Amerykański Electronic Arts (EA) to producent i wydawca gier wideo znany pod każdą szerokością geograficzną. Studia deweloperskie należące do koncernu stworzyły tak monstrualną liczbę kultowych gier, że mało kto może się z nimi równać. EA to prawdziwy Maradona gamingu, więc w sumie nic dziwnego, że kończy równie marnie, jak legendarny Argentyńczyk.
Po serii głośnych porażek nowych produkcji oraz uporczywym stosowaniu niecnych praktyk antykonsumenckich i agresywnej monetyzacji, marka EA stała się synonimem nieudolności i chytrości. Gorzej kojarzy się chyba tylko francuski Ubisoft. Podobieństw jest zresztą więcej.
Francuski koncern był już w tak złej sytuacji, że miał go wykupić chiński Tencent. Skończyło się tylko na wspólnym projekcie joint venture, do którego trafiły najważniejsze franczyzy należące do Ubi. Electronic Arts miało mniej szczęścia i w całości trafiło we władanie przedsiębiorstwa kontrolowanego przez autorytarny reżim.
W sierpniu za 55 mld dolarów giganta z kalifornijskiego Redwood kupił sobie Mohammed bin Salman, czyli książę koronny Arabii Saudyjskiej. Dokładnie rzecz biorąc, zakupił go saudyjski fundusz państwowy Public Investment Fund (PIF), ale na jedno wychodzi.
Szariat za etat
Czy inwestycja szejków w gaming może się udać? Książę bin Salman jest podobno wielkim miłośnikiem gier, więc pewnie nie kupuje EA ze złej woli. Niestety dotychczasowe doświadczenia szejków z grami wideo nie są optymistyczne.
Ich odpowiedź na słynne GTA, czyli Arab Drift Cars, to prawdopodobnie najgorsza gra w historii świata. Produkcja jest tak legendarnie zła, że jej wydania pudełkowe to rarytas, za który trzeba płacić niemałe pieniądze. Na ebayu za fabrycznie zapakowane wydanie tego gniota trzeba zapłacić nawet 1,5 tys. złotych. To więcej niż kosztuje konsola, na której można byłoby ograć to „dzieło” (przy okazji polecam wspaniałą recenzję Nrgeeka). Oczywiście po wykupieniu EA przez PIF gry nadal będą produkować profesjonalne studia deweloperskie z całego świata, a nie jak w przypadku stadionów na mundial w Katarze półniewolnicy, ale można się domyślać, że dwór w Rijadzie postanowi odcisnąć pewne piętno na swym nowym klejnocie w koronie.
Tak przynajmniej sądzą pracownicy EA, którzy drżą o to, czy nowi właściciele nie zaczną zaprowadzać nowych porządków i wpływać na proces produkcyjny. Szariatu zapewne nie wprowadzą, gdyż jedną ze stron konsorcjum jest także fundusz Affinity Partners, założony przez Jareda Kushnera, prywatnie zięcia Donalda Trumpa. Ale likwidacja różnych niepotrzebnych nowinek, takich jak przepisy antymobbingowe, zasady antydyskryminacyjne w miejscu pracy czy inkluzywność mogą pójść w odstawkę.
Przypomnijmy, że fundusz Kushnera miał również wyłożyć część pieniędzy na przejęcie Warner Bros. (m.in. HBO i TVN) przez Paramount, co zmroziło wszystkich przy Wiertniczej. Na szczęście udział Kushnera w tym akurat przedsięwzięciu najpewniej nie dojdzie do skutku.
To, co naprawdę może grozić pracownikom EA, to zwyczajne zwolnienie. Według świetnie poinformowanego w świecie gamingu Jasona Schreiera z Bloomberga, Saudowie będą celowali w szybki wzrost rentowności, czyli prawdopodobnie masowe pozbywanie się pracowników. Tym samym zaniepokojeni mogą być również sami gracze, gdyż w produkcjach EA pojawi się jeszcze więcej antykonsumenckich praktyk, takich jak niesławne lootboxy czy wyciąganie pieniędzy od dzieci.
Wzrost zysków w wyniku znaczącej poprawy jakości oferowanych produkcji zajmuje zwykle wiele lat, tymczasem Rijad będzie raczej niecierpliwy. Wojna w Iranie oraz kompromitująca klęska w konflikcie z Huti w Jemenie znacząco utrudnia eksport ropy, który i bez tego w długim terminie nie rokował zbyt dobrze. Świat zmierza w kierunku kolejnej fali szybkiej elektryfikacji, a z nafty prądu zwykle się nie robi. Saudowie muszą się więc mierzyć ze spadkiem popytu na surowiec, topniejącymi zasobami oraz problemami z wysyłką surowca w świat. Nic więc dziwnego, że desperacko poszukują nowych sposobów zarabiania pieniędzy.
Miasto za 9 bilionów
Ma im w tym pomóc projekt Saudi Vision 2030, którego celem jest transformacja gospodarki królestwa w nowoczesną, innowacyjną i opartą na wysokich technologiach. Gaming i e-sport to bardzo ważne elementy strategii Mohammeda bin Salmana. Gdy przeczyta się założenia Vision 2030, można mieć wrażenie, że czyta się konspekt jakiejś zachodniej korporacji. Wśród celów strategicznych znajdziemy na przykład, uwaga, „promowanie inkluzywności i zwiększanie uczestnictwa wszystkich grup demograficznych”.
