Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Dlaczego PiS ciągle popiera Orbána?

12 kwietnia Węgrzy wybiorą parlament. Walczący o piątą z rzędu kadencję Viktor Orbán ma największe od lat problemy z tym, by utrzymać się przy władzy. Swojej wyborczej walki nie toczy jednak w osamotnieniu, może liczyć na przyjaciół z całego świata.

ObserwujObserwujesz
Kontekst

🇺🇸 Poparcie dla Viktora Orbána może wynikać z nacisków i wspólnej linii politycznej z obozem Donald Trump, który widzi w nim ważnego sojusznika w osłabianiu integracji UE.

🇪🇺 PiS traktuje Orbána jako strategicznego partnera w Unii Europejskiej, licząc na jego wsparcie (np. weta) w razie konfliktów z instytucjami europejskimi.

🧠 Wsparcie dla Orbána ma też wymiar psychologiczny – jego ewentualna porażka mogłaby osłabić morale PiS i podważyć wiarę w powrót do władzy w Polsce.

Serce

1

Jak ustalił zajmujący się dziennikarstwem śledczym portal VSquare, Putin oddelegował na węgierski front grupę rosyjskich „polittechnologów”, mających pomóc Orbánowi w wygraniu wyborów – między innymi poprzez kampanię dezinformacji w mediach społecznościowych. Wideo jednoznacznie popierające Orbána nagrał też amerykański prezydent Donald Trump, a media donoszą, że przed wyborami z amerykańskim poparciem do Budapesztu może jeszcze przyjechać wiceprezydent Vance. Do węgierskiej stolicy pofatygowali się też Mateusz Morawiecki i prezydent Karol Nawrocki. Obaj spotkali się tam z Orbánem, co w szczycie kampanii trudno interpretować inaczej niż jako wyraz poparcia dla polityka Fideszu.

Czytaj także Czas otoczyć Węgry kordonem sanitarnym. Hunexit nie zrobi się sam Piotr Wójcik

Dlaczego po tym wszystkim, co stało się od napaści Federacji Rosyjskiej na Ukrainę, w momencie, gdy Węgrzy blokują kolejną unijną pożyczkę niezbędną Ukrainie, politycy PiS znów pielgrzymują do Budapesztu, by wesprzeć Orbána, gdy walczy o polityczne przetrwanie? Choć jeszcze pod koniec roku prezydent odwołał spotkanie w cztery oczy z  Orbánem po tym, gdy ten spotkał się – nie pierwszy i nie ostatni raz – z Putinem? I mimo tego, że według badania CBOS z lutego nieufność do Orbána deklaruje aż 53 proc. ankietowanych, a nawet elektorat PiS średnio deklaruje zaufanie do węgierskiego przywódcy na poziomie 0,13 w skali od minus pięciu (pełna nieufność) do plus pięciu (pełne zaufanie).

Trump im kazał?

W odpowiedzi na to pytanie nasuwa się oczywiście złośliwość, że politykami PiS kieruje troska o ukrywających się w Budapeszcie przed polskim wymiarem sprawiedliwości kolegów – Marcina Romanowskiego i Zbigniewa Ziobrę – i zapobiegliwość, by w razie czego mieć gdzie uciekać przed „reżimem Tuska”. Budapeszt Orbána jest oczywiście bliższym i tańszym miejscem do ucieczki niż Stany Trumpa i nieporównywalnie przyjemniejszym niż Mińsk Łukaszenki i nie można wykluczyć, że odgrywa to pewną rolę w kalkulacjach PiS – sprawa jest jednak chyba bardziej złożona.

Czytaj także Odstraszyć darczyńców, zagłodzić dziennikarzy. Orbán rozprawia się z niezależnymi mediami Pál Dániel Rényi

Ciekawy jest tu kontekst międzynarodowy, Morawiecki i prezydent Nawrocki spieszą do Budapesztu w momencie, gdy jednoznaczne poparcie dla Orbána deklaruje Trump. I można zastanawiać się, czy to przypadek czy efekt mniej lub bardziej otwartego nacisku amerykańskiej administracji na jej ideowych polskich sojuszników. Nawrocki przed wyjazdem do Budapesztu, na wspólnej konferencji prasowej ze swoim węgierskim odpowiednikiem, wygłosił długą tyradę podkreślającą, że kocha Węgry, ale nie zgadza się z ich polityką wobec Rosji, a następnie dał się wyprowadzić z równowagi dziennikarzowi dopytującemu o związki Orbána z Putinem – wszystko to wyglądało, jakby prezydent sam nie miał wielkiej ochoty by jechać na Węgry, ale Trump mu kazał.

