Kraj

Zastaliśmy Polskę betonową, a zostawimy słomianą

Pewien francuski architekt-wynalazca chciał znaleźć rozwiązanie na kryzys mieszkalnictwa, który dotknął kraj po I wojnie. Zbudował prototypowy dom i zaproponował władzom wykorzystanie swojego projektu. Wśród decydentów pojawiło się jednak pytanie: kto na tym zarobi? No i doszli do wniosku, że nikt. Ludzie mają słomę na polu i mogliby po prostu zbudować sobie domy z tego, co mają.

Jaś Kapela: Co jest nie tak z budownictwem, że potrzebujemy nowego − ekologicznego?

Przemek Woś: Produkcja i eksploatacja budynku powoduje dużo odpadów i zanieczyszczeń oraz pochłania masę energii. W związku z tym jako architekci projektujący domy naturalne skupiamy się na budowaniu domów czy innych budynków, które zużywają mniej energii w całym cyklu ich życia.

To się udaje? Czytałem historię osiedla BedZED w Londynie, które miało być super high-tech i ekologiczne, ale ze zrobionych później badań wynikało, że ślad węglowy jego mieszkańców jest tylko minimalnie mniejszy niż w przypadku zwykłego osiedla w okolicy.

W cyklu całego życia osiedla prawdopodobnie tak. Te wysokie technologie są kosztowne, trzeba je wyprodukować, serwisować i utylizować. Na tym polega, z tego, co wiem, kontrowersja dotycząca tego osiedla. To jak z LED-ami, skoro zużywają mniej energii, to używamy ich więcej, niż potrzebujemy. Wychodzi na to samo. A my szukamy takich rozwiązań, żeby tej energii zużywać mniej, mniej konsumować, mniej produkować.

Tylko najpierw trzeba mieć dużo pieniędzy…

Tak i nie. Pracujemy nad tym, żeby to osiągnąć środkami, które pochłaniają mniej energii przy produkcji, powodują też mniej odpadów po okresie zużycia budynku i kosztują tyle, co obecne, trujące rozwiązania. Wszystkie konwencjonalne materiały, czyli beton i styropian, to są odpady, których nie da się przetworzyć. Albo przetwarzanie ich jest tak drogie, że nikt się tego nie podejmuje.

 Beton zostaje na zawsze?

Są metody, żeby go przetwarzać, ale trzeba włożyć sporo energii, żeby go skruszyć i ponownie użyć. My natomiast dążymy do budowania z takich materiałów, których produkcja nie wymaga dużej emisji dwutlenku węgla.

 Czyli jakich?

Głównie pochodzenia biologicznego, które CO2 pochłaniają, czyli na przykład słoma albo konopie. Kiedy rosną, magazynują węgiel z powietrza i ich przetworzenie jest bardzo niskie. Słoma w ogóle obecnie jest odpadem, więc tym bardziej uzasadnia to używanie jej do procesu budowlanego. Są szacunki, jakie zapotrzebowanie byłoby, gdyby wszystkie nowo budowane budynki miały mieć izolację termiczną ze słomy. To pochłonęłoby mniej więcej 5% produkcji słomy w Polsce. Podobnie jest we Francji, bo tam są analogiczne analizy.

Czyli wszystkie domy mogą być ze słomy?

Tak. A to by i tak zużywało bardzo niewielką część jej produkcji…

To czemu się tego nie robi?

Pomysł na technologię budowania ze słomy, dokładnie taką, jakiej używamy teraz, narodził się po I wojnie światowej we Francji. Pewien francuski architekt-wynalazca chciał znaleźć rozwiązanie na kryzys mieszkalnictwa, który dotknął kraj po wojnie. Zbudował prototypowy dom oparty na tej technologii i zaproponował władzom wykorzystanie swojego projektu. Wśród decydentów pojawiło się jednak pytanie: kto na tym zarobi? No i doszli do wniosku, że nikt. Ludzie mają słomę na polu i mogliby po prostu zbudować sobie domy z tego, co mają, więc żadna duża firma na tym nie skorzysta. Żaden producent.

