Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Obserwuj Obserwuj

Z celi na front. Skazańcy ochoczo wstępują do ukraińskiej armii

Więźniowie dołączają do armii, bo chcą bronić kraju i zacząć życie od nowa. Dla wielu punktem honoru jest powrót do domu z frontu, a nie z kolonii karnej.

Silhouette of a person saluting in a prison corridor with barred cell doors on both sides perhaps a hallway.
WTF

1

10 kwietnia 2024 roku Werchowna Rada Ukrainy przyjęła Ustawę o mobilizacji niektórych kategorii skazanych, która weszła w życie w maju. Osadzeni zyskali możliwość zawarcia kontraktu z Siłami Zbrojnymi Ukrainy (SZU) i otrzymania warunkowego przedterminowego zwolnienia.

Wojskowi nie tylko przyklasnęli temu rozwiązaniu, ale nawet lobbowali na jego rzecz. Systematyczny werbunek więźniów prowadzi kilkadziesiąt formacji. Chętnych nie brakuje. Według stanu na kwiecień bieżącego roku do ław ZSU dołączyło ponad 12 tys. osób z 26 tys. odbywających karę pozbawienia wolności.

Ukraina otworzyła armię dla więźniów

Większość dowódców opowiedziała się za rekrutacją więźniów jeszcze w 2022 roku, gdyż ukraińska armia cierpi na chroniczny brak ludzi – w lutym bieżącego roku, jak twierdzą eksperci „The Times”, wojsko potrzebowało co najmniej 250 tys. żołnierzy. Poza tym wojskowi nie traktowali kryminalnej przeszłości potencjalnych rekrutów jako przeszkody, bo – zdaniem Dmytra Kucharczuka, zastępcy dowódcy 3. Brygady Szturmowej ds. wsparcia psychologicznego – zmotywowani i odpowiednio wyszkoleni osadzeni mogli wykazać się skutecznością na polu boju.

W tym samym czasie Ministerstwo Sprawiedliwości pracowało nad projektem przeciwdziałającym stygmatyzacji osób odbywających karę pozbawienia wolności. „Jeśli do brygad szturmowych trafiają zwykli ludzie, mogą się tam znaleźć także więźniowie” – komentowała wiceministra Ołena Wysocka w wywiadzie dla radia „Swoboda”.

Czytaj także Tysiące osadzonych w koloniach karnych Rosjanek marzy o wyjeździe na front Violetta Wiernicka

W Ukrainie pojawił się klimat sprzyjający przyjęciu odpowiedniej ustawy, której projekt opracowali deputowani frakcji parlamentarnej Sługa Ludu przy merytorycznym wsparciu Ministerstwa Sprawiedliwości i wojska. Początkowo urzędnicy zamierzali tworzyć jednostki składające się wyłącznie z byłych skazańców. Spotkali się z protestami dowódców, zdaniem których dołączając do już istniejących formacji rekruci szybciej adaptują się do życia w wojsku, a ich bardziej doświadczeni koledzy będą im służyć przykładem.

Ustawa zakazuje służby wojskowej skazanym m.in. za przestępstwa seksualne, zabójstwo dwóch i więcej osób, zdradę stanu, terroryzm, śmierć spowodowaną jazdą po spożyciu alkoholu, poważne przypadki korupcji, a także uzależnionym od alkoholu i narkotyków oraz skonfliktowanym z więzienną administracją. Recydywa nie dyskwalifikuje kandydata, a ciężkie choroby zakaźne, np. gruźlica i HIV, tak. Osadzony ma możliwość wyboru jednostki, ale o jego przyjęciu decyduje jej dowódca.

