Kraj

Korolczuk: 500 złotych to za mało

Państwa opiekuńczego nie będzie, będzie za to państwo prorodzinne?

Jakub Dymek: 500 złotych na dziecko to dobry pomysł?

Elżbieta Korolczuk: To zależy, z jakiej perspektywy. Każdą propozycję należy analizować pod względem celów, kosztów i długofalowego wpływu na relacje społeczne. Jeżeli program „Rodzina 500+” to część pewnej większej zmiany w obszarze polityki społecznej – dowartościowanie rodzin, które mają dzieci, ulżenie w kosztach ich wychowania – to jest to dobre rozwiązanie. Wiemy przecież, że w Polsce wiele osób odczuwa problemy finansowe z powodu wydatków związanych z wychowaniem, opieką zdrowotną i edukacją dzieci. Logika projektu może być więc taka, że dajemy rodzicom 500 czy 1000 złotych, i rodzice wydają te pieniądze na swoje dzieci – to proste.

Jednak osiągnięcie deklarowanych celów, czyli zwiększenia przyrostu naturalnego w Polsce, o czym jasno mówi uzasadnienie projektu ustawy, wcale takie proste nie będzie. Zakłada się, że dzięki temu projektowi urodzi się rocznie kilkadziesiąt tysięcy dzieci. Szczerze: myślę, że to bardzo wątpliwe. W Polsce są liczne bariery, które powstrzymują ludzi przed decyzją o posiadaniu dzieci, a te pieniądze wcale tych barier nie eliminują.

Bartosz Marczuk – zanim został sekretarzem stanu w Ministerstwie Rodziny, a był jeszcze publicystą „Wprost” – pisał, że „Rodzina 500+” to nie kilkadziesiąt, a ponad dwieście tysięcy nowych urodzeń.

[śmiech] Biorąc pod uwagę trendy demograficzne – w demografii patrzy się na trendy, a nie sam fakt czy w danym roku urodzi się o dwadzieścia tysięcy dzieci więcej lub mniej – nie ma podstaw, żeby twierdzić, że długofalowy spadek urodzin uda się zatrzymać bez kompleksowych zmian w szeroko rozumianej polityce społecznej. A taka polityka to nie tylko świadczenia wychowawcze, ale i rynek pracy, mieszkalnictwo, usługi publiczne itd.

W badaniach, które prowadzi GUS, Polki i Polacy wymieniają problemy materialne jako główną przyczynę tego, że nie zdecydowali się na dziecko. Jakie to problemy? Sytuacja mieszkaniowa i szeroko rozumiana niestabilność rynku pracy. Tych dwóch spraw dodatkowe pięćset złotych w portfelu nie załatwia. Pięćset złotych nie spowoduje, że rodzina, która nie ma wkładu własnego i zdolności kredytowej, nagle będzie mogła sprawić sobie mieszkanie. Ktoś, kto pracuje na umowie śmieciowej, nawet jeśli ma dostać pięćset czy tysiąc złotych, niekoniecznie od razu zdecyduje się na posiadanie trzeciego.

Dla wielu osób barierą są niestabilność zatrudnienia i niepewność perspektyw życiowych. Pięćset złotych to po prostu nie jest wystarczające zabezpieczenie.

Lepsze chyba takie wsparcie niż żadne. W Europie od dłuższego czasu mówi się o podstawowym dochodzie gwarantowanym – to może być w Polsce najlepsza możliwa alternatywa. Dochód gwarantowany ma gwarantować minimum życiowej stabilności, pięćset czy tysiąc złotych – choć tylko dla rodziców dwójki lub więcej dzieci – też powinno.

Tylko, że celem dochodu gwarantowanego nie jest podniesienie dzietności! A „Rodzina 500+”, jak twierdzi rząd, zwiększy dzietność. Tu mamy zasadniczą różnicę między deklarowanym celem a efektem. Jeśli zgodzimy się, że jedynym skutkiem programu ma być ulżenie obywatelom, którzy znajdują się na granicy biedy, może to zadziałać. Ale jeśli mówimy o zwiększeniu dzietności i zmianie długotrwałych trendów demograficznych, to nie mam wątpliwości, że ten program spodziewanych rezultatów nie przyniesie. Z celów, jakie sobie stawiał rząd, świetnie udało zrealizować się natomiast inny – propagandowy.