„Zainicjowana w 2022 roku przez Jego Królewską Wysokość, Księcia Mohammeda bin Salmana, Narodowa Strategia Gier i E-sportu ma na celu uczynienie z Arabii Saudyjskiej globalnego centrum gier i e-sportu, przyczyniając się do dywersyfikacji gospodarczej, tworzenia miejsc pracy i poprawy jakości życia. Strategia koncentruje się na maksymalizacji wartości ekonomicznej sektora poprzez wspieranie innowacji, pielęgnowanie lokalnych talentów i tworzenie możliwości w całym łańcuchu wartości gier” – czytamy na stronie projektu.
Saudi Vision 2030 to jednak nie tylko gaming, ale cała przebudowa saudyjskiego państwa. Dalekosiężnym celem jest stworzenie dynamicznego społeczeństwa, w którym wszyscy obywatele mogą się rozwijać i realizować swoje pasje: „Podstawą silnej infrastruktury społecznej jest społeczeństwo, które ceni tradycje kulturowe, dumę narodową i nowoczesne udogodnienia, a jednocześnie ucieleśnia ducha nowoczesnego islamu i zapewnia skuteczne usługi społeczne”. Program opierać się ma zarówno na rozwoju technologii medycznych, usługach publicznych z prawdziwego zdarzenia oraz ambitnych – albo raczej szalonych – projektach budowlanych, takich jak zabudowa (sic!) Morza Czerwonego.
Co ciekawe, według analizy Center for Strategic & International Studies „Saudi Vision 2030 at Ten”, Rijad osiągnął pewne sukcesy. Przykładowo od 2016 roku zatrudnienie kobiet wzrosło z 20 do 34 proc. (czyli podobnie do Turcji), a panie mogą uczestniczyć w imprezach rozrywkowych czy nawet zawodach sportowych. Poprawia się również poziom edukacji, dzięki czemu nastąpić ma „saudyzacja rynku pracy”, czyli zastąpienie imigrantów zarobkowych pracownikami rodzimymi.
Jak każdy reżim autorytarny o mocarstwowych ambicjach, Arabia Saudyjska ma również na koncie kompletnie kuriozalne projekty. Jednym z nich jest chociażby budowa megamiasta Neom w prowincji Tabuk, którą w 2017 roku zainicjował sam książę bin Salman. Koszt inwestycji początkowo szacowany na ledwie 1,6 biliona (tak, biliona) dolarów, obecnie troszkę wzrósł – do niecałych 9 bilionów. Pracownicy z Afryki i Azji umierają tam masowo, ale zapobiegliwi Saudowie 80 proc. ich zgonów określają jako „przyczyny naturalne”. Oczywiście na miejscu panuje niespotykany wyzysk, a w celu realizacji projektu przymusowo wysiedlono ok. 20 tys. osób z plemienia Huwaytat. Kilka osób stawiało przy tym opór, więc skazano je na śmierć – w sumie mogliby ich wysłać na pobliską budowę, na jedno by wyszło.
Warto też dodać, że w klubie piłkarskim NEOM SC gra bramkarz reprezentacji Polski Marcin Bułka. Fajny pracodawca, panie kadrowiczu.
Kapitał wysokiego ryzyka
Skoro już przy piłce nożnej jesteśmy, to nie można zapominać o innym sztandarowym projekcie, który ma pokazać wszem i wobec, że Arabia Saudyjska to Holandia Bliskiego Wschodu. Mowa o Saudi Pro League, czyli tamtejszej najwyższej klasie rozgrywkowej. Saudowie wydali krocie na ściągnięcie naprawdę wielkich nazwisk, którym proponuje się kwoty istotnie wyższe niż pracownikom budowlanym w Neomie. Cristiano Ronaldo w Al-Nassr zarabia pół miliona euro… dziennie. Poza tym szejkom udało się skusić petrodolarami między innymi Francuza Karima Benzemę czy Brazylijczyka Neymara.
Na szczęście Leo Messi i Robert Lewandowski wybrali na piłkarską emeryturę nieco bardziej cywilizowane miejsce, czyli amerykańską MLS. Liga saudyjska słynie z bardzo kontrowersyjnych wyników, które wielu komentatorów wprost określa jako drukowane (nasz „Fryzjer” by się tam odnalazł) oraz bardzo niecodziennych zachowań kibiców, na przykład śmiejących się z niedawnej śmierci piłkarza.
Nie można traktować pieniędzy szejków jak każdych innych inwestycji. Kapitał z Rosji, Chin czy Arabii Saudyjskiej to finansowanie wysokiego ryzyka, wiążące się z obniżeniem standardów, podejrzanymi celami politycznymi czy likwidacją potencjalnych oponentów (przypomnijmy zabójstwo saudyjskiego dysydenta i dziennikarza Dżamala Chaszukdżiego w 2018 roku). Każdą saudyjską inwestycję trzeba traktować podejrzliwie, nieistotne czy to klub piłkarski, producent gier wideo czy, dajmy na to, rafineria w Gdańsku.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!