Indywidualizacja winy za katastrofę klimatu – jeszcze większe świństwo niż myślisz

Skończyło się na tym, że projekt ogóle nie był rozwijany. Facet wybudował dwa takie domy i koniec tematu. Kilka lat temu odwiedziliśmy jeden z nich. Ten dom ma już sto lat, niedawno przejęło go francuskie stowarzyszenie budownictwa słomianego i zrobiło centrum szkoleniowe. Widok stuletniego domu wybudowanego ze słomy, tak jak projektujemy to dziś, robi wrażenie. Jest dowodem na trwałość i skuteczność tej technologii. Temat wrócił w latach 80. We Francji są już teraz budowane ze słomy budynki użyteczności publicznej, szkoły…

Można zbudować biurowiec ze słomy?

Borys Lewandowski: Są już takie wieżowce budowane, w których można stosować słomę czy konopie jako izolację.

PW: Biurowce są, tylko kilkukondygnacyjne (2–6 pięter). Wysokich wieżowców ze słomą jeszcze nie widziałem. W takich budynkach na razie renesans przeżywa drewno. Słoma przyjdzie z czasem.

Rozumiem, że nie z samej słomy są te domy budowane?

PW: Konstrukcja jest drewniana, a ściany z prefabrykatów, czyli słoma w skrzynkach. Z zewnątrz mamy na przykład ceramikę, jak dachówki, ale może być drewno, stal, tynk. Są oczywiście stosowane na przykład folie paroizolacyjne lub przeciwwodne, ale udział materiałów wysoce przetworzonych jest tak zminimalizowany, że koszt energetyczny wybudowania tego budynku jest bardzo nieduży. Jest też sporo różnych urządzeń, które obniżają koszt eksploatacji. Efekt jest fantastyczny. Moi koledzy spotkali panią, która mieszka na takim osiedlu wybudowanym ze słomy. Twierdziła, że płaci za energię poniżej 7 euro miesięcznie. Oczywiście jest zachwycona, bo jest na emeryturze i dzięki temu żyje jej się dużo lepiej.

Czas, by prawo zaczęło ścigać ekobójstwo

Teraz mamy głównie monouprawy, więc ktoś mógłby na tej sprzedaży słomy zarabiać…

PW: Tak, z tym że rynek budowlany został już zdominowany przez producentów materiałów konwencjonalnych.

Jak to wygląda, jeśli chodzi o koszty budowy? Podobne jak w przypadku budownictwa konwencjonalnego czy można zbudować taniej?

PW: W Polsce dobrze jest zakładać, że koszty są takie same. We Francji bywa już taniej. Wyjaśnię na przykładzie jednego przedszkola pod Paryżem. Architektom zależało, żeby inwestycja stanowiła też duży projekt społeczny. To znaczy, żeby na przykład jak najwięcej potrzebnych materiałów możliwych było do pozyskania lokalnie. Na te, które trzeba było sprowadzić, zorganizowano przetargi. Firma z Austrii, której oferta była najtańsza, musiała zrobić na miejscu szkolenia dla bezrobotnych i podwyższania kwalifikacji dla pracowników. Do budowy włączeni zostali też okoliczni mieszkańcy, a także dzieciaki z innych przedszkoli do dekoracji nowego miejsca dla rówieśników.

Społeczność sama budowała to przedszkole?

PW: Nie. Sam budynek jest zbudowany przez firmy budowlane. Ale można budować i przy okazji uczyć, robić szkolenia, prowadzić programy angażujące okolicznych mieszkańców. Przedszkole ma też zielony dach, na którym jest ogród, rosną warzywa i owoce. W łazienkach są mozaiki, które układały dzieci. Oczywiście organizacja wymagała sporo czasu, ale i tak wyszło taniej niż zbudowanie przedszkola w technologii konwencjonalnej. Lokalne władze są bardzo entuzjastycznie nastawione do następnych takich inwestycji.

Dlaczego w Polsce ceny tej technologii są porównywalne z ceną konwencjonalnej, skoro mamy tyle słomy?

PW: W przypadku budynków jednorodzinnych jest taniej, dlatego że sam materiał jest tańszy, bo rośnie sobie na polu. Niestety jego obróbka jest droższa, bo trzeba włożyć w to więcej pracy. Jest to prosta, fajna praca, ale jest jej więcej. Trzeba wkładać słomę w ścianę i tam ją upychać, strzyc. Stąd ostatecznie koszta są podobne. W budownictwie konwencjonalnym materiały są droższe, ale szybciej się je stosuje, więc te ceny się wyrównują.

Polska wybetonowana od morza do Czech

BL: Jest kilka czynników, które wpływają na dostępność technologii, na jej popularność i cenę. Sam koszt pozyskania materiałów to tylko mała część kosztu budowy. Słoma jest tania, ale cement też jest tani. Dlaczego cement jest taki tani? Bo energia jest tania. Tak samo stal jest tania, bo energia jest tania, i pozyskiwanie rud jest tanie, bo koszty środowiskowe procesu wydobycia są uzewnętrznione, to znaczy nie producent je ponosi, tylko środowisko i społeczeństwo. Druga sprawa to popularność danej technologii. Wiele procesów produkcyjnych w przemyśle jest takich, bo są linie produkcyjne przystosowane do produkcji na przykład danego rodzaju baterii litowo-jonowych. Te materiały mogłyby być spokojnie zastąpione glinem i grafenem, ale w tej chwili większość linii produkcyjnych jest przystosowana do litu. Żeby wprowadzić nową linię, trzeba założyć nową fabrykę, z zupełnie nowymi urządzeniami. Inwestor, który się na to zdecyduje, będzie pionierem, w związku z czym ponosi pełne ryzyko i koszty z tym związane. Pewne rzeczy w przemyśle zatem są, jakie są, bo takie są. Żeby to zmienić, trzeba dość dużo determinacji i gotowości poniesienia ryzyka.

Energia będzie drożeć…

BL: W pewnym momencie technologia oparta na materiałach, które są lokalne, odnawialne, nisko przetworzone i kompostowalne, będzie wymuszona cenami energii i regulacjami środowiskowymi. Natomiast my już teraz musimy zacząć rozwijać te technologie, aby decydenci mogli zobaczyć, że to jest realne, opłacalne i społeczeństwo nie musi się tego bać.

Rozumiem, że są też problemy prawne z budowaniem ze słomy?

BL: Tak. W Polsce jest problem z certyfikacją. To znaczy w przypadku domów jednorodzinnych wszystko jest fajnie. Natomiast gdy pojawia się w procesie budowlanym trzecia strona, czyli deweloper, który buduje budynek użyteczności publicznej albo mieszkaniówkę dla swoich klientów, to zaczyna się pojawiać problem certyfikacji. Problem jest teoretyczny i osadzony wyłącznie w dzisiejszych realiach, dlatego że mało jest certyfikowanych materiałów ze słomy, drewna i konopi. Musi się pojawić producent, który zobaczy, że jest dla niego opłacalne wykonać taki produkt, który jest certyfikowany. Czyli wprowadzić normy jakościowe.

Nie ma w Polsce żadnych producentów słomy?

PW: Praktycznie nie. Znamy jednego producenta w Polsce, który wymyślił, że będzie używał rozdrobnioną słomę wdmuchiwaną w ścianę, bo wtedy łatwiej o stałe parametry i łatwiejszy jest proces przemysłowy, i certyfikował tę technologię. Ale odkryliśmy to dwa miesiące temu.

BL: Kolejny czynnik wpływający na cenę to popularność danej technologii. Na rynku budowlanym każdy wykonawca potrafi wykonać ścianę z betonu. Ma zbrojarzy i ekipy wykonujące szalunki. Korzystanie z nich jest łatwiejsze i tańsze niż szukanie ekipy, jednej z pięciu lub ośmiu w Polsce, która potrafi budować ze słomy i z konopi. Akurat beton konopny to technologia, którą łatwo uprzemysłowić, dlatego że jest bardzo podobna do betonu. W betonie mamy piasek, kruszywo, cement i wodę. Tutaj mamy konopie, wapno i wodę, więc również można układać w szalunek lub bloczki. Jest to mieszanka, którą też można certyfikować, tylko musi powstać zakład, który się na to zdecyduje.

Husson: Postęp jest wtedy, gdy rynek się kurczy, a nie rozszerza [rozmowa]

PW: We Włoszech deweloperzy coraz częściej stosują izolację z konopi. Natryskują ją na ściany zewnętrzne. I to działa.

We Włoszech mają więcej konopi niż w Polsce?

PW: Nie mam informacji o tym, jednak deweloperzy zauważyli potencjał i włączyli tę technologię do swoich działań wcześniej niż tutaj. Jesteśmy trochę do tyłu w kwestii rozwoju i obowiązującego u nas prawa.

Mamy dużo słomy, dużo drewna, musimy budować dużo mieszkań. Jak dla mnie to Mieszkania+ mogą być ze słomy i drewna, bo czemu nie?