Jakie zatem rozwiązania dla, mówiąc biurokratycznym językiem, „poprawy sytuacji demograficznej kraju” byłyby skuteczniejsze niż program „Rodzina 500+”.

Ależ my doskonale wiemy, jakie rozwiązania są skuteczne. I rozmawiamy od tym od lat.

Weźmy pod uwagę dwa modele, o których mówi się w Europie: francuski i szwedzki. Środowiska konserwatywne podkreślają przede wszystkim sukcesy modelu francuskiego, który jest bardziej „familiarystyczny”. Francja stawia przede wszystkim na rodzinę, na transfery bezpośrednie w postaci zasiłków wychowawczych na dzieci – podobnie jak to jest w przypadku założeń projektu polskiego. Efekty tego podejścia są, owszem, bardzo dobre: poziom dzietności 2,01 w porównaniu do 1,6 dla całej Unii. Ale Francja przeznacza na te świadczenia blisko 4% PKB, dwukrotnie więcej niż Polska dziś. Okazuje się, że powoli Francję przestaje być na to stać – niedawno wprowadzono ograniczenia, określające górny próg dochodów, od którego nie przysługuje już wsparcie. Polscy konserwatyści zapominają też dodać, że Francja ma jeden z najwyższych współczynników aktywności zawodowej kobiet w Europie – sięga on 85%. A jest to możliwe dlatego, że oprócz świadczeń, naprawdę dobrze rozwinięty jest system opieki nad dziećmi – eksperci szacują, że brakuje od 300.000 do nawet 500.00 miejsc w żłobkach, ale już 99% procent dzieci powyżej trzeciego roku życia trafia do przedszkola. A sześciolatki idą do szkoły.

Drugi model, szwedzki, oparty na wspieraniu równości płci, też kosztuje niemało ale też jest skuteczny, jeśli chodzi o dzietność. O nim jednak środowiska konserwatywne jakoś dziwnie milczą, bo nie pasuje do wizji, w ramach której dzieckiem może się opiekować tylko matka, a rodzice zawsze „wolą”, by dziecko wychowywało się w domu, a nie w państwowej placówce opiekuńczej. W Szwecji zabezpieczono szeroki dostęp do usług opiekuńczych, już od najmłodszych lat obejmuje się dzieci opieką instytucjonalną, i to dobrej jakości, a jednocześnie stawia się na faktyczną równość – dba się o to, by w opiekę nad dziećmi byli zaangażowani zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Skądinąd wiadomo już z badań przeprowadzonych w całej Europie, i nie tylko, że więcej dzieci rodzą kobiety, które pracują – wbrew temu, co twierdzą konserwatyści.

Dlaczego tak jest?

Dlatego, że mają większą stabilność ekonomiczną, stać je na dzieci, a jeśli te mają zapewnioną opiekę instytucjonalną, to kobiety nie muszą brać na siebie całej odpowiedzialności i opieki przez nawet trzy lata. Efektem zepchnięcia całości obowiązków na kobiety jest często izolacja społeczna, i wypadnięcie z rynku pracy. A najbardziej mierzalnym skutkiem jest tak zwana „kara za macierzyństwo”, czyli policzalna suma pieniędzy, o jaką kobiety zarabiają mniej w wyniku tego, że spędzają dłuższy czas na urlopie macierzyńskim. Kobiety zdają sobie z tego sprawę i nie chcą rezygnować z kariery zawodowej, pracy, życia społecznego. Większość nie chce spędzać tak dużo czasu w domu i nie chce być jedyną osobą w rodzinie odpowiedzialną za opiekę – tego się konserwatystom już nie uda odwrócić. Nie jest możliwe „zagonienie kobiet z powrotem do domu”, nie można im już tego nakazać, mówiąc „drogie kobiety, przecież wy to kochacie!”. Owszem, są kobiety i mężczyźni, którzy kochają dzieci i chcą opiekować się nimi w domu jak najdłużej, większość jednak chce łączyć pracę w domu z pracą zawodową i chce takich rozwiązań, które umożliwią im normalne funkcjonowanie w społeczeństwie, także z dziećmi.

