Trudno dostrzec doniosłość wydarzeń z oka cyklonu, mgła wojny rozpościera się nad historią jak nad polem bitwy, ale pierwsze pęknięcia ujawniły się chyba wówczas, gdy Książulo i Wojek postanowili przetestować gotowe pizze do odgrzania w domowym piekarniku.
2024 rok należał do Książula i Wojka – dwóch sympatycznych youtuberów smakoszy z Warszawy, którzy już wcześniej podbili serca milionów Polaków i Polek bezpretensjonalną gadką o fast foodzie i wideorelacjami z jedzenia ostrych chrupek, a doskonale wyważona mieszanka regularnych wizyt w warszawskim kebabowym zagłębiu i w restauracjach celebrytów oraz depeszy z głębokiej prowincji tylko potwierdziła ich gwiazdorski status. Jednak ostatnie miesiące to także przezierające spod sielskiej fasady zwiastuny kryzysu, świadectwa zaostrzającej się walki klasowej i dowód na to, że Polacy u schyłku kapitalizmu cyfrowego pilnie potrzebują renegocjacji miejsca, jakie w ich życiu zajmuje praca.
czytaj także
Książulo i Wojek w trybach historii
Pierwsze pęknięcia ujawniły się chyba wówczas, gdy obaj bohaterowie postanowili przetestować gotowe pizze do odgrzania w domowym piekarniku. Większość zakupionych produktów ocenili negatywnie, co wzbudziło wściekłość widzów, którzy zarzucili krytykom, że pizze nie zostały przygotowane zgodnie z zaleceniami z opakowania. Film, dziś autoironicznie nazwany „Jak nie robić pizzy mrożonej”, stał się świadectwem postępującego odklejenia dwóch vlogerów od realiów, w których żyje przeciętny Polak, oraz agorą, na której komentujący mogli zamanifestować swoje niezadowolenie z obrotu spraw.
Skąd to rozczarowanie? Zaczynający na warszawskim Bródnie Książulo dotychczas nie wstydził się swoich niebananowych korzeni, w ocenie pączków i innych produktów chętnie sięgając do swoich doświadczeń jako przedsiębiorca dzierżawiący kilka lat temu sklep spożywczy. Po wpadce z mrożoną pizzą Książulo i Wojek jeszcze bardziej zaczęli podkreślać swój brak obycia w drogich restauracjach, bycie „prostymi chłopakami”, którzy na kulinarne innowacje patrzą równie podejrzliwie jak klasa przedsiębiorcza na wystawę stałą w MSN. Nie da się jednak ukryć, że w ostatnich miesiącach zaczęło im się wieść coraz lepiej, gdy większości wiedzie się coraz gorzej – i w tym całe nieszczęście, pociągające za sobą konflikty, rozpad i zniszczenie.
IDEAS NCBR i sztuczna inteligencja: jak Polska może wyjść z technopolitycznej niedojrzałości?
czytaj także
Książulo zarabia krocie na filmach notujących średnio ok. 2 mln wyświetleń, współpracach z bankami i własnych ubraniach. Może sobie pozwolić na zatrudnienie montażystów, osób do dystrybucji, a także trzeciego bohatera swoich przygód, zamaskowanego Mualana, którego pseudonim wziął się od swoistego certyfikatu jakości Książula – naklejki Muala, która zdobi szyldy lokali w całej Polsce, słynących m.in. z najlepszego „kraftowego” mięsa.
Klęska influencerskiego urodzaju
To właśnie ten certyfikat stał się przyczyną potężnego bólu głowy pani Marii, właścicielki baru na warszawskim Żoliborzu. Jak wiadomo, serce Żoliborza to jeden z najbardziej wymagających rejonów gastronomicznych w Polsce – dość powiedzieć, że tutejsze croissanty zachwalał sam Maciej Stuhr. Dla właścicieli zabiegających o ruch, uwagę i docenienie wizyta nieprzekupnego i bezkompromisowego Książula może być zarówno zastrzykiem gości i gotówki, jak i pocałunkiem śmierci. W przypadku pani Marii, prowadzącej bar w żoliborskim ratuszu od 30 lat, zachwyt dobrym domowym jedzeniem w niskiej cenie stał się przyczyną walących do lokalu tłumów i… rezygnacji z prowadzenia baru do końca maja.
