Kraj

Gross: Kaczyński jest psujem

gross

PiS przywołuje nazistowską przeszłość Niemiec. I słusznie. Lata 30. w Niemczech pokazują, jak kruchym tworem jest demokracja.

Głosy krytyki pisowskiej „dobrej zmiany”, pojawiające się w prasie różnych krajów demokracji zachodnich, spotkały się z charakterystycznym odporem obozu rządzącego w Polsce – „nie będą nas Niemcy uczyć demokracji”. Powtarzając zgodnym chórem tę myśl – Krystyna Pawłowicz, Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro i rozliczni „niepokorni” dziennikarze – powielają kłamliwą insynuację, jakoby tylko w Niemczech atak PiSu na demokrację w Polsce wywołał protesty. W ten sposób, przywołując w pamięci zbiorowej Polaków zakałę nazizmu – Niemcy, wiadomo, wybrali sobie Hitlera do władzy no i też wiadomo, co z tego, szczególnie dla Polski, wynikło – usiłują w charakterystyczny dla siebie sposób, przez insynuację właśnie, zdyskredytować krajową opozycję. No ale wbrew własnym intencjom i zgodnie z zasadą, że „na złodzieju czapka gore” – zwracając uwagę na związek między władzą Hitlera w Niemczech (do której doszedł za pomocą poparcia względnej większości elektoratu w wolnych wyborach na początku lat 30.), a sytuacją w Polsce po PiSowskim podwójnym zwycięstwie wyborczym 10 maja i 25 października ubiegłego roku – bezwiednie ujawniają bardzo ważną prawdę o sobie samych.

I mają zupełną rację. Podczas gdy rzeczywiście Polacy nie mają powodu uczyć się od Niemców demokracji – Niemcy są do tego niepotrzebni, w zupełności wystarczy, żeby polscy politycy zaczęli stosować postanowień polskiej konstytucji, a demokracja w Polsce będzie się miała znakomicie – nazistowska przeszłość Niemiec słusznie została przywołana przez PiS jako przestroga dla Polaków w zaistniałej obecnie sytuacji. Lata 30. w Niemczech pokazują, jak kruchym tworem jest ustrój demokratyczny i tego właśnie Polacy powinni się teraz na gwałt od Niemców uczyć.

Historia Niemiec uczy, że przeciwnicy demokracji mogą dojść do władzy w demokratyczny sposób i w mgnieniu oka zniszczyć ją od środka.

Hitler został kanclerzem Rzeszy 30 stycznia 1933 roku, a 14 lipca 1933 nazistowska NSDAP była już jedyną legalną partią polityczną w Niemczech.

Kaczyński wraz z innymi politykami PiSu, podobnie jak NSDAP w latach poprzedzających objęcie urzędu kanclerza przez Adolfa Hitlera, był otwartym przeciwnikiem demokracji i usilnie delegitymizował instytucje demokratycznego państwa przez kilka lat zanim doszedł do władzy. Wyborcy PiSu – 19% Polaków uprawnionych do głosowania w 2015 roku – zapewne po części te przekonania podzielali, a po części w decydującym momencie, pod zasłoną Dudy i Szydło, nie zwrócili na nie uwagi.

Czy należy z tego wnioskować, że Kaczyński uprawia faszyzm? To byłby oczywiście „kaczyński faszyzm” – swoisty i różny od hitlerowskiej wersji zaprowadzonej w Niemczech. Ale faszyzmy mają to do siebie, że są swoiste i różnią się od siebie będąc przejawami nacjonalistycznego – a więc unikalnego dla każdego narodu – wzmożenia. W porównaniu z faszyzmem Hitlera faszyzm Kaczyńskiego byłby na pewno wykastrowany – przede wszystkim o bojówki bijące i mordujące przeciwników politycznych w procesie dochodzenia do władzy. Obcy jest również Kaczyńskiemu histeryczny antysemityzm. Chociaż, jak słyszeliśmy z jego własnych ust, przeciwników politycznych nie lubi w trochę podobny sposób, tzn. jako podludzi gorszego sortu z genetycznym felerem i, jeśliby zgeneralizować jego refleksje na temat uchodźców, być może nawet roznoszących choroby zakaźne.

Pomimo tych rozlicznych analogii nie nazwałbym Kaczyńskiego faszystą. Moim zdaniem lepiej pasuje do niego określenie psuj. Kaczyński potrafi bardzo skutecznie psuć i tym się zajmuje najchętniej.

Kaczyńskim powodują resentymenty, podejrzliwość, pretensje do świata i otoczenia, i lepiej niż ktokolwiek inny w polskiej polityce potrafi przyciągać do siebie ludzi rozgoryczonych, którym się nie udało. W życiu publicznym zajmuje się przede wszystkim niszczeniem ludzi i instytucji. I na tym polu ma osiągnięcia nie lada – delegitymizację instytucji państwa demokratycznego, o której była mowa. Po uzyskaniu przez niego (niemal) monopolu władzy psucie państwa w ramach „dobrej zmiany” ruszyło już na całego. Czy można było sobie wyobrazić, że w ciągu dwóch miesięcy uda się zepsuć opinię Polski w świecie tak gruntownie, jak to zrobił Kaczyński?

Jak wiele osób już pisało, nie ma żadnej doktryny kaczyzmu w sensie pozytywnego programu na przyszłość oprócz prostej zasady, że prezes chciałby całą władzę mieć w swoim ręku. Ale skoro nie ma programu na przyszłość, to po co mu ta władza? Głupie pytanie, przecież zupełnie wystarczy, że nie będzie jej miał kto inny. Człowiek – pewien specjalny gatunek człowieka, którego ciągnie do władzy ponad wszystko – czuje się w ten sposób całkiem usatysfakcjonowany. Ale, że ludzie w pewnym wieku – szczególnie ludzie ambitni, do których z pewnością Kaczyński należy – zastanawiają się, co po nich zostanie, należy mu współczuć chwili, kiedy przyjdzie na niego ten moment autorefleksji.

No bo jaki jest dorobek życiowy Wielkiego Stratega? Jego dzieło w czym się wyraża najpełniej? Na moje oko jedyne, co potrafił skonstruować od początku zaistnienia w polityce, to instrument destrukcji państwa demokratycznego w zamian za rozdawnictwo posad posłusznym akolitom – no bo tylko temu przecież służy PiS. Czy z takim dorobkiem wchodzi się w ogóle na karty historii Polski? Kiedy prezes to sobie uświadomi, zrobi się bardzo zły i zacznie szukać kolejnych kozłów ofiarnych: „układ”, WSI, przystawki, Premier i Prezydent Rzeczpospolitej, Wałęsa, Tusk, Komorowski, Konstytucja, postkomuna, Trybunał Konstytucyjny, służba cywilna, Niemcy…, kto następny?

Najbliższe cztery lata będą trudne dla społeczeństwa przyzwyczajonego przez ćwierć wieku do korzystania z wolności, tolerancji i rosnącego dobrobytu. Mając za sobą okres najwspanialszej we współczesnej historii koniunktury politycznej i gospodarczej – poprzedzonej dwustuletnią historią wojen, rozbiorów i dyktatur różnej maści – Polska stanęła dzisiaj na progu katastrofy nie za sprawą zbiegów okoliczności od niej niezależnych; nie dlatego, że sprzysięgli się przeciwko Polsce potężniejsi sąsiedzi; nie dlatego, że otoczenie międzynarodowe zatruwa życie publiczne Rzeczpospolitej, ani dlatego, że wpływy ekonomiczne z zagranicy rujnują polską gospodarkę.

To przygnębiające, że Polacy na własne życzenie zafundowali sobie dzisiejsze zmartwienia, ale zarazem i pocieszające, bo oznacza, że nie ma żadnych zewnętrznych, niezależnych od woli Polaków względów, dla których tej sytuacji nie można by zmienić.

Jedyną korzyścią jaką ewentualnie da się wynieść z lat pod rządami PiSu niech będzie nauczka, żeby nie oddawać już więcej psujom Polski do zabawy.

***

Jan Tomasz Gross – socjolog i historyk, specjalizujący się w europejskiej historii XX wieku i historii zagłady Żydów. Profesor wydziału historii Uniwersytetu Princeton.

**Dziennik Opinii nr 18/2016 (1168)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.