Rozmawiałem o tej sprawie także z Teresą Kapelą ze Związku Dużych Rodzin Trzy Plus i stawiałem podobne pytanie, o „karę o macierzyństwo” – brak możliwości rozwoju swoich kompetencji w pełnym zakresie, w edukacji i na rynku pracy, jeśli wykonuje się tylko pracę domową i pobiera świadczenia w trakcie długotrwałego urlopu. Usłyszałem od niej, że taka perspektywa, w której patrzy się na to jako na przede wszystkim problem, to wynik pewnego zbyt liberalnego, indywidualistycznego, spojrzenia. Ten wybór nie powinien być karany przez państwo, ale raczej wynagradzany. Okres spędzony w domu z dziećmi także jest okresem zdobywania niesłychanie ważnych i cennych kompetencji i umiejętności – mówiła.

I tutaj bym się zgodziła. Żyjemy w społeczeństwie, w którym nie ceni się opieki, nie tylko nad dzieckiem, ale drugim człowiekiem w ogóle. Ceni się tylko to, co jest opłacalne, co daje efekty wyrażające się w konkretnej sumie pieniędzy. W debatach publicznych opieka staje się kosztem. Nie mówi się, że opieka jest także wartością, jedną z podstaw naszego życia społecznego, daje możliwość zaspokojenia naszych najgłębszych potrzeb: bliskości, akceptacji, miłości. Każda i każdy z nas potrzebuje tego na jakimś etapie swojego życia, i większość kimś się też opiekuje, nie musi to być związane z macierzyństwem. Relacja opieki jest jedną z ludzkich potrzeb, i sytuacja, w której system społeczny nie bierze tego pod uwagę, jest sytuacją chorą. Na poziomie diagnozy, że neoliberalizm jest systemem, który nas pozbawia myślenia o opiece jako o wartości zgadzam się z Teresą Kapelą. Ten rodzaj indywidualizmu, który premiuje tylko możliwą do przeliczenia na pieniądze efektywność, jest na dłuższą metę nie do podtrzymania. Nie możemy funkcjonować tak dłużej, nie możemy twierdzić, że robienie pieniędzy jest jedynym sensownym celem życia.

Zapewne nie zgodziłabym się jednak z Teresą Kapelą w innym aspekcie – jak rozumiemy rodzinę i jak uzasadniamy nadawaną jej wartość.

Dla mnie rodzina to niekoniecznie heteroseksualna, patriarchalna, nuklearna relacja, której głównym celem jest posiadanie dzieci. Ważne są więzi – w tym relacja opieki – a opiekę można sprawować nie tylko nad dziećmi i nie tylko nad ludźmi, z którymi jesteśmy spokrewnieni.

To po pierwsze. Po drugie, konserwatyści nadają rodzinie wartość jako całości, podstawowej formie życia społecznego, opartej jednak na hierarchii i władzy. Dla mnie – znów – najważniejsza jest możliwość działania w sposób odpowiadający naszym potrzebom i ochrona praw każdej osoby, także w rodzinie.

Celem polityki państwa nie powinno być wspieranie tylko jednej formy życia rodzinnego z powodów ideologicznych. Kilka dni temu w wywiadzie dla prasy minister Rafalska przekonywała, że 500 zł na dziecko zwiększy ilość ślubów. bo partnerzy, z których każde ma dziecko z poprzedniego związku, nie będą traktowani przez państwo jak rodzina. Oznacza to, że jeśli – jako partnerzy – przekroczą próg dochodowy, nie dostaną nic. Ale jeśli będą po ślubie, załapią się na 500 zł na drugie dziecko. Nie sądzę, że państwo powinno zajmować się nakłanianiem ludzi do wzięcia ślubu. Jeśli już, powinno pozwolić im zawierać związki partnerskie. Wartością, jakiej powinniśmy strzec nie jest „rodzina”, ale równość. A to znaczy, że trzeba na przykład wspierać kobiety, które są dyskryminowane na rynku pracy bo mają dzieci, bądź rodziców, którzy są dyskryminowani pod względem dostępu do pewnych dóbr, czy w przestrzeni publicznej. Wystarczy realizować politykę równości dla wszystkich. Nie ma sensu podkreślanie, że rodzina jest najlepszą i najważniejszą formą, w jakiej musi spełnić się nasze życie – bo nie musi.