Dla Trumpa utrzymanie władzy Orbána jako sojusznika tej administracji w dziele osłabiania, dzielenia i blokowania dalszej integracji Unii Europejskiej jest ważne strategicznie. Duża część ruchu MAGA we współczesnych Węgrzech widzi w dodatku przykład udanej konserwatywnej kontrrewolucji, jaką ludzie tacy jak wiceprezydent Vance sami chcieliby wprowadzić w Stanach. Klęska Fideszu byłaby też ciosem w międzynarodowy prestiż Trumpa.

Nikogo więc by nie dziwiło, gdyby Amerykanie naciskali na swoich innych europejskich sojuszników, by pomogli Orbánowi. Trudno z kolei uwierzyć, by w takiej sytuacji Nawrocki czy Morawiecki mogli powiedzieć „nie”.

Inwestycja w hamulec

Jednocześnie liderami PiS może kierować myślenie, że jaka nie byłaby polityka Orbána wobec Rosji, to lepiej, jeśli w Polsce prawica wróci do władzy, mieć w Budapeszcie sojusznika, który w razie czego użyje weta w obronie rządzonej przez prawicowych populistów Polski. Bo jak pokazała dyskusja wokół SAFE, PiS dziś fundamentalnie nie ufa Unii Europejskiej i partiom z głównego nurtu europejskiej polityki i jest przekonany, że Komisja Europejska i główne stolice będą wykorzystywały wszystkie unijne narzędzia, by podkopać przyszły rząd Nowogrodzkiej.

W trakcie wspomnianego spotkania z prezydentem Węgier w Przemyślu Karol Nawrocki tłumaczył, że dla Polski Federacja Rosyjska Putina jest „egzystencjalnym zagrożeniem”. Można nawet uwierzyć, że prezydent tak faktycznie, szczerze myśli, problem w tym, że on i jego obóz jako egzystencjalne zagrożenie dla siebie postrzegają też europejskie instytucje, a już zwłaszcza perspektywę głębszej integracji Unii. Dlatego będą inwestować w wielkiego hamulcowego europejskiej integracji, niezależnie od tego, jak wygląda jego polityka wobec Rosji, Chin czy Ukrainy. Zwłaszcza w sytuacji, gdy na Orbána stawia Trump – bo tylko jasny sygnał płynący z Waszyngtonu mógłby zmusić PiS do zmiany orientacji na Budapeszt.

Fakt, że PiS, w przeciwieństwie do choćby Giorgii Meloni, nawet nie próbuje usytuować się w głównym nurcie europejskiej polityki i tworzyć w niej sojuszy na rzecz bliskiej swojej wizji przyszłości Unii (do czego ambicje w PiS zgłasza jeszcze tylko czasami Mateusz Morawiecki), inwestując za to tak wiele kapitału w to, by ocalić budapesztański hamulec, jest smutnym, wymownym i jednoznacznym symbolem bankructwa europejskiej polityki środowiska skupionego wokół Nowogrodzkiej.

Klęska Orbána podkopałaby morale przed polskimi wyborami

Wreszcie jest jeszcze jeden czynnik, który trzeba uwzględnić: psychologiczny. Po ponownym zwycięstwie Trumpa PiS uwierzył, że cały świat zaleje teraz fala prawicowego populizmu, a on wróci na niej do władzy – i zemści się na „koalicji 13 grudnia” na skalę, jakiej polska polityka jeszcze nie widziała. Zwycięstwo Nawrockiego wydawało się potwierdzać te nadzieje, ale wyniki z kolejnych wyborów w demokracjach na kilku kontynentach pokazują, że „efekt Trumpa” działa często w dość przewrotny sposób, wzmacniając bardziej centrowe siły.

Gdyby prawicowy populizm przegrał w kwietniu w swoim mateczniku, w kraju, w którym panuje od 16 lat i gdzie cały system jest tak skonstruowany, by grupa wokół Orbána praktycznie nigdy nie musiała rozstawać się z władzą, to byłby to bardzo niepokojący sygnał dla PiS pod kątem przyszłorocznych wyborów – zwłaszcza w kontekście sondażowych notowań partii.

Trudno jest bić się o władzę, gdy we własnych szeregach nie ma wiary w zwycięstwo – a klęska Orbána może radykalnie podkopać morale w PiS i wyzwolić fatalistyczne przekonanie, że za rok Tusk będzie nie do pokonania. Dlatego – jak mogą kalkulować politycy – trzeba zacisnąć zęby, zamknąć oczy i znów deklarować poparcie dla Orbána. Bo od sojusznika Putina w Budapeszcie gorszy jest dla PiS Tusk w Warszawie.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie