Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Powstał rezerwat, ale w rzece nadal nie ma wody

W środkowej Dolinie Małej nie ma już wody trzeci rok z rzędu. Tracę nadzieję na to, że zobaczę tutaj jeszcze wodę za mojego życia.

ObserwujObserwujesz
Daniel Petryczkiewicz
Walka

26 sierpnia o godzinie 10.15 na terenie Nadleśnictwa Chojnów odbędzie się uroczyste podpisanie zarządzenia w sprawie utworzenia dwusetnego nowego rezerwatu przyrody ustanowionego w trakcie obecnej kadencji Sejmu RP – Doliny Rzeki Małej. W uroczystości wezmą udział między innymi ministra klimatu i środowiska Paulina Hennig-Kloska oraz generalny dyrektor ochrony środowiska Piotr Otawski.

Myślę o ambiwalentnych uczuciach, które mną targają. Z jednej strony cieszę się, że Dolina Małej i sama rzeka będą jeszcze ściślej chronione. To, co uwiera mnie jak kolec dzikiej róży w bucie, to pytanie, jak bardzo się spóźniliśmy i czy na pewno władze kierują się w tej sprawie dobrem Przyrody.

Czytaj także Skończmy z przywilejami Lasów Państwowych – dla dobra przyrody Przemysław Stefaniak rozmawia z Markiem Józefiakiem

Jeśli chodzi o degradację i osuszenie terenu tworzonego rezerwatu, główną przyczyną opóźnienia w jego ochronie jest jego zarządca, czyli Lasy Państwowe. To dlatego mam ogromne wątpliwości co do intencji tej instytucji. Nie wierzę ani trochę w szlachetne pobudki dotyczące ochrony Przyrody. Dostrzegam w tym raczej zaspokajanie chwilowej koniunktury i rzucanie zielonych ochłapów ekologicznej „bańce”.

Wiem i rozumiem, że Przyroda na tym skorzysta, ale akurat Dolina Małej jest już chroniona jako użytek ekologiczny, a Lasy Państwowe idą w tym wypadku na łatwiznę zamiast objąć ochroną nowe tereny w okolicy albo wykazać się odpowiedzialnością i bez zbędnej zwłoki utworzyć lasy społeczne na terenie Nadleśnictwa Chojnów. Tak opisałem tę skomplikowaną historię w mojej pierwszej książce, Mała historia znikania:

*

„Małą historia znikania”, okładka książki Daniela Petryczkiewicza

18 grudnia 2024 roku na obszarze Środkowej Doliny Małej rada gminy Piaseczno jednogłośnie powołała największy na Mazowszu użytek ekologiczny. Teren jest zarządzany przez Lasy Państwowe, więc formalnie wniosek o powołanie użytku złożyło Nadleśnictwo Chojnów.

Miałem w sobie ogromne wzruszenie, kiedy kierowałem do radnych słowa podziękowania. Myślałem o latach rozjeżdżania tego terenu przez quady, osuszania i niszczenia tam bobrowych, czy wreszcie o nierentownej gospodarce leśnej. Na osobną wzmiankę zasługuje tu opieszałość leśników, którzy zadanie powołania terenu chronionego mieli dawno wpisane w plan urządzenia lasu. Jednak tak bardzo „zależało” im na Przyrodzie, że zajęło im to niemal dekadę.

Uwłaszczone przez PiS i Solidarną Polskę Lasy Państwowe zajmowały się przez ostatnie lata pozyskiwaniem drewna, aby zasilać niezliczone fundacje partyjnych dygnitarzy i umacniać lokalne pisowskie władze. Ochrona przyrody była przedstawiana jako lewacki wymysł, którego upolityczniona instytucja nie miała zamiaru wspierać. Zła wola nadleśniczego z Chojnowa i celowe opóźnianie tematu sprawiły, że użytek ekologiczny powołano niemal w ostatniej chwili. Gdyby nie udało się to w ramach bieżącego plan urządzenia lasu, trzeba byłoby czekać na ustanowienie kolejnego, a to długi proces. Mała mogłaby tego nie dotrwać, choć i tak nie wiadomo, czy nie wykonano tego kroku za późno.

Ogromne zasługi w powołaniu tak dużego terenu chronionego ma kierowniczka wydziału ochrony środowiska w gminie Piaseczno Sylwia Kalinowska – wyjątkowo zdeterminowana, aby szukać rozwiązań dobrych dla całego ekosystemu, w tym także ludzi. Sylwia towarzyszyła mi na różnych etapach tworzenia opowieści o Małej. Wiem z naszych rozmów, że ta opowieść pomagała jej uwierzyć, że ochrona tego terenu jest możliwa, potrzebna i że nie ma już ani chwili do stracenia. Wykazywałem ogromną niecierpliwość i nerwowość podczas gromadzenia przyrodniczej dokumentacji i prac administracyjnych – ale się doczekałem.