A co z tego sporu o wartości wynika dla sporu politycznego? Sprowadzając to do najprostszego sloganu: prawica chce wsparcia dla rodzin i lewica chce wsparcia dla rodzin, ale także rodzin LGBT. Ten postulat w Polsce na razie – i nic nie wskazuje, żeby się to miało zmienić – jest słabszy, a także napotyka na społeczny opór.

Czy rzeczywiście większość Polek i Polaków jest konserwatywna, to znaczy upiera się przy tym, że trzeba taką a nie inną formę rodziny utrzymać przy życiu za wszelką cenę? Mam wątpliwości, bo istnieje bardzo duży rozdźwięk między tym, co ludzie mówią, a tym, co robią. Żyjemy w kraju, w którym podtrzymuje się – choć już głównie przez Kościół i środowiska konserwatywne – mit „matki Polki”, a jednocześnie macierzyństwa się wcale nie ceni. Troska o matki ma w Polsce bardzo fasadowy charakter.

Ludzie deklarują, że chcą mieć dzieci, aborcja jest zakazana, utrudnia się dostęp do antykoncepcji – a i tak dzieci rodzi się mało.

Co więcej, bardzo ciekawe badania profesor Anny Titkow pokazały, że jeśli chodzi o emocjonalny wymiar naszego stosunku do posiadania dzieci, nie ma różnicy między tymi, którzy deklarują, że chcą mieć dzieci, a tymi, którzy tego nie chcą. To wskazuje, że za deklaracjami nie idą emocje – potwierdzają to też analizy prof. Aldony Żurek.

Mamy sytuację, w której cała debata o polityce społecznej jest zdominowana przez fetysz dzietności. Narracja pronatalistyczna całkowicie zdominowała publiczną dyskusję. Tak naprawdę, gdy spojrzymy na PO i PiS i ich motywacje, to nie widać żadnej różnicy. Logika jest podobna: „zróbmy coś, żeby rodziło się więcej dzieci, a przy okazji zarobimy kilka punktów procentowych w sondażach i pokażemy się jako obrońcy polskich rodzin”. Podejście pronatalistyczne jest głównym impulsem do rozwoju polityki społecznej, nie tylko w Polsce, bo państwu zależy zwykle, żeby mieć jak najwięcej obywateli i odpowiednią proporcje między zatrudnionymi a niezatrudnionymi. Ale jakie rozwiązania zostaną wprowadzone zależy od kultury politycznej, od tego, jakie siły są dominujące, jak elity rządzące postrzegają potrzeby społeczeństwa, jaki jest klimat dla prospołecznych zmian.

Co dostęp do aborcji i antykoncepcji ma wspólnego z dzietnością?

Konserwatyści myślą, że nie możemy wprowadzić prawa do przerywania ciąży, bo będzie rodzić się mniej dzieci. Ten lęk nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości, Szwecja jest najlepszym przykładem – aborcja jest legalna i dostępna od lat 70. i rodzi się tam znacznie więcej dzieci niż u nas. Zresztą dziś w Polsce też się ciąże przerywa. Nie ma bezpośredniego przełożenia – zakaz aborcji to mniej aborcji i więcej dzieci. Zakaz przerywania ciąży jest de facto nakazem skierowanym do kobiet, zmuszeniem ich do donoszenia ciąż, których nie chcą. A to się w żadnym systemie politycznym nie udało. Rumunia czasów Cuacsecsu jest tego dowodem. Warto o tym przypomnieć, bo właśnie takiego systemu chce np. pani Kaja Godek, to jest jej życiowy cel.