Co dla przeciętnego Rosjanina oznacza odcięcie od YouTube’a?
czytaj także
Informacja o tym, że restauratorka okazała Książulowi mniej wdzięczności za gościnę i reklamę niż Ukraińcy narodowi polskiemu w kolejce do kosmetyczki, podzieliła widzów i widzki. W serwisach społecznościowych niektórzy zarzucają właścicielce baru brak biznesowego wyczucia, wygodnictwo, a wręcz mentalność homo sovieticus. W komentarzach przeczytamy też o tym, jak walący drzwiami i oknami neohipsterzy robili w ostatnich tygodniach awantury o sałatki inne niż zamówione.
Pani Maria nie jest jedyną „ofiarą” niespodziewanej popularności – z podobnymi problemami borykają się pracownicy baru Waga na Woli i innych mniejszych, niewindujących marży i płacących preferencyjne czynsze barów i kantyn, służących głównie lokalnym społecznościom, a nie instagramowym przechwałkom. Jako człowiek o dobrym sercu i czystych intencjach Książulo nieświadomie doprowadził do punktowej gentryfikacji miejsc, które przez dekady się jej opierały.
Miękki darwinizm trenerów życia z X. To oni przyciągają normalsów do skrajnej prawicy
czytaj także
W reakcjach na decyzję pani Marii objawiło się wiele problemów występujących w dyskusjach o pracy, które towarzyszą też tekstom naszych publicystów i publicystek. Zysk jako jedyny cel życia, popularność i bogactwo bez zważania na druzgocące koszty – to opowieść, którą karmią nas dopieszczający przedsiębiorców politycy i ich medialni uczniowie. W efekcie 60 proc. osób z niejednorodnej przedsiębiorczej grupy nie idzie na zwolnienie, gdy są chorzy, ponad połowa nie bierze urlopów dłuższych niż tydzień i odkłada jakiekolwiek przyjemności na odległą przyszłość.
Twórcy internetowi i piekło optymalizacji
O roli pracy w naszym życiu i braku wyrozumiałości dla tych, którzy woleliby nie wypruć sobie żył w pogoni za wirtualnymi milionami na kuchni baru mlecznego, piszę nie dlatego, żeby krytykować Książula – przeciwnie! Wydaje się, że kryzys związany z niezamierzoną gentryfikacją pokazuje też ślepy zaułek, w który prędzej czy później musi zabrnąć kanał warszawiaka.
Dziś widać choćby to, jak trudno poruszać się chłopakom po mieście bez próśb o zdjęcie ze strony osób wielbicielskich. Właściwie przez cały rok książulowa ekipa przemierza Polskę w poszukiwaniu jedzenia o odpowiednim stosunku jakości i ceny, podnosząc gastronomiczne standardy i ryzykując długofalowe konsekwencje „serowego zatuszenia”. Co więcej, algorytmy faworyzują komentarze, które inni komentujący chcieliby przeczytać – to jak z publicystyką polityczną – a zwłaszcza te najbardziej emocjonalne.
Nie powinno więc zaskakiwać, że przeglądając filmy poszczególnych influencerów, znajdziemy takie, gdzie dominują entuzjastyczne do granic możliwości pochwały, ale już pod materiałem dwa dni później rządził będzie hejt, od którego czytania robi się przykro nawet postronnym. Siłą rzeczy treści, które oglądają i komentują miliony, wpędzają twórców internetowych w cyfrową dwubiegunówkę – i konia z rzędem temu, kto zna sposób na uniknięcie wypalenia zawodowego, będąc wystawionym na wieloletnie próby dogodzenia wszystkim i zmuszonym do nieustannej „optymalizacji contentu”.
