Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

72 godziny pod „amerykańską kopułą” jako nagroda pocieszenia. A co będzie zimą?

W związku z przyjazdem Kushnera i Witkoffa Rosja i Ukraina ogłosiły wstrzymanie wzajemnych ataków na trzy dni. Od początku września w stronę ukraińskiego terytorium wystrzelono ponad 3500 różnego rodzaju pocisków.

ObserwujObserwujesz
1
Serce
Walka

3

Jeden taki facet mówił, że zakończy wojnę w 24 godziny, dajcie mu tylko rozsiąść się w owalnym gabinecie i podzwonić po znajomych dyktatorach – przypominanie o tym ociera się już o publicystyczny krindż. Ale powiedzmy sobie szczerze: wiele osób, w tym Ukraińców, liczyło na jakiś przełom, który przyniesie prezydentura Donalda Trumpa. Zamiast przełomu mamy piąty rok wojny i końca wciąż nie widać. Dyplomatyczne wysiłki Trumpa i jego wysłanników z minionego tygodnia też nie przyniosły skutku. Znowu dowiedzieliśmy się, że gdyby Ukraina oddała terytorium, to byłoby po problemie, a tak w ogóle to niech przestanie ostrzeliwać rosyjskie rafinerie, bo te ceny na stacjach benzynowych, zwłaszcza diesla, to właśnie przez to. Nie przez wojnę z Iranem.

Czytaj także Marznąc w Kijowie Aleksander Palikot

Wizyta Jareda Kushnera i Steve’a Witkoffa w Kijowie, która odbyła się zaraz po ich podróży do Moskwy i była pierwszą wizytą trumpowskich posłów w ukraińskiej stolicy (w Moskwie Witkoff był kilkukrotnie od 2025 roku) miała jednak swoje dobre strony. Dała kijowianom i kijowiankom parę dni na ogarnięcie ważnych spraw. W końcu można było spokojnie pójść do urzędu czy centrum handlowego, pojechać metrem na lewy brzeg Dniepru. Bo w czasie alarmów powietrznych metro nie jeździ na drugą stronę rzeki, co mocno komplikuje logistykę. W związku z przyjazdem Kushnera i Witkoffa Rosja i Ukraina ogłosiły wstrzymanie wzajemnych ataków na trzy dni, więc nawet jeśli główny cel tej wizyty, czyli rozmowy pokojowe, nie został osiągnięty, to Ukraińcy w stolicy chętnie przyjmowaliby prominentnych trumpistów częściej. Z obiecanych 24 godzin na zakończenie wojny dostali przynajmniej 72 godziny, żeby pozałatwiać drobne sprawunki. Zjawisko to otrzymało nawet własną nazwę. To amerykańska kopuła, która zawisła nad Kijowem, przyczyniając się do powstania okolicznościowym memów.

Zamrozić Ukrainę

Poza tymi kilkoma dniami – od 5 do 8 września – Ukraina jest pod ciągłym ostrzałem. Jeśli zsumować dane z otwartych źródeł, to od początku września Rosja wystrzeliła w stronę ukraińskiego terytorium ponad 3500 różnego rodzaju pocisków, w tym dronów i rakiet. Wiele udaje się przechwycić, ale braki pocisków do Patriotów sprawiają, że Ukraina stała się bezbronna w sytuacji ataków balistycznych. Ukraińskiej armii jest też coraz trudniej z tzw. reaktywnymi dronami, które poruszają się za szybko i za wysoko, by drony przechwytujące mogły je łatwo neutralizować. Kreml oczywiście ma świadomość, z jakimi deficytami mierzy się Kijów, więc intensyfikuje ataki. Alarmy to już nie tylko domena nocy, coraz częściej ostrzały zdarzają się w ciągu dnia. Tylko od początku września zginęło w nich ok. 90 osób, a 600-700 zostało rannych.

Dyplomacja Trumpa rozpostarła nad Kijowem kopułę, ale kiedy tylko jej wysłannicy opuścili Ukrainę, wróciła wojna, która wchodzi w zimową fazę. Premier Serhij Korećkyj twierdzi, że kraj jest do niej przygotowany dużo lepiej niż rok temu. Na przełomie 2025 i 2026 roku zmasowane rosyjskie ostrzały nałożyły się na rekordowo niskie temperatury. Według pomiarów miniona zima była najmroźniejszą od 2010 roku, termometry pokazywały po -20 stopni. Na wielu osiedlach w Kijowie nie było ogrzewania przez kilka tygodni. Nad miastem zawisła groźba katastrofy humanitarnej, którą udało się zażegnać dzięki zewnętrznym akcjom, takim jak Ciepło z Polski dla Kijowa, nadejściu wiosny i – przede wszystkim – wytrwałości samych mieszkańców ukraińskiej stolicy.

Plan zamrożenia Ukrainy zimą poprzez niszczenie infrastruktury energetycznej Rosja realizuje od początku pełnoskalowej inwazji. Na przełomie 2022 i 2023 roku rosyjskie ataki nie przyniosły oczekiwanego przez Kreml efektu. Z jednej strony działała bardzo wysoka mobilizacja społeczna, z drugiej pomagała odziedziczona po ZSRR infrastruktura, tworzona na potrzeby sowieckiego przemysłu w Ukrainie. Po 1991 roku te moce okazały się przesadzone, ale to właśnie nadwyżka pozwalała lepiej radzić sobie z deficytami energii w początkowej fazie wojny.