W Rumunii przez dziesiątki lat obowiązywały wyjątkowo restrykcyjne przepisy antyaborcyjne, włącznie z kontrolowaniem kobiet w zakładach pracy, czy są w ciąży, i wtrącaniem ich do więzienia, jeśli przerwą ciążę. Upokarzanie kobiet i cała machina Securitate, która była w to zaangażowana, masa wysiłku i pieniędzy – nic to nie dało. Kobiety były gotowe zaryzykować życie, żeby tylko nie donosić ciąży, której nie chciały, niektóre umierały, inne traciły zdrowie – relacje kobiet, które żyły w tych czasach przytaczane przez badaczkę Gal Kligman w książce Polityka obłudy są przerażające. Mimo, że zakazano też antykoncepcji i edukacji seksualnej, poziom dzietności w Rumunii na dłuższą metę nie wzrósł. Zakaz aborcji spowodował za to najwyższy w Europie wskaźnik śmiertelności kobiet w ciąży, drastyczny wzrost umieralności noworodków i przepełnione sierocińce. To pokazuje skalę pogardy wobec kobiet ze strony establishmentu politycznego, który mówi: „my zdecydujemy, czy będziecie rodzić, czy nie”. Ale kobiety i tak pokazują fuck you temu establishmentowi. Także w Polsce, gdzie trzeba wydać na to więcej pieniędzy albo wyjechać za granicę.

Zakaz aborcji to pokaz siły, próba wywarcia presji na kobiety, by miały więcej dzieci – ale dzietności to nie zwiększa.

Mamy problem z nadmierną ingerencją państwa?

To jeden z ciekawszych tematów polityki społecznej: ingerencja państwa w życie prywatne. Głównym hasłem konserwatystów jest nieingerowanie państwa w życie rodzinne. Mamy małżeństwo Elbanowskich, którzy mówią: „państwo nie powinno zmuszać naszych małych dzieciątek do chodzenia do szkoły”. Mamy bardzo silne ruchy antygenderowe, które mówią „niech nikt nie edukuje seksualnie moich dzieci, bo ja sobie tego nie życzę”. I w kółko: „państwo nie ma prawa, państwo nie ma prawa”. Ideałem jest państwo, które nie ma prawa ingerować w sprawy rodziny, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, gdzie kwitnie np. home schooling jako sposób na ograniczenie wpływu państwa na edukację dzieci.

A jednocześnie środowiska konserwatywne w Polsce, reprezentowane także przez panią Kapelę, mówią, że państwo powinno być opiekuńcze. W przeciwieństwie do konserwatystów amerykańskich, konserwatywne ruchy w Polsce uważają, że państwo powinno zapewnić: zasiłek, dobrej jakości opiekę instytucjonalną dla starszych dzieci, dostęp do usług publicznych, obniżone przez Kartę Dużej Rodziny ceny usług, odpisy podatkowe i mniejszy VAT.

Mamy tu do czynienia z oczywistą ambiwalencją w podejściu do państwa. Z jednej strony jawi się ono jako hegemon, który wkracza w sferę prywatną i pożera biedne dzieci, a z drugiej jest postulat, aby państwo było faktycznie opiekuńcze i by dawało rodzinom jak najwięcej.

Czy to musi się ze sobą kłócić?

Dla niektórych się to nie kłóci, to prawda. Ale jest tak także dlatego, że ta ambiwalencja w stosunku do państwa nie jest jasno wyrażona. A warto ją, moim zdaniem, wyrazić. Trzeba pokazać palcem i powiedzieć: „jeśli mamy mieć państwo, które ma być opiekunem, to trzeba mieć do niego zaufanie”. Musimy mieć wpływ na jego działanie, ale również zgadzać się na to, że państwo działa także w obszarze, który dotyczy naszej rodziny. Rodzina nie jest wyłączona z relacji z państwem. Nie funkcjonuje w zupełnie innym obszarze, to państwo powinno być obrońcą słabszych, których prawa są łamane właśnie w rodzinie: bitych żon czy molestowanych dzieci. Choć oczywiście państwo nigdy nie jest zupełnie neutralne. Państwu zawsze „o coś chodzi”. Nie jest dobrym wujkiem, który będzie nam coś podrzucał i nie jest też tylko skarbonką.

Jeśli ktoś chce kompleksowego wsparcia od państwa, ale odmawia mu jakiegokolwiek wpływu na sferę wychowywania dzieci i edukację, to mam dla takiej osoby złą wiadomość: nie da się takiego systemu stworzyć, on jest wewnętrznie sprzeczny. To pomysł absurdalny.

Ale ten absurd potem zbiera kilkaset tysięcy podpisów pod inicjatywą referendalną, a także posłuch polityków.

Do polityków zawsze najbardziej będzie trafiał prosty przekaz: „my reprezentujemy ludzi, którzy mają dzieci, więc macie nas traktować poważnie”. Dlatego, że ten przekaz w zasadzie odpowiada interesom państwa, czyli zwiększeniu dzietności. Ciekawe jednak, na ile siła pewnych ruchów społecznych odzwierciedla poglądy całego społeczeństwa i jakie elementy przekazu mają największą siłę rażenia. O wiele łatwiej jest ludzi zmobilizować przeciwko czemuś, na przykład pójściu dzieci do szkoły, ale sukces ruchu Elbanowskich jest także efektem ogólnej nieufności wobec państwa – to w Polsce jest ogromny problem, którego kolejne ekipy rządzące nie tylko nie rozwiązały, ale wręcz pogłębiły.

Jest też drugi aspekt tej mobilizacji czyli krytyka neoliberalnej logiki, w ramach której dzieci trzeba wysłać do szkoły jak najwcześniej, by weszły na rynek pracy i szybciej zaczęły pracować na nasze emerytury. Ten aspekt mobilizacji Elbanowskich umknął większość komentatorów, a sądzę że jest niezwykle ważny. W książce nad którą pracuję z prof. Katalin Fabian, a która poświęcona jest ruchom rodzicielskim w regionie, pokazujemy, że konserwatywne ruchy rodziców często łączą krytykę indywidualizmu i liberalizmu z krytyką neoliberalnej polityki społecznej. Oni postrzegają feminizm i gender jako zbrojne ramię neoliberalizmu, a państwo jako instytucję, która na siłę zmusza wszystkich do przyjęcia tego modelu.

Państwo jest złe, rozumiem. Ale czy „wszystkie rodziny to jedna rodzina”? Czyli: czy interesy zamożniejszych i mniej zamożnych rodziców są takie same, bo jedni i drudzy mają dzieci?

Nie mam jasnej odpowiedzi. W przypadku pewnych mechanizmów najlepiej sprawdzają się świadczenia uniwersalne. A w innych nie. Źle się dzieje natomiast wtedy, kiedy pewne narzędzia z dziedziny polityki społecznej stają się pomocą socjalną. Mamy dziś dużą grupę osób, które nie kwalifikują się ani do jednego, ani drugiego. Fundusz alimentacyjny jest tu dobrym przykładem: jest bardzo niskie kryterium dochodowe (725 zł na osobę w rodzinie) i sztywno określona, również bardzo niska górna granica wypłacanego przez Fundusz świadczenia (500 zł). Niby trafiamy do najbardziej potrzebujących, nie wspieramy bogatych, ale efektem jest sytuacja, w której kobiety zarabiające 1600 zł miesięcznie okazują się bogaczkami, które nie kwalifikują się do pomocy z Funduszu. Nie trzeba robić badań, żeby wiedzieć, że za 1600 czy nawet 2000 złotych trudno jest utrzymać się z dzieckiem. Mamy bardzo dużą grupę pracujących biednych – tych, którzy już się nie kwalifikują do wsparcia socjalnego, ale też nie wystarcza im na życie, na dobre życie na pewno. Oni są na ziemi niczyjej.

Może gdyby dostali dodatek rodzinny, pieniądze z Funduszu Alimentacyjnego i 500 złotych na dziecko – jakoś by dzięki temu dali radę. Tylko pojawia się pytanie: dlaczego pomagać tylko tym, którzy mają dzieci? A jeśli nawet, to co z emeryturą? Taki system będzie miał fatalne skutki społeczne. Kobiety – bo to one są w większości odbiorczyniami alimentów – nie chcą, by państwo w ten sposób im „pomagało”. Wolałyby móc pracować i żeby państwo zapewniało większą ściągalność alimentów.

Wprowadzenie progów powoduje, że pojawia się grupa osób karanych za pracę. Dla nich lepsza jest podwyżka zarobków, program mieszkań komunalnych a nie 500 czy nawet 1000 złotych.

