Jako że zbliża się październik, trwa coroczna mordęga studentów związana z poszukiwaniem taniego i przyzwoitego lokalu, w którym uda się przetrwać rok akademicki. Chociaż liczba osób studiujących na polskich uczelniach z każdym rokiem rośnie, to miejsca w publicznych akademikach w tajemniczy sposób znikają. Przedpandemiczny rok akademicki 2019/2020 rozpoczęło 1,2 mln żaków, w roku 2025 w całej Polsce studiowało już 1,3 mln osób. To wzrost o niespełna 8,5 proc. Pomimo kryzysu demograficznego ludzi na polskich uczelniach przybywa, gdyż otworzyły się one na obcokrajowców. Już niemal co dziesiąty student nad Wisłą pochodzi z zagranicy. Nie ma w tym nic złego, tyle że włodarze szkół wyższych sprawiają wrażenie, jakby liczba uczących się w szkołach wyższych nad Wisłą szybko spadała.
Premia dla miejscowych
Według danych GUS w 2019 roku w domach studenckich można było ulokować 123,1 tys. osób. W 2024 roku miejsc w publicznych akademikach było już tylko 112 tys. Tak więc zamiast wzrosnąć o niespełna 9 proc., liczba miejsc dla studentów dokładnie o tyle spadła. Żeby zdobyć mieszkanie w uczelnianym akademiku, trzeba być albo niebywałym szczęściarzem, albo wręcz przeciwnie – pierwszeństwo (słusznie) mają osoby w trudnej sytuacji materialnej, życiowej lub zdrowotnej.
W Polsce teoretycznie istnieje bezpłatne szkolnictwo wyższe, do którego selekcja przebiega w czysto obiektywny sposób, na podstawie wyników z matury lub – w niektórych przypadkach – także dodatkowego egzaminu. Wydawałoby się więc, że zapewniono równość szans i ten, kto z niej nie skorzysta, pretensje może mieć wyłącznie do siebie. W praktyce wygląda to zupełnie inaczej. Premiowani są uczniowie nie tylko z najzamożniejszych domów, którzy mogą swobodnie przeprowadzić się nawet i do Bostonu czy Paryża, ale także ci zamieszkujący miasta akademickie. Czyli głównie kilka największych polskich aglomeracji, choć nie tylko. Ważnymi ośrodkami akademickimi są przecież także Lublin czy Opole. Zamieszkiwanie niedaleko uniwersytetu drastycznie zwiększa liczbę opcji dalszego kształcenia po ukończeniu szkoły średniej. W ten sposób teoretyczna równość szans w Polsce przegrywa z geografią – a to tylko jeden z czynników, które z tej rzekomej równości robią nierówności.
Według raportu Student na rynku nieruchomości 2025 Centrum AMRON i Związku Banków Polskich 41 proc. osób uczących się w polskich szkołach wyższych nie płaci za najem, gdyż mieszka u najbliższych – czyli najczęściej u rodziców. Mógłby ktoś zauważyć, że większość studentów jednak żyje poza domem rodzinnym, tylko że różnica na ich korzyść powinna być znacznie większa. Według niedawnych pogłębionych danych GUS w miastach wojewódzkich, które są też najczęściej głównym ośrodkiem akademickim w regionie, zamieszkuje tylko 20 proc. populacji Polski. Według publikacji The impact of system contraction on the rural youth access to higher education in Poland w 2018 roku odsetek studentów pochodzenia wiejskiego na najbardziej prestiżowych uczelniach w kraju wyniósł ledwie 18,5 proc., czyli był ponad dwukrotnie niższy, niż wynikałoby to z proporcjonalnego rozkładu ludności.
Zdecydowana większość pozostałych osób uczących się w szkołach wyższych w Polsce to najemcy. Według raportu AMRON 37 proc. wszystkich studentów w kraju najmuje nieruchomość na rynku komercyjnym. Kolejne 9 proc. mieszka w publicznym akademiku, co jest prawdopodobnie zawyżone – według GUS w domach studenckich żyje 6,4 proc. polskich żaków. W akademikach prywatnych mieszka ledwie 2 proc. osób kontynuujących edukację wyższą, a pozostali mają własną nieruchomość (8 proc.), płacą za najem, ale rodzinie (3 proc.) lub próbują przetrwać w jakiś inny sposób.
Lepiej na waleta niż pod mostem
Wśród najmujących ponad połowa dzieli lokal z jedną osobą, a niespełna jedną piąta z dwiema. 17 proc. musi się pomieścić w jednym lokalu z trzema lub więcej współlokatorami, a zaledwie 13 proc. jest w stanie samodzielnie utrzymać wynajmowaną nieruchomość. Wśród studentów dzielących mieszkanie z innymi, co czwarty dzieli z kimś także pokój. Prawie 15 proc. z więcej niż jedną osobą.
Nic dziwnego, że tak wielu studentów pomieszkuje w jednym pokoju z innymi. Lepiej się pomęczyć niż umrzeć z głodu. Według danych serwisu Otodom wybierając dwupokojowe mieszkanie w Warszawie dzielone z kimś zamiast samodzielnego najmu kawalerki można zaoszczędzić średnio 1,3 tys. zł miesięcznie. Przy najmie dwóch pokoi w cztery osoby oszczędność rośnie nawet do 2,3 tys. Oczywiście życie w dwupokojowym mieszkaniu w cztery osoby, które często są sobie obce, nie jest szczególnie komfortowym doświadczeniem, ale nie każdy ma ok. 2 tys. zł na czynsz (lub przeszło 3 tys. na kawalerkę). A możliwości szukania alternatyw topnieją. Co prawda w ostatnim czasie czynsze za najem tkwią w stagnacji, ale topnieje liczba ofert najmu. Według Otodom na koniec lipca dostępność lokali w ośrodkach akademickich rok do roku spadła – w Poznaniu aż o 29 proc. Wyjątek stanowił Kraków, gdzie zanotowano przyrost o 7 proc.
Według raportu JLL niezaspokojony popyt na zakwaterowanie studenckie w Polsce sięga nawet 400 tys. łóżek, z czego sama Warszawa odpowiada za niedobór rzędu 60 tys. miejsc. W teorii w całym kraju miejsc w publicznych akademikach starczyłoby dla 9 proc. żaków, ale w niektórych miastach ten odsetek wynosi ok. 7 proc. – mowa o Poznaniu i o Warszawie właśnie. Mimo to i tak drobna część łóżek nie jest obsadzona, gdyż część domów studenckich nie odpowiada współczesnym standardom. Brakuje „jedynek”, łazienki i toalety trzeba dzielić z kilkunastoma osobami, a niektóre pomieszczenia wymagają remontu. Nic dziwnego, że rozwija się rynek prywatnych akademików. Według JLL w 2025 roku miały one w ofercie 16,5 tys. łóżek, a kolejne niespełna 8 tys. jest w przygotowaniu. Tylko w zeszłym roku przybyło 3,5 tys. miejsc w prywatnych domach studenckich, co oznacza wzrost o ponad jedną czwartą. Obłożenie w takich placówkach jest bardzo wysokie i wynosi 96 proc.
Oferta premium
Problem w tym, że prywatne akademiki są opcją dla studentów, którzy poradziliby sobie na rynku komercyjnym. Przyjrzyjmy się kilku ofertom tego typu. Przykładowo Shed Co Living przy ulicy Żwirki i Wigury (Ochota) oferuje Compact Studio (16 m. kw. z aneksem kuchennym, łazienką i toaletą) za 3050 zł wraz z opłatami i WiFi. Około 20-metrowe Classic Studio to już wydatek rzędu 3,3 tys. zł, a na Deluxe Studio (27 m. kw.) w skali miesiąca trzeba wyłożyć niespełna 3,5 tys. zł. Za takie kwoty można znaleźć samodzielne kawalerki i to w lepszych lokalizacjach niż Ochota. Student Depot przy stacji metra Wilanowska ma w ofercie pojedyncze pokoje – za 2,5 tys. zł miesięcznie da się tam nająć pokój w 4-osobowym mieszkaniu z dwiema łazienkami wraz z toaletami. 27-metrowa kawalerka dla dwóch osób z oddzielnymi łóżkami to wydatek 2 tys. zł za osobę, czyli dokładnie tyle samo, co w wyliczeniach serwisu Otodom dla rynku komercyjnego, tylko że tam każdy z lokatorów miałby własne pomieszczenie. Owszem, Student Depot w cenie oferuje także dostęp do siłowni, pokój do nauki, a nawet pokój gier z konsolą PS5, ale nie każdy student ma chęci lub czas, by z tych uciech korzystać. W domu studenckim przy ul. Stalowej 58 można zamieszkać w izbie dwuosobowej za tysiąc złotych, ale pod warunkiem podpisania umowy na 12 miesięcy, poza tym trzeba jeszcze doliczyć 200 zł miesięcznych opłat.
Zwiększenie dostępności akademików znalazło się wśród obietnic wyborczych wszystkich ugrupowań tworzących rządzącą koalicję. Nieistniejąca już Trzecia Droga proponowała nawet „akademiki za złotówkę” dla studentów z mniejszych miast. Po niemal trzech latach można już stwierdzić, że z tych szumnych zapowiedzi nie wyszło zupełnie nic. A
Młode Polki i Polacy wytrzymają. Jak mówi miejska legenda, student potrafi nawet zalać herbatę wodą po parówkach, byle przyoszczędzić.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!