Omawiany fragment doliny rzeki Małej w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat przechodził burzliwe przemiany. Na początku XX wieku był to obszar silnie zmeliorowany i w dużej mierze użytkowany rolniczo, potem praktycznie w całości objęty był dosyć intensywną jak na tereny podmokłe gospodarką leśną. Obecnie jest rozległym i „dzikim” – jak na standardy południowego Mazowsza – obszarem, w obrębie którego główną rolę pełnią spontaniczne procesy samoregulacji środowiska przyrodniczego.

Dzisiaj, kiedy krajobraz większości Polski, ale i całej Europy jest kreowany przez człowieka (włączając w to również obiekty, gdzie na szeroką skalę prowadzone są działania ochrony czynnej, mające doprowadzić do ściśle zaplanowanych przez człowieka efektów), tego typu obszary mają niezwykły walor przyrodniczy. Obecny obraz znacznej części drzewostanów na omawianym terenie, mogący jawić się jako katastrofa ekologiczna (masowe zamieranie drzew), jest efektem działających tu procesów naturalnych, których obserwowanie w dzisiejszych czasach jest już coraz większą rzadkością. Zakłócanie tych procesów w jak najmniejszym stopniu, objęcie jak największej powierzchni doliny ochroną bierną oraz pozwolenie na spontaniczną regenerację siedlisk zgadzałoby się z coraz częściej docenianą w Unii Europejskiej ideą „ochrony dzikości”.

Projekt użytku został świetnie przemyślany. Jest naturalnym przedłużeniem ciągnącego się od północy obszaru Natura 2000 „Łąki Soleckie”. W całości mamy ponad 350 hektarów i 6,5 kilometra ciągłości ekologicznej terenu chronionego. Wspaniała wiadomość dla Przyrody. Oczywiście przy założeniu, że będzie się jej praw przestrzegać.

Czytaj także Cztery etapy wysychania. Czy rzeki mogą umrzeć z pragnienia? Daniel Petryczkiewicz

28 lutego 2025 roku poszedłem do Doliny nagrywać żurawie. Tak jak w czasie tej wędrówki, zszedłem z grobli, aby ruszyć w górę rzeki. Po przekroczeniu jednej z bobrowych tam zastałem widok jak po masywnej wycince. Wszystkie drzewa leżące w poprzek koryta – potężne i zalegające tam od dekad, pocięto, wyciągnięto z koryta i ułożono na brzegu. Częścią z nich zapchano nory bobrowe. W samej rzece oczywiście wciąż nie było wody. Tym bardziej poraziła mnie bezsensowność działania, na które patrzyłem.

Z punktu widzenia zdrowia rzeki drzewa leżące w korycie są dużo cenniejsze niż te stojące na brzegach. Oczyszcza się na nich woda, kwitnie bioróżnorodne życie w postaci wilgociolubnych porostów, grzybów, śluzowców czy różnych organizmów rzecznych, na przykład wielu gatunków chruścików. Kłody nadrzeczne to świetne miejsce na polowanie dla zimorodka czy sowy, nie mówiąc o tym, że umożliwiają przejście przez rzekę lisowi czy sarnie. Przewrócone do wody drzewa wspomagają także renaturyzację wyprostowanego koryta rzeki oraz naturalną retencję korytową.

Natychmiast podniosłem alarm, zarówno przez media elektroniczne, jak i wnosząc bezpośrednią informację do Wydziału Środowiska gminy Piaseczno oraz fundacji Alarm dla Klimatu w Piasecznie. Tak jak się spodziewałem, odbiło się to szerokim echem, a sprawa zbulwersowała społeczność lokalną i internetową. Wody Polskie stanowczo zaprzeczyły dokonywaniu jakichkolwiek interwencji w korycie rzeki Małej na obszarze chronionym. Szybko wyszło na jaw, że za dewastację użytku ekologicznego „Rzeka Mała” odpowiedzialne jest samo Nadleśnictwo Chojnów.

„Po raz pierwszy od kilku lat wystąpiły warunki umożliwiające uporządkowanie rzeki […]. Sprzyjające warunki atmosferyczne i terenowe (brak wody i zamarznięta gleba) pozwoliły na udrożnienie koryta rzeki. Prace polegały na przecięciu powalonych naturalnie drzew na krótsze odcinki i wyniesieniu ich z koryta rzeki. Martwe drewno pozostawiono na brzegach do naturalnego rozkładu. Opisane działania wykonano bez użycia ciężkiego sprzętu, w sposób najbardziej ograniczający negatywny wpływ na środowisko” – napisał Sławomir Fiedukowicz, starszy specjalista służby leśnej do spraw promocji i edukacji.

W korycie rzeki na obszarze chronionym znajduje się ponad dwadzieścia tam bobrowych, naturalnych bystrzy i wypłyceń, które spowalniają przepływ wody – o ile akurat płynie. Jest to sytuacja zupełnie naturalna w dziczejącej rzece. To dzięki temu w Dolinie mogą regenerować się ekosystemy mokradłowe, które w tym właśnie miejscu są przedmiotem ochrony. Usunięcie drzew leżących w poprzek koryta na odcinku 500 metrów ma się więc nijak do rzekomej drożności rzeki na całej jej długości. W odległości kilometra od zdewastowanego obszaru brzegi spinają dziesiątki przewróconych drzew, które tworzą ten niesamowity, unikalny, chroniony krajobraz Środkowej Doliny Rzeki Małej.

Widok na użytek ekologiczny „Rzeka Mała”.
Widok na użytek ekologiczny „Rzeka Mała”. Fot. Daniel Petryczkiewicz

Znaczna część pociętych pni drzew leżała w korycie dużo dłużej, niż pan Fiedukowicz jest na swoim stanowisku. Niektóre z nich – a znałem je wszystkie osobiście – były już piastunkami: na ich ciałach zaczęły wyrastać siewki olch i wiązów. Do tej pory nikomu nie przeszkadzały. Jak się później dowiedzieliśmy, „wyczyszczenie” odcinka rzeki wiązało się z rzekomym zapewnieniem bezpieczeństwa wspomnianej wcześniej kamiennej zastawce znajdującej się w górze rzeki, za groblą. Czy pozwolenie wodno-prawne sprzed dekad było rzeczywistym pretekstem do dewastacji? Nie wiem. Jednak presja społeczna związana z tak bezsensownym działaniem okazała się skuteczna.

Cztery dni później, 4 marca, ówczesny dyrektor generalny Lasów Państwowych Witold Koss odwołał nadleśniczego Nadleśnictwa Chojnów Sławomira Mydłowskiego. W specjalnym oświadczeniu napisał: „Błędy w zarządzaniu najcenniejszymi przyrodniczo drzewostanami w Polsce są niedopuszczalne i nie mogą pozostać bez stanowczej reakcji ze strony DGLP. Oczekuję od leśników większej wrażliwości na ochronę przyrody i oczekiwania społeczne. Dotychczasowy automatyzm i schematyczne działania powinny odejść do lamusa. Otoczenie lasów się zmieniło i niektórzy leśnicy muszą to wreszcie zrozumieć”.

Historię tą opisały chyba wszystkie media w Polsce. Ja pisałem o tym dla Krytyki Politycznej. Pomimo odwołania nadleśniczego Mydłowskiego, w Chojnowie dalej rządzi ta sama ekipa. Pan Artur Pacia, ówczesny zastępca Mydłowskiego, dziś jest nadleśniczym.

*

Czytaj także Patriotyczna partyzantka rzeczna – bo suche jest bezbronne Katarzyna Przyborska rozmawia z Danielem Petryczkiewiczem

Stoję na grobli łączącej wsie Banacha i Dobiesz, w samym środku ustanawianego właśnie rezerwatu. Patrzę na północ. Gdybym nie wiedział, że lekkie zagłębienie w gargantuicznie wybujałej roślinności jest korytem rzeki, przeszedłbym wobec tego miejsca obojętnie. Zamiast wody koryto wypełniają dwumetrowe pokrzywy, niecierpek, uczep amerykański i rdest plamisty. Turzyce, kosaćce, żywokost lekarski i inne wilgotnolubne rośliny, które zwykle tutaj rosły, zanikają.

W środkowej Dolinie Małej nie ma już wody trzeci rok z rzędu. Mrużę oczy. Próbuję przypomnieć sobie, kiedy szedłem tędy pierwszy raz, wędrując Doliną od początku do ujścia Rzeki. Łąki i mokradła w środkowej Dolinie Małej były wtedy całkowicie pod wodą. Na niebie szalały bekasy, krzyczały żurawie, lęgły się czajki. Patrzę na południe. Bliźniaczy widok zamknięty jest ciemniejącą na horyzoncie ścianą olsu. Wyschniętego na wiór.

Z roku na rok tracę nadzieję na to, że za mojego życia zobaczę tutaj jeszcze wodę. Zanurzam rękę w roślinność. Dotykam ziemi. Unoszę zaciśniętą pięść. Rozwieram palce. Wiatr rozwiewa mursz – rozłożony, martwy już torf.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x