci”, „bo chorzy”, „bo etos” one w końcu nie mają innego wyjścia niż strajk, bo to strajk jest jedyną formą zmuszenia ministerstwa i mediów do diagnozy sytuacji w sektorze. A ta wymaga odwrócenia części złych tendencji – na co przy innych okazjach minister Radziwiłł akurat zwracał uwagę – a czasem po prostu dialogu innego niż pokazowy; dialogu na tyle trwałego, by nie zerwała go najbliższa rekonstrukcja rządu czy przyspieszone wybory – jak to miało miejsce, a konsekwencje odczuwamy do dziś, w 2007 roku. Ten dialog musi być osadzony na trwalszych fundamentach, bo „politycy rządzą jedną kadencję – jak są pracowici, to dwie – a my, pielęgniarki, pracujemy po kilkadziesiąt lat”, jak mówiła dziś jedna z sióstr.

Powtarzającym się motywem dzisiejszego protestu była potrzeba wysłuchania i idącego za nim uznania problemów, których nie rozwiąże nawet największa jednorazowa podwyżka – gdy tnie się etaty, w związku z czym na jedną pielęgniarkę lub pielęgniarza (choćby i lepiej wynagradzanego) przypada coraz więcej chorych, lub gdy „zarządza się” personelem, przenosząc pielęgniarki między oddziałami wymagającymi zupełnie innego podejścia i doświadczenia, co pozwala nie zatrudniać innych, generując (pozorne i chwilowe) oszczędności, ale tworząc po drodze szereg problemów wcale nie tak łatwo przeliczalnych na złotówki. W Centrum Zdrowia Dziecka – jak szacują same strajkujące – do poprawnej opieki nad pacjentami brakuje 70 etatów. Szpital już jest zadłużony, więc dalsze oszczędności kosztem personelu tylko pogłębią patologie dzisiejszej sytuacji – powinno być jasne, że zaciskanie pasa kosztem pracy pielęgniarek (i dobra pacjentów) jest na dłuższą metę strategią samobójczą.

Jak słusznie przypominał niedawno Maciej Gdula, sytuacja ta jest symptomem głębokiego problemu w samym sercu dzisiejszej rynkowo-państwowej, hybrydowej logiki zarządzania służbą zdrowia. I dodawał: „Nie jest to problem dotyczący tylko pielęgniarek. Podobne rzeczy dzieją się w odniesieniu do lekarzy. Niedawno jeden z największych i najbardziej prestiżowych warszawskich szpitali dokonał redukcji obsady w zakładzie radiologicznym. Dyrekcja stwierdziła, że tam, gdzie pracowało dwóch specjalistów, wystarczy przecież jeden. Nieformalnie oczekuje się jednak, że nadmiar badań, które nawarstwiają się ze względu na redukcję personelu, lekarze opiszą w nieopłacanych nadgodzinach.” Protest pielęgniarek powinien być potraktowany jako sygnał alarmowy, zwiastujący problem, zanim jeszcze najdotkliwsze konsekwencje odczują pacjenci. Lepsze warunki pracy pielęgniarek to lepsza opieka dla pacjentów – protestujące pielęgniarki walczą o coś więcej niż swoje portfele.

Nie można jednak nie dodać w konkluzji, że wszystkie te rzeczy nie są jakimś pilnie strzeżonym sekretem, pielęgniarki mówią o tym od lat. A jednak, każdorazowo wątki te znikają, gdy władza próbuje odwrócić od nich uwagę (za pomocą usłużnych mediów) i próbuje łamać strajki i protesty oskarżeniami o „roszczeniowość” i „chciwość”. Radziwiłł znów to zrobił, mówiąc, że pielęgniarkom chodzi tylko o pieniądze. Cóż…

„Gdyby chodziło nam o pieniądze, nie zostałybyśmy pielęgniarkami”.

 ***

Czytaj także:

Julia Kubisa, Pielęgniarek jest za mało i za mało zarabiają
Maciej Gdula, Przeciw żerowaniu na etosie
Jakub Dymek, Pamiętacie „białe miasteczko”?

**Dziennik Opinii nr 160/2016 (1360)

Stiglitz-cena-nierownosci

Bio

Jakub Dymek

| publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.