Werbunek składa się z kilku etapów. Najpierw – na oficjalną prośbę więźnia – administracja zakładu karnego wyraża zgodę na rozpoczęcie procedury rekrutacji. Potem kandydat staje przed komisją lekarską. Gdy zostaje uznany za zdolnego do służby, spotyka się z wizytującymi zakład karny rekruterami. Celem wizytatorów jest eliminacja tych, którzy za wszelką cenę pragną opuścić więzienie, a nie bronić kraju. Ostateczną decyzję w sprawie kandydata podejmuje dowódca jednostki na podstawie raportu rekrutera (w razie odmowy osadzony może starać o miejsce w innych formacjach). Dalej administracja kieruje do sądu wniosek o przedterminowe zwolnienie. Po otrzymaniu decyzji więźniowie podpisują kontrakt z SZU i wyjeżdżają do jednostki, gdzie najpierw przechodzą 10-dniowy proces adaptacji, a następnie 21-dniowe szkolenie wojskowe, po którym wyruszają na front, gdzie przez rok znajduje się pod dozorem administracyjnym.

Już w ciągu pierwszych dwóch tygodni po wejściu w życie ustawy podania o przyjęcie do armii napisało 4 564 z 26 tys. osadzonych. Do podpisania kontraktów dopuszczono ponad 13 proc. odbywających karę pozbawienia wolności.

Jak wygląda rekrutacja więźniów do armii?

Rekrutację rozpoczęła wspomniana 3 Brygada Szturmowa, w szeregach której na własne życzenie znalazł się żołnierz o pseudonimie „Tocha”, skazany na cztery lata za ciężkie uszkodzenie ciała. Chciał pójść na front od razu po wybuchu wojny i zaczął wysyłać podania z prośbą o mobilizację do poszczególnych jednostek, szefów więziennictwa, Ministerstwa Sprawiedliwości. W wyniku braku rozwiązań prawnych dostawał negatywne odpowiedzi. W maju 2024 roku, w chwili wejścia ustawy w życie, zostały mu dwa miesiące odsiadki. Mimo to wstąpił do ZSU. „W przeszłości zrobiłem wiele złego, teraz nadszedł czas na czynienie dobra” – tłumaczył swoją decyzję dziennikarzom portalu Unian.ua.

Tocha dużo myślał o tym, jak potraktują go dowódcy i nowi koledzy: „Spodziewałem się samych złych rzeczy. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że nie rozbiorą mnie do naga i nie każą iść do ataku. Bałem się, że moja przeszłość stworzy problemy. Tak się nie stało. Wszystkich tutaj traktuje się jednakowo. […] Jeśli dobrze wykonujesz swoje obowiązki, nie usłyszysz złego słowa. Najważniejsze to osłaniać swoich kolegów, którzy potem osłonią ciebie”.

Podobnie jak większość byłych osadzonych, Tocha nie skończył 40 lat. Ale są też osoby znacznie starsze, na przykład 58-latek o pseudonimie „Francuz”. Jego rodzina pochodzi z pewnego okupowanego miasta w obwodzie ługańskim, gdzie mężczyzna przez wiele lat pracował w kopalni. Został aresztowany w Gruzji, ponieważ – jak opowiadał portalowi Antikor.ua – wrobili go skorumpowani policjanci. Po ekstradycji do ojczyzny rozpoczął procedurę rekrutacji do SZU.

Czytaj także Rosyjski Epstein. Jak działała sieć bogaczy-pedofilów w Moskwie i Petersburgu Violetta Wiernicka

Francuz przyznaje, że w jego wieku życie w okopach jest wyczerpujące. Ale zaciska zęby, bo chce mścić się na Rosjanach. „To oni przyszli do nas” – mówi. Marzy, by po wojnie pojechać do Paryża, gdzie obecnie mieszkają jego żona i córki. Chciałby zabrać w podróż 51-letniego kolegę o pseudonimie „Siawa”, którego kryminalna kariera rozpoczęła się 35 lat temu w Polsce, gdzie aresztowano go za nielegalne posiadanie broni. Od tamtego czasu Siawa niemal nieprzerwanie przebywał w więzieniu. Ale teraz pragnie odzyskać – jak to ujął – „wolność, godność i sens życia”. Patrzy w przyszłość z optymizmem, choć jest przygotowany na najgorsze. Trzy tygodnie po spotkaniu z dziennikarzami Siawa spełnił swoje marzenie o wolności, ale zapłacił za to bardzo wysoką cenę: po amputacji obu nóg i większości palców u rąk został uznany za niezdolnego do służby i zwolniony do domu.