czytaj także
Wiem, co myśli wiele z was – to problemy małolackiego, pierwszego świata, a wy nie korzystacie nawet z TikToka. A jednak, w polskich szkołach tworzy się już nawet klasy dla influencerów. Nie tylko niepełnoletni widzą dla siebie zawodową szansę w zostaniu choćby średniej wielkości gwiazdą YouTube’a czy Instagrama. I jednocześnie na palcach jednej ręki można policzyć twórców i twórczynie, którym udało się przez wiele lat utrzymać wierną publikę i nie przypłacić tego krachem psychicznym, środowiskową anatemą czy groźbami od rozczarowanych ekswielbicieli.
Może takie nazwy jak Abstrachuje, 20 m2 Łukasza czy nicki antybohaterów Pandora Gate niewiele wam mówią, ale rośnie kolejne pokolenie ludzi wchodzących na rynek pracy bez wbitej do głowy świadomości, że uwaga i szacunek subskrybentów na pstrym koniu jeżdżą. Twórcy cyfrowi, zgodnie z duchem czasów biorący sprawy w swoje ręce, przez bardzo długi czas, często na zawsze, są sobie sterami, żaglami i okrętami – odpowiadają za księgowość, montaż materiałów, scenariusze, współprace, reklamy i występy przed kamerą – tylko po to, by pewnego dnia wystawić się na wściekły atak znudzonych na długiej przerwie nastolatków i przekreślić jednym niestworzonym pod masowego odbiorcę materiałem żmudnie budowaną pozycję i dorobek.
Ponad połowa nastolatków chce zostać influencerami
Książulo z pewnością coś o tym wie – w ubiegłym roku nagrał kawałek z wieloletnim kolegą z Bródna oraz popularnym wokalistą r’n’b Smolastym. Kilka miesięcy po premierze Masterszefa ten sam Smolasty odwołał występ z okazji Dnia Konstantynowa Łódzkiego, zwolnił ze sceny menedżera za zorganizowanie trasy koncertowej, podczas której grywał po kilka koncertów dziennie, by w końcu trafić do szpitala i odwołać całą trasę – nie mogąc jednocześnie liczyć na wyrozumiałość słuchaczy, którzy przy różnych okazjach, na żywo i w internecie, kazali mu „wypierdalać”.
W dyskusji wokół serialu Dojrzewanie przewijają się ciekawe wątki: czy wystarczy zabronić smartfonów w szkołach, żeby młodzi chłopcy przestali być mizoginami? Czy zakazanie Instagrama sprawi, że żadna dziewczynka nie zostanie zasztyletowana przez rówieśnika? Jednak wszystkie wiszące jak miecz Damoklesa zakazy i represje nie sprawiły do tej pory, że małolaty zamarzyły o „wzięciu się do uczciwej roboty” – nie pamiętam w ostatnich latach bodaj ani jednego badania nastolatków na temat ich zawodowych marzeń, z którego nie wynikałoby, że ponad połowa z nich chciałaby zostać influencerami.
Dziś, gdy Książulo wciąż jeszcze jest na topie i nie jest pogrążony w chronicznym lęku, który mógłby pozbawić go chęci do wychodzenia z łóżka, warto przyjrzeć się przypadkom jego, Wojka, pani Marii, Pastuta z Abstra czy Smolastego i zobaczyć na przykładzie cyfrowych platform, dokąd może prowadzić całkowita deregulacja. Niechęć do socjalnych zdobyczy ludzi pracy – prawa do urlopu, wypoczynku, opieki zdrowotnej, przewidywalności, emerytury – powinien zastąpić socjalistyczny zwrot. Zanim kolejki do pośredniaków zapełnią się tysiącami ludzi, którym YouTube, Instagram i X obiecały więcej, niż mogły dać, warto zastanowić się, jak zaaplikować skazanemu na dyktaturę ekranów społeczeństwu trochę lewactwa, luzu i solidarności.