PW: To nie są decyzje podejmowane pod kątem potrzeb społeczeństwa. Nawiązując chociażby do 13 pięter Filipa Springera, to są często decyzje polityczno-ekonomiczne, a nie dla zysku społeczeństwa. Wiele programów społecznych, dofinansowań na mieszkalnictwo, jest rozwijanych pod zysk deweloperów. Wraz ze wzrostem świadomości ludzi trend stosowania rozwiązań bardziej ekologicznych się zwiększa, również u deweloperów na wolnym rynku, ale wolniej, niż to jest konieczne.

BL: Nie jest tak, że tego typu transformacja w budownictwie w Polsce jeszcze nie miała precedensu. Coś podobnego wydarzyło się w latach 90., kiedy wprowadziliśmy wymagania dotyczące efektywności energetycznej dla budynków. Pierwsze rozporządzenie tego typu pojawiło się w 1994 r., kiedy na Zachodzie efektywność energetyczna była już istotnym parametrem budynków. Od tamtego czasu widzimy dużą zmianę w budownictwie. Wszystkie nowe budynki są docieplone, mają określoną górną granicę zużycia energii na metr kwadratowy na rok.

Jak wspólnie możemy ocalić nasz świat (i dlaczego to się nie uda)

Ale szybko się okazało, że ludzie w nowym budownictwie naprawdę płacą niższe rachunki, więc najpierw wspólnoty, a potem indywidualni właściciele budynków zaczęli je docieplać. Wyglądało to bardzo różnie, zaczęliśmy w latach 90. troszeczkę eksperymentować i popełniono dużo błędów. Przy każdej transformacji te błędy są popełniane, ale po to jest Instytut Technik Budowlanych, Stowarzyszenie Architektów Polskich i inne instytucje, żeby normalizować te technologie. W tym momencie, według mnie, jest bardzo łatwo wymusić taką transformację na budownictwo naturalne.

Jak?

BL: Wystarczy w rozporządzeniu ministra infrastruktury w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie, zmienić wymagania efektywności energetycznej. Obecnie obowiązuje wymaganie dotyczące maksymalnej nieodnawialnej energii pierwotnej potrzebnej do zasilania budynku, w kWh/m2/rok . Nieodnawialnej energii pierwotnej, czyli takiej, którą trzeba wydobyć z ziemi w postaci węgla, gazu, ropy, spalić i dostarczyć do budynku, żeby zaspokoić jego potrzeby energetyczne. Ten parametr można prostym zapisem zamienić na efektywność węglową, czyli ilość węgla wyemitowanego do atmosfery w trakcie całego cyklu życia budynku.

PW: Teraz zwracamy uwagę tylko na eksploatację budynku w skali roku, ale nie zwracamy uwagi na zużycie energii potrzebnej do wyprodukowania budynku i tego, co się dzieje z materiałami po okresie użytkowania.

Zenon Kruczyński: Za zło czynione przyrodzie przyjdzie w końcu zapłacić

Ale są przecież przepisy unijne, że do 2020 nowe budynki mają być prawie zeroemisyjne.

PW: Te wymagania rosną co 2–3 lata. W 2021 r. obowiązujące normy się znowu zaostrzą. W efekcie budynki muszą mieć więcej izolacji, lepsze okna albo inne technologie stosowane wewnątrz, jak pompy ciepła czy rekuperacja, żeby zużywały mniej energii.

BL: Każdy kraj samodzielnie definiuje, co znaczy „prawie zeroemisyjny”. W Polsce to jest 70 kWh/m2/rok. Dodatkowo w budynkach administracji publicznej i sądów wskaźnik ten będzie obowiązywał od 2020 roku. One mają rolę wiodącą w tej zmianie, dlatego dla nich wymagania są wprowadzone wcześniej.

PW: Tylko że są to przepisy, które dotyczą nowo wybudowanych budynków, a problem jest w tych, które już istnieją.

BL: W ciągu ostatnich 30 lat w Warszawie procent nowo wybudowanych budynków wynosi około 40. To znaczy, że ta zmiana przepisów właściwie nie przyczyniła się do zmniejszenia zużycia energii przez budynki, a tylko spowolniła jego wzrost. Więcej zmienił fakt, że przepisy naprawdę działają. Ludzie zobaczyli, że efektywność energetyczna jest opłacalna.

Co z tymi budynkami, które już istnieją? Co zrobić, żeby były ekologiczne? Można ocieplić je wszystkie słomą?