Inna rzecz, to kwestia odpowiedzialności za budżet. W Szwecji też jest zasiłek bezpośredni na dziecko, to jest tysiąc koron, kwota porównywalna z naszym 500 złotych, ale w warunkach szwedzkich znikoma. Dostają te pieniądze wszyscy, to jest duże obciążenie dla budżetu, ale o ile się orientuję wielkiego pożytku z tego nie ma. Dla rodziców uboższych to jest oczywiście jakaś pomoc, ale wielu decyduje się w ogóle tych pieniędzy nie ruszać i przekazać je dziecku w charakterze wyprawki po osiemnastych urodzinach. Czy to ma wielki sens, jeżeli chodzi o poprawę dzietności albo jakości życia rodzin? Nie sądzę. Podobne pytania powinniśmy sobie zadawać w Polsce.

A czy w przypadku Polski może zadziałać taki paradoks towarzyszący opiekuńczemu konsensusowi: ludzie dopiero, kiedy im się polepsza, zaczynają wysuwać wobec państwa większe oczekiwania i opowiadają się za bardziej kompleksowym charakterem polityki socjalnej, nie zaś wtedy, kiedy jest naprawdę źle. Czy coś takiego może się wydarzyć po całej kadencji działania programu „Rodzina 500+”?

To bardzo ciekawe pytanie. Wydaje mi się, że oczekiwania już zostały rozbudzone. Ale czy to się przerodzi w możliwość prowadzenia długotrwałych działań? Szczerze wątpię.

O ruchach społecznych wiemy tyle, że powstają i mobilizują się nierzadko wokół pojedynczej kwestii – na przykład zablokowania reformy. Albo przywrócenia Funduszu Alimentacyjnego czy uwzględnienia tzw. matek pierwszego kwartału przy wydłużaniu urlopów rodzicielskich. To są rzeczy stosunkowo łatwe do załatwienia. Dużo trudniej jest ruchom społecznym wymusić długofalową zmianę systemową. Tak mógłby zadziałać sojusz feministek i umiarkowanych konserwatystów domagających się kompleksowej zmiany na rzecz docenienia opieki. Ale nie da się ukryć, że przez najbliższe przynajmniej cztery lata najlepszy dostęp do ucha decydentów będą miały tylko grupy konserwatywne…

…i Kościół?

I Kościół, choć akurat Kościół miał zawsze dostęp do ucha rządzących: lewicy, prawicy, populistów, nacjonalistów. „Rodzina 500+” może mieć efekt dalszego stymulowania już rozbudzonych oczekiwań, ale wątpię w możliwość głębszej zmiany, którą miałoby stymulować akurat wprowadzenie świadczenia wychowawczego. Wszystkie badania polskiego kontekstu – zwraca uwagę na to także raport NIK-u – wskazują, że działania w zakresie polityki społecznej są u nas wyrywkowe, punktowe, odbijające się od pomysłu do pomysłu. Między chwilowym zapałem i chęcią zrobienia czegoś już, od zaraz, do przemyślanej polityki jest długa droga. Jestem tu niestety pesymistką, choć wolałabym się mylić.

Ale jeśli to wszystko zebrać razem, co w dziedzinie polityki opiekuńczej i prorodzinnej zostawiła po sobie koalicja PO-PSL i co rząd PiS-u, zdaje się, będzie kontynuować, to jest tego całkiem niemało: urlopy rodzicielskie dla mam i ojców, które trzeba jakoś między rodziców dzielić i mają pewien równościowy wymiar; zasiłek rodzicielski „Kosiniakowe” dla niezatrudnionych lub niepłacących dotychczas składek ubezpieczeniowych; a do tego oskładkowanie umów zleceń, program „Praca dla młodych”; i jeszcze w perspektywie 500 złotych. Albo jakaś liberalna władza będzie chciała zabrać się za demontaż tego, albo trzeba będzie to zostawić i dalej ten pakiet rozszerzać, czy nie tak?

Tak, w wielu obszarach są zmiany na lepsze. Jeśli jednak spojrzymy na to z perspektywy ostatnich 25 lat, to zauważymy, że te zmiany są bardzo niestabilne. Jeden rząd coś wydłuża, drugi skraca; jedni rozpoczynają, a drudzy wygaszają. Dorota Szelewa, która analizowała politykę prorodzinną w Polsce pokazała, mówi np. że odtrąbione jako pozytywna zmiana wydłużenie w 2014 urlopu rodzicielskiego (a tak naprawdę macierzyńskiego) do 26 tygodni jest powrotem do tego, co już było w 2001!

Jeśli opieka nad dzieckiem trwa, dajmy na to, 18 lat, to właściwie wszystkie te pomysły okazują się w tej perspektywie nietrwałe. Posunięcia rządu dziś są o tyle bardziej racjonalne, że rzeczywiście jest łatwiej namówić do posiadania drugiego lub trzeciego dziecka kogoś, kto już się na dziecko zdecydował. Ale osób, które w ogóle nie mają dzieci jest coraz więcej.

A co stanie się za cztery lata i później? Można mieć nadzieję, że pod względem polityki społecznej i rodzicielskiej sytuacja się nie pogorszy. Pytanie jednak, co będzie, kiedy zwiększy się nierównowaga między planowanymi wydatkami a planowanymi wpływami. Może okazać się, że aby starczyło na program „Rodzina 500+”, trzeba będzie ciąć w obszarze polityki społecznej gdzie indziej. Tak się zazwyczaj dzieje, gdy nie ma długofalowego planu. Mamy na przykład ogromny, zupełnie nierozwiązany, problem opieki nad osobami starszymi i niesamodzielnymi. Zaraz się okaże, że na to nie ma kasy – i co wtedy?

Z praktyki wiemy, że tnie się tam, gdzie jest „cicho”. Łatwiej jest zabrać coś samotnym matkom – Fundusz Alimentacyjny właśnie – albo polikwidować szkoły na prowincji, bo wtedy niekoniecznie grupy dotknięte tymi cięciami będą w stanie zmobilizować się i wywrzeć presję na rządzących.

Efekty mogą być właśnie takie. A ten pozytywny efekt 500 złotych, zwiększanie transferów, dodatkowo wyciągnie kobiety z rynku pracy. Co wpływów do budżetu raczej nie zwiększy. I znów pytanie o emerytury – Instytut Spraw Publicznych podał niedawno, że w 2014 r. najwięcej kobiet w Polsce otrzymywało emeryturę w wysokości 1400 zł, a w przypadku mężczyzn było to o prawie 500 zł więcej. Jeśli kobiety zrezygnują z pracy, bo nie będzie się ona opłacać, to będzie jeszcze gorzej.

Czyli państwa opiekuńczego nie będzie, będzie państwo prorodzinne?

Tak wygląda „familiarystyczna” polityka społeczna państwa: prywatyzuje się opiekę instytucjonalną i obciąża kobiety opieką, łatając to transferami bezpośrednimi Czym innym jest model państwa równościowego, w którym mamy pewne prawa socjalne, po prostu dlatego, że jesteśmy ludźmi, a nie dlatego, że dostarczamy państwu nowych płatników ZUS.

Dokonuje się „neoliberalizacja obywatelstwa”, to znaczy, że nasze prawa zależą coraz bardziej od tego, na ile jesteśmy użyteczni dla państwa i rynku. Produkujesz dzieci – jesteś użyteczny, masz prawa, dostajesz zasiłki.

Jeśli pracujesz, oczywiście też. Ale jeśli jesteś bezrobotny, bezdzietny, wypadasz z obiegu zainteresowania i państwa, i rynku, to możesz liczyć tylko na rodzinę. Do tego także służy to całe wzmacnianie rodziny.

Żeby wszystko sprywatyzować?

Tak, żeby państwo nie musiało się opieką i pomocą przejmować.

***

dr Elżbieta Korolczuk socjolożka, kulturoznawczyni i aktywistka. Pracuje na Uniwersytecie Södertörn w Sztokhomie. Redaktorka i współautorka z Renatą E. Hryciuk książek Pożegnanie z Matką Polką? Dyskursy, praktyki i reprezentacje macierzyństwa we współczesnej Polsce i Niebezpieczne związki. Macierzyństwo, ojcostwo i polityka.

W semestrze letnim Elżbieta Korolczuk poprowadzi seminarium Rodzicielstwo i polityka w Instytucie Studiów Zaawansowanych. Zapisy trwają do 7 lutego. Zapraszamy!

 

**Dziennik Opinii nr 29/2016 (1179)

Bio

Jakub Dymek

| publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.