Więźniarki na froncie

W ukraińskim wojsku służbę pełni ok. 230 więźniarek. Dysproporcja pomiędzy kobietami i mężczyznami wynika w dużej mierze z faktu, że w ukraińskich zakładach karnych siedzi zaledwie 1500 kobiet. Poza tym można domniemywać, że nie wszystkie jednostki chcą je rekrutować. Sugeruje to przypadek operatorki dronów o ps. „Kupo”, której podanie odrzuciło 46 formacji. Skazaną w wieku 23 lat za przestępstwo, którego natury nie ujawniła mediom, przyjął batalion „Szkwał” 59. Brygady, gdzie – jak twierdzi – może być pożyteczna i wnieść swój wkład „w nasze wielkie zwycięstwo”.

Poza tym naczelnicy więzień próbują przekonać kobiety, że wstąpienie do ZSU oznacza nieuniknioną śmierć i namawiają na „spokojną odsiadkę”. Zetknęły się z tym operatorki dronów z tej samej jednostki, siostry Natalia i Elwira Kamieńskie (pierwsza dopuściła się kradzieży, druga zabójstwa). Zignorowały dobre rady, gdyż nie chciały, by ich dzieci wstydziły się swoich osadzonych matek. „Teraz mój dziesięcioletni syn chwali się, że jestem na wojnie” – mówi Elwira dziennikarzom „Deutsche Welle”.

Jako operatorki dronów siostry Kamieńskie i Kupo wyruszają na pierwszą linię, gdzie spędzają 10 dni, wyszukując ukrywających się w lesie Rosjan. Potem przekazują dane kolegom, którzy niszczą wroga dronami FPV. Natalia twierdzi, że dowódcy są zadowoleni z jej dokonań. Jest dumna, że po wielu miesiącach służby może dzielić się własnym doświadczeniem z młodszymi kolegami,

Natalia Kamieńska nie myli się co do opinii swoich zwierzchników. Major Mykoła Kriukow ze „Szkwalu” mówi, że lepszych wojaków ze świecą szukać. Także major Witalij Łytwyn z brygady „Rubiż” chwali osadzonych i żałuje, że „nie rozpoczęto [werbunku więźniów] wcześniej”.

Byli więźniowie walczą, ale wciąż mają mniej praw

Ustawa o mobilizacji niektórych kategorii skazanych dyskryminowała byłych więźniów. W odróżnieniu od swoich kolegów nie mieli oni prawa do corocznych urlopów. Jeśli zostali ranni, po wyjściu ze szpitala nie przysługiwały im urlop i wypłaty na poratowanie zdrowia. Kobiety nie otrzymywały urlopu na czas porodu i po nim. Nie było możliwość przenosin z jednej jednostki do drugiej; także w razie pogorszenia stanu zdrowia żołnierz nie mógł wykonywać pracy na innym stanowisku. Uniemożliwiono awanse na kolejne stopnie wojskowe.

Czytaj także Łotwa wymaga lojalności. Rosyjskojęzyczni mieszkańcy muszą wybrać Violetta Wiernicka

Praw osadzonych bronili prawnicy z organizacji pozarządowych. 4 sierpnia ich działania przyniosły sukces, choć niepełny – Werchowna Rada przyjęła poprawki do ustawy o werbunku osadzonych. Byli więźniowie nabyli prawo do 15-dniowego urlopu, 90-dniowego odpoczynku po powrocie z niewoli oraz przenosin z jednostki do jednostki. Warunkiem jest zakończenie jednorocznego dozoru administracyjnego. Kobiety otrzymały dodatkowe dni wolne na czas porodu i prawo do urlopu macierzyńskiego.

Byli skazańcy nadal nie mają prawa do pochówku na Alejach Sławy, gdzie spoczywają ci, którzy oddali życie za Ukrainę. Akceptują swoją niższą pozycję, bo sama służba wydaje im się przywilejem.

Komentarze

Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
0
Komentujące wszystkich krajów, łączcie się!x