Gospodarka

Dzień wolności pracowniczej

Bugatti Veyron

Koncepcja wolności liczonej w podatkach jest idiotyczna, natomiast wolność ekonomiczna głupim pomysłem nie jest: nie ma w kapitalizmie wolności bez pieniędzy. Wyznaczmy więc dzień wolności pracowniczej, czyli moment, kiedy przestajemy pracować dla pracodawcy, a zaczynamy pracować dla siebie.

W sobotę, 8 czerwca, przypadł dzień wolności podatkowej. Liberalny think tank Centrum Adama Smitha oblicza go jako udział wszystkich wydatków sektora publicznego (budżet państwa, wydatki samorządów, rządowe fundusze celowe itp.) w produkcie krajowym brutto. W tym roku wyniósł on 43,3 proc. W dniu wolności podatkowej, zdaniem organizacji, „przestajemy pracować dla rządu, a zaczynamy pracować dla siebie i dla naszych rodzin”.


Wszystko fajnie, tyle że płacąc podatki, żywimy nie tylko jakiś mityczny „rząd”, ale również pracujemy na siebie i swoich bliskich. Dostajemy zwrot części z nich w postaci dróg, chodników, mostów, policjantów, którzy patrolują nasze okolice, szkół, do których chodzą nasze dzieci, albo szpitali, które je leczą. To fakt, że z jakością tych ostatnich bywa różnie. Ale bywa tak nie z uwagi na złą organizację i marnotrawstwo, a przynajmniej nie tylko z tego powodu. W służbie zdrowia jest po prostu za mało pieniędzy, o czym eksperci mówią od lat. A to bierze się między innymi z tego, że płacimy zbyt niskie składki. Co gorsza, część z nas, choć powinna, nie płaci ich wcale, ponieważ państwo przymyka oko na masowe zatrudnianie pracowników na umowę o dzieło w sytuacjach, kiedy powinni być zatrudnieni na etat.

Pracujmy krócej! To nie jest żadna rewolucja

Z samym sposobem liczenia dnia wolności podatkowej łączy się dość zabawna kwestia. Przypomnijmy, że Centrum Adama Smitha zlicza wydatki. A więc jeżeli wypłaty dla pielęgniarek (wydatki publiczne) rosną szybciej niż wzrost gospodarczy, to hipotetycznie może rosnąć nam również podatkowa „niewola”. Przypomnijmy, że w ciągu ostatnich czterech lat pielęgniarki dostały około tysiąca złotych podwyżki na rękę. Dzięki temu mogły złapać oddech, bo jeszcze w 2014 roku część z nich opiekowała się chorymi za pieniądze w okolicach minimalnej krajowej, wynoszącej wtedy poniżej 1300 złotych na rękę.

W konsekwencji część pielęgniarek pracowała na dwa etaty. Były więc przemęczone, a wiadomo, że nic tak dobrze nie robi na wolność społeczeństwa jak przemęczeni pracownicy służby zdrowia. Rozumiecie, kiedy pielęgniarki zaczyna być stać na to, żeby poza opłaceniem rachunków mogły sobie wyjechać na wakacje, to rośnie mam podatkowa niewola. Zniewolenie wzrosłoby również, gdyby podwyżki dostały nauczycielki. Przecież godne wynagradzanie pracowników sektora edukacji i rugowanie zjawiska negatywnej selekcji do tego zawodu to nic innego jak bat smagający uciemiężony fiskalnym nawisem lud. To samo, gdyby państwo zainwestowało w porządną sieć żłobków, co odciążyłoby przeciążone pracą opiekuńczą kobiety (po zsumowaniu pracy zawodowej i nieodpłatnej pracy w domu widać, że kobiety pracują dziennie o pół godziny dłużej niż mężczyźni – ta dysproporcja zwiększa się, kiedy pojawiają się dzieci). Nic tak nie zgina ludziom karku jak większa równość kobiet i mężczyzn na rynku pracy; przed niczym ludzie nie wycierają kolan tak jak przed mniejszą luką płacową.

Podatki to środki na usługi publiczne. Usługi, na które nie byłoby większości z nas stać na wolnym rynku, ponieważ nieskrępowany rynek w wielu wrażliwych obszarach – takich jak edukacja czy służba zdrowia – tworzy patologie. Takie zjawisko jest widoczne choćby na polskim rynku mieszkaniowym. Rynek pozbawiony choćby pośredniej regulacji, jaką stanowi publiczna podaż mieszkań, winduje ceny i działa na niekorzyść biedniejszych i średniaków. Mieszkanie nie jest przecież opcjonalne – każdy musi gdzieś mieszkać. Właśnie to wykorzystują właściciele mieszkań i deweloperzy, oferując bardzo wysokie ceny w stosunku do poziomu średnich płac. Nie ma się im co dziwić. Jeżeli istnieje możliwość zwiększenia zysku, to większość z nas z tej możliwości skorzysta. I nie pomoże tutaj moralizatorskie kiwanie paluszkiem. Potrzebne są regulacje ograniczające wybór takich opcji, które szkodzą słabszym.

Godne wynagradzanie pracowników sektora edukacji to nic innego jak bat smagający uciemiężony fiskalnym nawisem lud.