PW: Słomą pewnie nie wszystkie. Były jakieś próby używania w Polsce słomy do ocieplania budynków poza miastem, na wsiach i w małych miasteczkach. Ale bez większych sukcesów. Jest mała grupka osób, która próbuje przepychać te projekty, jednak nie uzyskują one poparcia władz lokalnych. Fajny jest przykład Belgii, gdzie nowsze budynki izoluje się słomą, bo ona jest mniej plastyczna, w kostkach, i łatwo się ją stosuje w prostokątnych domach. Starsze budynki, na przykład zabytki, izolowane są konopiami, bo jest to bardziej plastyczny materiał. W Polsce problem izolacji jest rozwiązywany styropianem. Jeśli gdzieś widzę miejsce dla materiałów ropopochodnych, to właśnie w dociepleniach istniejących budynków zabytkowych, które trudno docieplić bez zmiany charakteru elewacji.

Poza miastem jest łatwiej?

PW: Oczywiście. Dużo łatwiej wybudować nowy dom z materiałów ekologicznych, niż adaptować stare budynki.

I to się dzieje?

PW: Na razie jest kilkaset takich realizacji w Polsce, ale zainteresowanie jest na tyle duże, że nie jesteśmy w stanie obsłużyć wszystkich chętnych, którzy się do nas zgłaszają po projekt.

Zastaliście Polskę murowaną, a zostawicie słomianą?

PW: (śmiech) Chcielibyśmy.

BL: Zbudować państwo ze słomy (śmiech).

W budowaniu ze słomy interesuje mnie też aspekt wspólnotowy, ludzie sobie pomagają budować te domy…

PW: W Polsce nikt nie ma czasu, żeby przez pół roku zostawić wszystko i ugniatać słomę. Ewentualnie ktoś przyjedzie na tydzień czy dwa. W każdym razie jeszcze nie jest tak, żeby ludzie sobie sami nawzajem pomagali. Zupełnie inaczej jest we Francji, tam działa nawet portal dla ludzi, którzy chcą sobie pomagać w budowaniu domów.

Jak się nazywa?

PW: Twiza. To jest serwis społecznościowy, na którym ludzie organizują się do realizacji swoich budów, i robią to na różnych zasadach. Czasami za wynagrodzenie, czasami za jedzenie, jeśli to jest jakieś bardziej wartościowe szkolenie, uczestnicy płacą. I to działa, bo we Francji koszty robocizny, wykonawcze są dość wysokie, dlatego ludzie szukają rozwiązań innych niż zatrudnianie ekipy.

Francja to okno na naszą przyszłość

Są zmuszeni używać tańszych alternatyw i współpraca buduje społeczność. Próbowaliśmy ten model zaimplementować w Polsce, ale nie chwycił. Jest wielu chętnych, ludzie chcą, tylko nie ma komu tego ogarnąć organizacyjne. Weźmy projekt, który zrobiła organizacja Cohabitat, która jest bardzo fajnym źródłem wiedzy na temat ekobudownictwa. Przez kilka miesięcy wakacji ściągali na takie turnusy ludzi i uczyli ich procesów budowlanych budownictwa naturalnego, produkcji żywności, budowy instalacji do ogrzewania czy sauny. Kilkaset osób wzięło udział w tym projekcie, ale wymagał on ogromnego wkładu pracy i w tym roku go nie powtórzono. W Polsce mamy głównie malutkie przedsięwzięcia, jakieś warsztaty, gdzie ludzie przyjeżdżają i sobie tam trochę pomagają. To jest mikroskala.

I to naprawdę wszystko?

PW: Są też społeczności, które się zbierają, żeby założyć swoje ekowioski czy oazy. W mieście czy na wsi mieszkają razem, samowystarczalnie. Właśnie biorę udział w takim przedsięwzięciu, które jest robione w Górach Izerskich, gdzie są bardzo kompetentne osoby.

Zofia Weiss: Jak architektka została rolniczką. Ekologiczną [rozmowa]

To jest najlepiej przygotowany projekt w Polsce, jaki do tej pory powstał, choć słyszę, że jest ich coraz więcej. Najczęściej powstają w efekcie buntu wobec rzeczywistości. Ludzie rzucają korpo i wyjeżdżają na wieś, i super, że próbują to robić w grupach. Tak jest łatwiej, chociaż kwestie interpersonalne nie są łatwe, to coraz łatwiejsze jest zdobywanie wiedzy i popełnia się mniej błędów. W Górach Izerskich swoją wioskę przygotowuje dwoje międzynarodowych konsultantów Greenpeace’u. Docelowo ma tam być centrum szkoleniowe. Mała wioska, pięć rodzin, skupia osoby specjalizujące się w różnych dziedzinach związanych z tworzeniem takich społeczności. Przede wszystkim, żeby zaspokoić swoje potrzeby, ale docelowo żeby uczyć innych, jak to się robi.

