Felieton

Nie wyśmiewaj osób panikujących z powodu koronawirusa

Fot. Krystian Maj / KPRM

Dla tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na urlop zdrowotny w pracy, prewencja jest wszystkim. Szukają więc informacji w internecie i próbują kupić coraz droższe maseczki.


Powoli wydaje się jasne, że stało się to, co się stać musiało. A mianowicie po tygodniach bombardowania informacjami o koronawirusie pojawiły się w Polsce pierwsze objawy paniki: wykupywanie maseczek, masowe bieganie do szpitala, odwoływanie wszelkich wakacyjnych wyjazdów. Niejako w kontrze obserwujemy coś, co objawom paniki od jakiegoś czasu towarzyszy zawsze, czyli rechot, pogardę i pukanie się w głowę, że te głupie Polaczki boją się i nic nie rozumieją. Nie rozumieją, że większą śmiertelność ma grypa, że dziennie umiera ileś osób na raka, że prawdopodobieństwo bycia potrąconym na przejściu dla pieszych jest o wiele wyższe niż śmierć z powodu koronawirusa.

Koronawirus: pandemia, panika i polityka

czytaj także

Słowem, wyolbrzymiają ryzyko, przeszacowują je, nie potrafią na chłodno analizować danych. Wszystko to niby racja, aczkolwiek wcale nie jestem pewien, czy panikowanie jako przeszacowanie zagrożeń nie jest mechanizmem ewolucyjnym, który pozwala przetrwać gatunkowi ludzkiemu w przypadku niewiadomej z prawdopodobieństwem materializacji ryzyka o bardzo dużym impakcie. Tak czy inaczej, trudno jednak o bardziej przeciwskuteczne działanie niż rechot z ludzi, którzy jakoś nie chcą uwierzyć danym i bardziej boją się koronawirusa niż zwykłej grypy, chociaż wykresy pokazuję, że powinni bać się grypy.

Lewica powinna to dobrze pamiętać, albowiem od kilku lat właśnie tak przegrywa debatę o uchodźcach, islamie i zamachach terrorystycznych. Kuszące, także dla mnie, wykresy pokazujące, że ryzyko śmierci w zamachu jest znikome, nijak społeczeństwa nie przekonały, a co gorsze, doszło nawet do sklejenia zamachów terrorystycznych z lewicą, chociaż skrajnie konserwatywnym przecież zamachowcom bliżej do polskich radykalnych katolików niż do emancypacyjnych działaczy społecznych lewicy. Z koronawirusem działa to więc tak samo: możesz pokazywać dziesiątki wykresów, ale osławiona „merytoryka” zawsze przegra z emocjami, o czym wie każdy dobry polityk.

Koronawirus w Iranie, gdzie władze stłukły termometr

Ważne jest jednak nawet nie to, że ludzie panikują, ale to, dlaczego panikują i jak to analizować. Poza wieloma wymiarami, jak chociażby wymiar indywidualnego apetytu na ryzyko, warto sięgnąć także po wymiar klasowy. Tak się bowiem składa, że przeciętny Polak, zwany pogardliwie „cebulakiem”, dopasowywany jest do wzorca zachowania tej rzekomo merytorycznej klasy średniej, przez co jego zachowania, w tym także te dotyczące paniki, altmedu, poradnictwa na forach pacjentów, są oceniane wedle tego właśnie średnioklasowego wzorca.

Tymczasem w przypadku dbania o własne zdrowie mindset ludzi, którzy nie dysponują poduszką bezpieczeństwa w postaci stabilnego zatrudnienia, zdolności kredytowej, siatki znajomych, rodziców z klasy średniej, może być zupełnie inny. Pani z klasy średniej może szydzić z maseczki przeciwkoronawirusowej pani „cebulakowej”, ale dla owej „cebulakowej”, która nie może sobie pozwolić na urlop zdrowotny w pracy, prewencja jest wszystkim. Więc się rzuca na maseczki albo dostępny bez recepty altmed, bo nie może sobie pozwolić na bieganie po merytorycznych lekarzach z każdym schorzeniem, którym ją straszą w mediach. Nie może sobie pozwolić na medyczną korektę stanu zdrowia, więc zarządza ryzykiem tak, jak umie. A jeśli pójdzie do lekarza i ten zaleci jej zwolnienie, to stanie przed dylematem: urlop czy obniżka wynagrodzenia? Dlatego siedzi na forach, dlatego pyta o objawy, dlatego jakoś sama się próbuje leczyć, a wszystko, co dostaje, to rechot, że głupia, po co ci maseczka, popatrz na wykresy!

Jest kompletnie niezrozumiałe, dlaczego ci, którzy tak często gardłują o merytoryce, nie potrafią merytorycznie zająć się stroną psychologiczną osób, które korzystają z altmedu i amatorskich porad pisanych na forach dla pacjentów. Smutne jest też to, jak bardzo państwo odpuszcza w takich sytuacjach. Bo to nie pani szukająca porad w internecie i maseczki w aptece, a państwo polskie powinno reagować. Przecież chyba nie jest trudne zmuszenie sklepów internetowych do kasowania aukcji, na których sprzedaje się towar z tysiąckrotną przebitką, korzystając ze społecznej paniki? Przecież chyba nie jest trudne zmuszenie sklepów, żeby zaczęły reglamentować towar w przypadku ogłoszenia stanu podwyższonego ryzyka, tak aby nie nakręcać spirali wykupywania makaronów, cukru i soli? Przecież chyba nietrudno, aby spółki skarbu państwa zapowiedziały, że przestaną reklamować się w portalach, które non stop grzeją temat koronawirusa? Przecież chyba nietrudno, aby prezydent czy senator Grodzki, zamiast znowu gładzić swoje ego, wystąpili z orędziem, w którym wytłumaczyliby, żeby nie panikować? Istnieje masa pomysłów i rozwiązań, którymi władza mogłaby się starać kontrolować panikę. Ale władza tego nie robi, albowiem na razie, jak można wyczytać, ma problem z ustawieniem skrzynek na formularze pasażerów oraz otwarciem laboratoriów dłużej niż do godziny piętnastej.

Co się dzieje, kiedy obywatele nie ufają państwu: ukraińska panika wokół koronawirusa

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Galopujący Major

| Komentator Krytyki Politycznej
Bloger, komentator życia politycznego, współpracownik Krytyki Politycznej. Autor książki „Pancerna brzoza. Słownik prawicowej polszczyzny”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.