Koncepcja wolności liczonej w podatkach jest więc koncepcją idiotyczną. Mniej podatków może oznaczać mniej wolności. Niskie podatki są na przykład w Rosji. Dzień wolności podatkowej wypada tam około połowy kwietnia. Czy to oznacza, że w Rosji jest więcej wolności? Nie chodzi tylko o system polityczny tego kraju – chodzi o to, że w Rosji nie ma powszechnie dostępnych usług publicznych o przyzwoitej jakości, dlatego trzeba je kupować na rynku. A na to stać nielicznych.

Natomiast sama wolność ekonomiczna głupim pomysłem nie jest. Przeciwnie: w kapitalizmie pieniądze są kluczem do wolności. Dzięki nim można się wykupić z bardzo wielu trosk: z części chorób, nudnej pracy, monotonii życia, obciążenia opieką nad dzieckiem, gotowania, kiedy nie mamy na to ochoty, życiowej próżni, którą zapełni telewizor na 75 cali. Ale żeby na to wszystko sobie pozwolić, potrzebne są nie tyle niskie podatki, ile wysokie pensje. Możemy więc płacić wysokie podatki (a dzięki temu mieć wysokiej jakości usługi publiczne) i jednocześnie dostawać wysokie wypłaty. To zresztą jest model państw zachodniej i północnej Europy. Model, dzięki któremu społeczeństwa europejskie stały się zamożne. Tak, tak: progresywne podatki i wysokie wydatki państwowe były elementem bogacenia się zachodnich społeczeństw.

Polska byłaby lepsza, gdyby przedsiębiorcy byli nieco bardziej ciemiężeni

Ale niech będzie, pójdźmy za ciosem i spróbujmy ustanowić jakąś symetrię wobec dnia wolności podatkowej. Wyznaczmy na przykład dzień wolności pracowniczej, czyli moment w roku, kiedy „przestajemy pracować dla pracodawcy, a zaczynamy pracować dla siebie i dla naszych rodzin”. Ustalenie takiej daty wcale nie jest proste. Bo jeśli w Google’a wpiszemy „ile zabiera nam państwo”, zostaniemy zasypani tysiącami linków do artykułów i raportów. Jeżeli jednak wpiszemy „ile zabiera nam pracodawca”, to – no cóż – nie wyskoczy prawie nic poza sugestiami, że jednak chcieliśmy znaleźć informacje o tym, ile zabiera nam państwo. Nie lubię szafować pojęciem „neoliberalizm”, bo zależnie od przyjętych kryteriów może ono oznaczać wszystko i nic (trochę jak „faszyzm”), ale tutaj wydaje się naprawdę pasować. Panie i panowie, oto on: ten nieszczęsny neoliberalizm, przyłapany w momencie wytwarzania dyskursu. Bo opowieści o świecie tworzy się, nie tylko mówiąc, ale również milcząc o niektórych rzeczach.

Wolność ekonomiczna głupim pomysłem nie jest. Przeciwnie: w kapitalizmie pieniądze są kluczem do wolności.

Ale uwaga: sojusznik przychodzi z niespodziewanej strony. O zysku z pracownika informuje PwC, na wskroś neoliberalna przecież instytucja consultingowa. W raporcie czytamy: „Z każdej złotówki przeznaczonej na wynagrodzenia i świadczenia pracowników pracodawca otrzymywał ok. 60 gr zysku”. Żeby było jeszcze zabawniej, ten zysk (co wiemy ze starszych edycji badania PwC) okazuje się bardzo wysoki we wspomnianej już Rosji, za to znacznie niższy w bogatych gospodarkach zachodnich.

Świat pracy jest na kolanach [rozmowa z Agatą Nosal-Ikonowicz i Piotrem Szumlewiczem]

Te 60 groszy zysku z każdej zainwestowanej w pracownika złotówki to dochód pracodawcy. Najprościej mówiąc, dochód to przychód minus koszty; 0,6 zł dochodu stanowi 37 procent przychodu w wysokości 1,6 zł, a 1 zł z tej kwoty jest kosztem – naszą pensją. I jakby ów zysk przełożyć na kalendarz, to dzień wolności pracowniczej wypada około połowy maja (wtedy mija 37 procent roku). Tyle że rząd z podatków zapłaci za kanalizację i chodniki. A z zysku ze sprzedaży naszej pracy członkowie zarządów korporacji kupią sobie jachty. I mieszkania pod idiotycznie drogi wynajem, żeby ściągać rentę z tego fragmentu rynku, gdzie państwo nie zdecydowało się rzucić naszych podatków na budowę tańszych mieszkań, które zbijałyby wolnorynkowe ceny.

Wszyscy jesteśmy neoliberałami

O którą wolność lepiej zawalczyć? O wolność sąsiada do tego, żeby jego dziecko kształciło się w niezłej publicznej szkole? Czy o wolność właściciela kapitału, żeby z kwartalnej premii kupił sobie bugatti?

 

**
Kamil Fejfer jest analitykiem rynku pracy i rozwarstwienia społecznego, autorem książki Zawód. Opowieści o pracy w Polsce. To o nas. W swoich publikacjach pisze o styku ekonomii i ludzkich losów.

Bio

Kamil Fejfer

| Analityk rynku pracy
Analityk rynku pracy, publicysta zajmujący się tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.