Gospodarka

Czy określenie „biedafirmy” jest obraźliwe?

Fot. Monika Bryk

Posłanka Żukowska stwierdziła, że „gospodarce zwyczajnie opłaca się promocja zatrudnienia w dużych firmach, a nie głaskanie po głowie biedafirm”. No cóż, nie napisała niczego nieprawdziwego. Wręcz przeciwnie, na zjawisko nieefektywności mikrobiznesów od lat wskazują przeróżni eksperci i ekonomiści, tylko że robią to w sposób mniej efektowny.

Fetyszyzacja mikrobiznesów wybiła ponad skalę, gdy posłanka Anna Maria Żukowska postanowiła odsłonić niewygodny kawałeczek prawdy na ich temat. Według Żukowskiej mikrobiznesy są nieefektywne, więc lepiej wspierać zatrudnienie w dużych podmiotach, które, to już ode mnie, niekoniecznie muszą być przecież korporacjami – duża firma to każda zatrudniająca powyżej 250 osób.

Posłanka Lewicy dotknęła w ten sposób czułej struny przedsiębiorczej klasy średniej, która od lat jest przekonana, że dźwiga nasz kraj na swoich umęczonych plecach. Nagle jakaś „utrzymywana z moich podatków” polityczka zwraca uwagę, że kluczowy element tożsamości owej klasy przedsiębiorczej oparty jest na fałszywych przesłankach – to musiało wywołać sprzeciw.

Święte oburzenie było tym łatwiejsze, że Żukowska użyła może niezbyt ładnego, ale jednak dosyć celnego, określenia „biedafirmy”. Politycy, tym bardziej ci łaknący nowych głosów poparcia jak kania dżdżu, zapewne powinni bardziej ważyć słowa. Bycie politykiem to niewdzięczna i trudna robota – wszyscy dookoła tylko czekają, by udowodnić, że jesteś głupia lub umoczona w jakieś mętne sprawy.

Pięć grzechów głównych polskiego biznesu

Nie zmienia to faktu, że Żukowska nie napisała niczego nieprawdziwego. Wręcz przeciwnie, na zjawisko nieefektywności mikrobiznesów od lat wskazują przeróżni eksperci i ekonomiści, tylko że robią to w sposób mniej efektowny, więc nie wzbudzają podobnych emocji.

FOR popiera Żukowską

Sporym zaskoczeniem było to, że na tweet Żukowskiej oburzeniem zareagowali także ludzie związani z Forum Obywatelskiego Rozwoju. Na przykład Marek Tatała stwierdził, że Żukowska obraża w ten sposób zatrudnionych w mikrobiznesach, choć przecież wielu z nich by się z posłanką zgodziło.

Praca w polskim niedużym przedsiębiorstwie to codzienne walenie głową w mur, czego sam miałem okazję przez kilka lat doświadczać (jakiś czas temu). Z kolegami i koleżankami z tamtej pracy spieraliśmy się o mnóstwo kwestii zawodowych, co wymuszała tak zwana za krótka kołdra, ale w jednym byliśmy dosyć zgodni – ta firma to jest jakaś tragedia. A raczej była, bo od tamtego czasu zdążyła już splajtować. Wcześniej działała jednak przez lata.

Tu nawet nie chodzi o pieniądze, chociaż te też nie były fantastyczne, tylko o ogólny marazm i brak profesjonalizmu. To naprawdę niemiłe uczucie, gdy trzeba się tłumaczyć dostawcom z niezapłaconych od kilku miesięcy faktur, mając świadomość, że szef właśnie wymienił limuzynę na jeszcze lepszą (bodajże Audi). Brzmi to jak stereotypowe historyjki o nadwiślańskich Jaś-Polach, ale ta firma dokładnie taka była, nic nie poradzę.

Jeśli według Tatały ludzie zatrudnieni w małych polskich firmach są z tego powodu dumni, to najpewniej w żadnej takiej firmie nie pracował albo szczęśliwie trafiła mu się jakaś szczególna.

Wracając jednak do FOR – na tweet Żukowskiej oburzył się też kojarzony z tym środowiskiem Patryk Wachowiec. Dlaczego to zaskoczenie? Ponieważ FOR samo od lat wskazuje na nieefektywność polskich mikrobiznesów.

Na przykład w 2018 roku FOR opublikowało analizę 8/2018 autorstwa Aleksandra Łaszka i Rafała Trzeciakowskiego, zatytułowaną Tylko 5,6 mln osób wytwarza połowę polskiego PKB. Autorzy analizy bardzo celnie wskazują, że duża część polskich podmiotów gospodarczych jest bardzo nieefektywna i ich działalność to w dużej mierze sztuka dla sztuki (chociaż sami tego tak wprost nie piszą).

Według FOR w latach 1995–2015 polska wartość dodana wzrosła o 122 proc., w tym jednak zaledwie 23,4 proc. to wkład mikroprzedsiębiorstw. Odpowiadały one więc za mniej niż jedną piątą wzrostu wartości dodanej w tym okresie. Według autorów w Polsce występują ogromne nierówności między podmiotami gospodarczymi w zakresie produktywności, co odróżnia nas od państw Europy Zachodniej i generalnie jest sporym problemem. Zaledwie 26 proc. osób w wieku produkcyjnym wytwarza połowę PKB – to siódmy najniższy wynik w UE. Najmniejsze nierówności pod tym względem występują w najprężniejszych gospodarkach UE – w Niemczech 40 proc. osób w wieku produkcyjnym wytwarza połowę PKB, a w Holandii ponad jedna trzecia.

Daleko od antypodów

Do podobnych wniosków doszli analitycy wiodącej firmy doradczej EY. W analizie z 2017 roku wskazywali, że choć mikroprzedsiębiorstwa zatrudniają aż 37 proc. osób w Polsce (średnia unijna to 30 proc.), to ich wkład w wytwarzanie wartości dodanej to zaledwie niecałe 16 proc. – przy średniej unijnej 21 proc.

Tę specyfikę polskiej gospodarki, w której funkcjonuje wiele drobnych przedsiębiorstw dających zatrudnienie niemałej liczbie pracowników, a jednak w ogromnej większości są nieefektywne, znajdziemy także w raporcie OECD Enterpreneurship at Glance 2018. W 2016 roku przedsiębiorstwa zatrudniające do dziewięciu osób dawały pracę łącznie 38 proc. pracowników w Polsce. Był to ósmy najwyższy wskaźnik w OECD. Równocześnie jednak wytwarzały zaledwie 18 proc. wartości dodanej, co było szóstym najniższym wynikiem w OECD. Co odróżnia nas na przykład od Australii – tam również mikroprzedsiębiorstwa zatrudniają duży odsetek pracowników, bo około 42 proc. (to trzeci najwyższy wynik w OECD), ale w Australii tego typu firmy wytwarzają aż jedną trzecią wartości dodanej, co jest pierwszym wynikiem w OECD.

A kto wytwarza największą część polskiego PKB? Firmy duże, czyli zatrudniające powyżej 250 osób. Chociaż pracuje w nich jedna trzecia zatrudnionych w Polsce, to wytwarzają one prawie połowę polskiej wartości dodanej. Wraz z firmami średnimi, czyli zatrudniającymi 50–250 osób, wytwarzają nawet 70 proc. nadwiślańskiej wartości dodanej, chociaż łącznie zatrudniają jedynie połowę tutejszych pracowników.

Generalnie wszędzie mikroprzedsiębiorstwa notują odsetek zatrudnienia wyższy niż ich udział w wartości dodanej, co oznacza, że są mniej efektywne od przeciętnych podmiotów w danej gospodarce. To nie jest zaskoczenie – niewielkie firmy są słabsze kapitałowo, organizacyjnie i technologicznie, więc ciężej im wykonywać zaawansowane zlecenia i wysoko produktywne zadania. Jednak trudno znaleźć kraj, w którym ta różnica jest tak duża jak w Polsce.

Nasze mikroprzedsiębiorstwa są szczególnie nieefektywne. Wysoki odsetek zatrudnienia w takich firmach w Polsce jest problemem, a nie powodem do chwały. Owszem, dają one pracę, jednak zwykle nisko płatną i ogólnie rzecz biorąc – niskiej jakości. Według GUS średnie wynagrodzenie w przedsiębiorstwach zatrudniających do dziewięciu osób wyniosło w 2019 roku 3350 zł brutto. To o ponad tysiąc złotych mniej niż średnia krajowa.