Czytaj także Cynikom najtrudniej przeżyć wojnę Olena Babakova rozmawia z Mariją Mieżeńską

Rosja jednak kontynuowała swoją strategię i z roku na rok osłabiała ukraińską energetykę. Sowiecka centralizacja zaczęła działać na jej niekorzyść, zwłaszcza że Rosjanie znali dzięki temu specyfikę ukraińskich sieci. Kluczowym problemem, poza zdolnościami obrony przeciwlotniczej do efektywnego zapobiegania zniszczeniom, kluczowa stała się kwestia tempa napraw. W zależności od tego, jakiego rodzaju obiekty i sprzęty zostały uszkodzone, mogą one zajmować nawet wiele miesięcy. Wpływają na to zarówno pogłębiające się braki kadrowe, jak i długie terminy realizacji kontraktów na niezbędny sprzęt (np. zamówienie i produkcja wysokonapięciowych transformatorów to kwestia 12-18 miesięcy), jak również to, że część instalacji wymaga specyficznego sprzętu, właśnie sowieckiego typu, którego nie mają sojusznicy na Zachodzie. Trzeba go więc produkować na zamówienie. Na początku wojny naprawy były sprawniejsze, bo Ukraina dysponowała jeszcze zapasami magazynowymi odpowiednich, nazwijmy to, części zamiennych. Dla utrzymania jako takiej stabilności tego systemu to właśnie umiejętność przeprowadzenia naprawy zniszczonych elementów infrastruktury krytycznej szybciej niż niszczą ją rosyjskie rakiety jest dla Ukrainy sprawą zasadniczą.

Kiedy premier mówi o lepszym przygotowaniu kraju na tegoroczną zimę, ma na myśli decentralizację produkcji energii i decentralizację instalacji, tak by przynajmniej kluczowe obiekty miały autonomiczne zasilanie, sieć ciepłowniczą i wodociągową. Ukraina stawia więc teraz na małe elektrociepłownie gazowe i magazyny energii. Największa prywatna ukraińska firma energetyczna DTEK we współpracy z amerykańskim partnerem już rok temu uruchomiła kompleks takich magazynów o mocy 200 MW.

„Powtórzono już setki razy, że zima będzie ciężka, więc nie mam nic nowego do dodania. Nie mamy innego planu niż przetrwać tę zimę i to z godnością” – mówił Korećkyj, cytowany przez ukraińskie agencje.

Infrastruktura energetyczna za infrastrukturę energetyczną

Rosja, mimo że sama coraz mocniej pogrąża się w kryzysie wywołanym wojenną gospodarką i ukraińskimi nalotami na infrastrukturę paliwową (oraz magazyny platform handlu internetowego), nie szuka pola do negocjacji. Przeciwnie – zdaje się wierzyć, że jeśli jeszcze tylko trochę bardziej dociśnie Ukraińców, jeszcze mocniej zbombarduje Odessę, Dniepr i Kijów, to Putin uzyska pożądany wynik wojny. Tę strategię kwestionują już nawet propagandyści i tzw. Z-blogerzy, pytając, co to za dziwna wojna, w której „mnożymy wzajemnie swoje gospodarki przez zero, a front rusza się co najwyżej o kilka metrów”? W jaki sposób wzmocni to Rosję? Co to nam da, że zrównamy z ziemią Odessę? Nawet najbardziej zajadli miłośnicy imperialno-militarnej polityki Putina tracą wiarę, że na tej wojnie można cokolwiek wygrać.

Te pytania rodzą się na tle regularnych ukraińskich nalotów na terytorium Rosji. Zełenski już zapowiada, że ukraińska armia będzie atakować rosyjską infrastrukturę energetyczną, jeśli Kreml nie odstąpi od swoich planów. „Rosja wie, że jeśli zdecyduje się na atak – a zimą przygotowuje się do uderzenia w nasz system energetyczny – spotka ją to samo. Jeśli spowodują u nas przerwy w dostawach prądu, postaramy się odpowiedzieć w odpowiedni sposób” – mówił parę dni temu prezydent Ukrainy. Jednocześnie Zełenski zaproponował negocjacje i „energetyczny rozejm”, o którym chce rozmawiać z Donaldem Trumpem. W Rosji jego słowa uznano za groźbę eskalacji. Przez chwilę wydawało się nawet, że rozejm będzie, bo Trump coś takiego zasugerował, ale jak zwykle okazało się, że to tylko rojenia.

Wiele wskazuje, że nadchodząca zima będzie trudna nie tylko dla samej Ukrainy, ale i dla jej sojuszników. Zestrzelony w nocy dron nad Litwą, atak na przejście graniczne z Mołdawią i ostrzał Jahodyna tuż przy granicy z Polską pokazują, że Rosja testuje scenariusze eskalacji. W pobliżu zaatakowanych przy polskiej granicy obiektów znajdował się specjalny skład pociągu, którym podróżowali Carl Bildt i Boris Johnson. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to wymowny gest w stronę polityków, którzy na europejskiej scenie przyjęli rolę adwokatów Ukrainy.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
1
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x