Zastanawiam się też, czy w tak zdegradowanej przez człowieka rzeczywistości bardziej ekologiczne nie byłoby odzyskiwanie jakichś zdegradowanych terenów?

BL: Ja jestem z drugiej strony niż Przemek. On jest bardziej wiejski, a ja miejski. Ludzie zakładali miasta z wielu powodów. Korzyści wynikające z życia w dużej wspólnocie są ogromne i decydują o tym, że jednak coraz więcej ludzi mieszka w miastach. Jeżeli patrzeć na to pod kątem środowiskowym, z jednej strony miasta są bardzo dużym obciążeniem dla środowiska, a z drugiej, paradoksalnie, służą temu, aby zużyć mniej zasobów do zaspokajania naszych potrzeb. Bo można je zaspokoić hurtowo. Gdy dużo ludzi jest skupionych w jednym miejscu, łatwiej można zarządzać potrzebami i zaspokajać je w sposób mniej energochłonny.

Samowystarczalne społeczności to jest fajna pokusa. Ja to osobiście oceniam jako trochę ucieczkę i wydaje mi się, że to nie uratuje świata. Zamykając się w samowystarczalnej wiosce, nie wpływamy w żaden sposób na społeczność dookoła nas. Nie zamykasz się, ale jednak opuszczasz miasto, czyli swoją dotychczasową społeczność. Nie próbujesz jej zmieniać. Jakbyśmy wszyscy teraz wyjechali z miasta i próbowali zamieszkać na odludziu, to nie byłoby odludzia, co 200 metrów mielibyśmy dom.

Czy polskie rolnictwo zaorało się samo?

PW: Jeżeli życie w mieście rzucają osoby, które mają przesyt pracy w korporacji i jadą robić to samo, tylko na wsi, to absolutnie masz rację. Natomiast inaczej jest, jeśli ktoś jedzie na zdegradowane albo niskiej wartości ziemie po to, żeby je regenerować i zwiększać ich wartość biologiczną, funkcjonując z całym szacunkiem dla ekosystemu.

BL: To jest piękna i godna podziwu misja. Nie chcę tego absolutnie negować, w obu tych przestrzeniach są pola do działania. Zarówno dla budownictwa naturalnego, jak i budowania społeczności. Ja wybieram miasto, dlatego że czuję, że w mieście przełożenie na rzeczywistość jest chyba większe. Każda osoba, która decyduje się na emigrację z miasta, pozbawia się tego wpływu, ale bierze udział w procesie, który też jest potrzebny. Bo wyludnianie się wsi też nie jest dobrym procesem. Nie chcemy mieć monokultur opanowanych przez przemysł rolny. Potrzebujemy raczej ograniczenia spożycia mięsa, przywracania naturalnej retencji i produkcji energii ze źródeł odnawialnych. To są wszystko rzeczy, które muszą się wydarzyć przede wszystkim na wsi, nie tylko w mieście.

**

Borys Lewandowski i Przemysław Woś Fot. Przemysław Woś

Przemysław Woś jest architektem, założycielem grupy projektowej Świadom. Przez 5 lat był członkiem zarządu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Budownictwa Naturalnego. Promuje budowanie domów z materiałów zdrowych dla środowiska i człowieka.

Borys Lewandowski jest architektem, specjalizuje się w architekturze naturalnej i modernizacji budynków. Jako aktywista miejski i klimatyczny uczestniczy w Partnerstwie dla Klimatu − warszawskim think tanku klimatycznym, którego celem jest współpraca technologiczna dla sprawiedliwej transformacji energetycznej.

Bio

Jaś Kapela

| Pisarz, poeta, felietonista
Pisarz, poeta, felietonista, aktywista. Autor trzech książek z wierszami („Reklama”, „Życie na gorąco”, „Modlitwy dla opornych”), powieści („Stosunek seksualny nie istnieje”, „Janusz Hrystus”, „Dobry troll”) i zbioru felietonów „Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu”. W 2018 roku ukazała się jego najnowsza książka, „Polskie mięso. Jak zostałem weganinem i przestałem się bać”. Należy do zespołu redakcji Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Opiekun Serii Literackiej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.