Miliardy mniej na zdrowie

Poza tym te średnie pensje mikroprzedsiębiorstw są zawyżone przez przedsiębiorstwa z trzech sekcji PKD – informacja i komunikacja (średnie wynagrodzenie to 5,7 tys. zł), działalność finansowa i ubezpieczeniowa oraz specjalistów (w obu 4,1 tys. zł). W pozostałych sekcjach mikroprzedsiębiorstwa oferują znacznie niższe płace – w takiej pozostałej działalności usługowej średnie wynagrodzenie w mikrofirmie wyniosło ledwie 2,6 tys. zł, czyli 350 zł więcej niż ówczesna pensja minimalna. Mikroprzedsiębiorstwa działające w budowlance oferowały pensje na średnim poziomie ledwo 3 tys. zł.

Oczywiście tu może pojawić się żelazny argument dotyczący szarej strefy – w najmniejszych firmach część wypłaty dostaje się pod stołem. To prawda, do tych liczb trzeba by pewnie doliczyć nawet kilkaset złotych. Według analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego aż 31 proc. zatrudnionych w mikroprzedsiębiorstwach pobiera część wypłaty pod stołem. Płacenie pod stołem w mikroprzedsiębiorstwach jest prawie trzy razy częstsze niż w całej gospodarce, a cały proceder zaniża średnią krajową o 240 zł.

Tylko że to jest kolejny dowód na to, że rozpowszechnienie mikrobiznesów w Polsce to problem, a nie korzyść. Z powodu płacenia pod stołem nasza domena publiczna traci co roku ponad 17 mld zł, z czego prawie 3 mld rocznie nie trafia do systemu ochrony zdrowia.

Większa progresja podatkowa to mniej wypłat pod stołem

Rozpowszechnienie mikrobiznesów przynosi nam też wiele innych szkód. Przede wszystkim nasza gospodarka jest mniej odporna na zawirowania. Wbrew stereotypowi to małe przedsiębiorstwa są nieelastyczne i trudno im się dostosowywać do zmieniających się warunków. To efekt głównie ich słabości kapitałowej. Według raportu PwC Polski mikro, mały i średni biznes w obliczu pandemii COVID-19 aż jedna trzecia firm z analizowanego sektora nie miała poduszki finansowej na więcej niż trzy miesiące działalności.

Mikrobiznesy w Polsce to podmioty działające z dnia na dzień, dla których większe zawirowania koniunkturalne mogą oznaczać zakończenie działalności. Zwykle mają też problemy z płynnością i regulowaniem bieżących zobowiązań – tak jak moje byłe miejsce pracy, co opisałem powyżej. Właśnie dlatego nad Wisłą występują tak ogromne problemy z płatnością faktur. Według Krajowego Rejestru Długów prawie dwie trzecie przedsiębiorstw w Polsce nie otrzymuje w terminie zapłaty za faktury, a 44 proc. w ogóle nie dostaje pieniędzy od niektórych kontrahentów.

Mali innowatorzy? Nie u nas

Popularność mikrobiznesów jest też odpowiedzialna za defragmentację polskiego świata pracy. W takich firmach nie powstają związki zawodowe, ani nawet rady pracownicze, tego typu firmy nie zawierają również z pracownikami układów zbiorowych. Rozdrobnienie polskiej struktury przedsiębiorstw jest jedną z głównych przyczyn bardzo niskiego poziomu uzwiązkowienia w Polsce oraz małej liczby układów zbiorowych.

Poza tym z ich powodu cierpi nasza innowacyjność. W raporcie European Innovation Scoreboard 2020 innowacyjność polskich firm z sektora MSP została oceniona jako przedostatnia w UE – jedynie rumuńskie MSP są niżej niż polskie.

Rozwadowska: Po pandemii będziemy pracować jeszcze bardziej śmieciowo, na własnym sprzęcie. I mało kogo to obejdzie

Popularność małych biznesów w Polsce jest więc problemem, a posłanka Żukowska ma pełną rację, przekonując, że lepiej wspierać zatrudnienie w dużych firmach, a nie małych.

Czy można tego typu firmy nazywać „biedafirmami”? Według mnie jak najbardziej, tak jak większość umów cywilnoprawnych można nazywać „umowami śmieciowymi”. Przecież to określenia dotyczące podmiotów gospodarczych lub rodzaju kontraktów, które nie mają uczuć, więc trudno mówić w tym przypadku o mowie nienawiści. Tylko że ja nie jestem politykiem i nie grozi mi utrata poparcia, bo i tak żadnego nie mam.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij