W pierwszych miesiącach pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę mieszkałaś w Buczy. Na platformach społecznościowych dzieliłaś się historią, w której opowiadasz, że to właśnie wtedy, po ciemku, z rakietami za oknem, postanowiłaś zostać komiczką.
Tak, wróciłam wtedy z Krakowa do Buczy, żeby zamieszkać z byłym już chłopakiem. Nie odzywał się do mnie miesiąc i myślałam, że jest po gościu, ale nagle zadzwonił z cudzego konta na Messengerze. Powiedział: „Przepraszam, że się nie odzywałem, ale pierdolnęła rakieta, urwało mi spodnie i telefon gdzieś wypadł”.
Wania jest wojskowym, więc większość czasu siedziałam sama. Cały czas napierdalało rakietami, więc moje życie sprowadzało się do siedzenia na materacu w korytarzu, zgodnie z zasadą dwóch ścian. Potrzebowałam odreagować.
Wtedy w podziemnych pubach w Kijowie pojawiły się pierwsze open miki. Uznałam, że się zapiszę i tak się zaczęło. Nie było zbyt wielu ludzi na widowni, komików może z dziesięcioro. Gdy zaczęliśmy się śmiać z tych wszystkich okropnych rzeczy, poczuliśmy ulgę. Chociaż zazwyczaj żarty były wycelowane w Rosjan, żeby obniżyć ich znaczenie, obśmiać.
Jak wspominasz swoje początki na scenie?
Jak to się mówi, szybka bomba i do domu, zwłaszcza w kontekście open mików w Ukrainie. Bywało różnie. Potem rozstałam się z Wanią i wyjechałam do Polski.
Z czego najłatwiej żartować w Polsce?
Najłatwiej żartuje mi się na tematy polsko-ukraińskie. Połowę swojego materiału mogłabym stworzyć na podstawie tego, że kradniemy Polkom pracę i facetów. Ludzie zawsze się śmieją i to obniża całe napięcie między nami. Społeczeństwo jest osłuchane z tym, że Ukraińcy są powodem całego zła w Polsce, więc takie żarty blisko życia trochę rozbijają tę propagandę.
Występujesz w języku polskim, ale ostatnio ogłosiłaś, że zastanawiasz się nad stand-upem po ukraińsku.
Tak, w Ukrainie kultura stand-upowa jest bardziej rozwinięta, stand-up jest tam naprawdę popularny. Mam wrażenie, że jak Polacy gdzieś wychodzą wieczorem, to pierwszą myślą jest kino, koncert, bar. W Ukrainie istnieje taka kategoria jak wyjście na stand-up, a od początku pełnoskalowej inwazji scena jeszcze bardziej się rozwinęła.
Ludzie tego potrzebowali, a poza odcięliśmy się od sceny rosyjskiej. Wcześniej współdzieliliśmy jedną przestrzeń kulturową – Ukraińcy występowali po rosyjsku, komicy z Rosji do nas przyjeżdżali, wszystko zlewało się ze sobą. Odkąd część rosyjska odpadła, komicy zaczęli grzebać we własnym ogródku i 90 proc. z nich przerzuciło się z języka rosyjskiego na ukraiński. Wszyscy chcieli pokazać, że mamy inny mental, że jesteśmy innym narodem niż Rosjanie, że to nie są „nasi bracia”, a często była taka narracja ze strony Rosji.
Podczas wojny część komików z Rosji sprzedała się władzy, by nieść propagandę w świecie komediowym. Lub zostali do tego zmuszeni. Ich występy sponsoruje Gazprom i państwo. Jeden z najpopularniejszych komików w Rosji, Nurlan Saburow, Kazach, zachowuje się tak, że od razu wiadomo, po której jest stronie. Podczas jego występu w Los Angeles na scenę weszła ukraińska malarka, Julia Kosiwczuk. Miała na sobie sukienkę zafarbowaną czerwoną farbą, symbolizującą gwałty na kobietach w Buczy. Saburow zażartował, że chyba ma okres.
Gdy komedia łączy się z wojną, często pada pytanie: czy można żartować w czasie wojny? Uważam, że to źle postawione pytanie, coś w stylu: czy w czasie wojny można chodzić do parku?, zupełnie jakby ludzie nie żyli w międzyczasie. Jednak niektórzy faktycznie są oburzeni. Pod jedną z twoich rolek widziałam komentarz Ukraińca, który zarzucał ludziom, jak mogą w ogóle się śmiać, biorąc pod uwagę całe to okrucieństwo. Czy to nie jest przekraczanie granicy przyzwoitości?
Mam wrażenie, że ludzie mają błędne postrzeganie tego, jak wygląda wojna. Przecież podczas drugiej wojny światowej też istniały podziemne kabarety, nie siedziało się tylko w okopach. Czasem nawet, za przeproszeniem, ludzie pierdzieli.
Zawsze ktoś będzie urażony, ale dostaję też masę komentarzy w stylu: „Dzięki, ratujesz moją banię”. Jest taki popularny komediowy kanał na YouTubie, Lwy na Jeepie (Леви на джипі) i wojskowi go uwielbiają. Siedzą sobie w Ługańsku, oglądają filmiki na telefonie i się zaśmiewają. To też rodzaj kulturowego frontu.
Zresztą mój były chłopak opowiadał mi, jak to wygląda na samym froncie. Połowę wyparłam, żeby się nie traumatyzować, ale humor jest zawsze i we wszystkim. Na przykład: Wania siedział na kiblu i nagle przyleciała rakieta, więc wybiegł bez spodni, żeby się schować. To jest okropne, ale jak nie będziemy z tego żartować, to się zajebiemy.
Na jednym z występów opowiadałaś, że na przerwie zaczepiła cię kobieta, która ekscytowała się, że Ukraińcy pobili Polaków w piłkę, ale uciszyłaś ją, by tak nie żartować, bo jeszcze nie masz polskiego obywatelstwa. Jakie są granice żarciochów?
Powinny mieć granice z 1991 roku.
Na zeszłorocznej edycji festiwalu MDAG był taki film Coexsitence, My Ass! o izraelskiej stand-uperce, Noam Shuster Eliassi, która poprzez swoje żarty próbuje opowiedzieć Żydom o Palestynie i potrzebie koegzystowania, eksplorując w ten sposób aktywistyczne strony humoru. Wierzysz w komediowy aktywizm?
Moim zadaniem jest rozbawić ludzi, a jeśli przy okazji uda się coś zmienić czy oswoić, to świetnie. Ale raczej nie myślę: „O, teraz muszę napisać bit o biednych uchodźcach”. To się wywodzi z życia.
A taki komik, Zełenski, kojarzysz?
Coś słyszałam.
Przyznał, że rozśmieszyłby samego Putina. Ta odwaga jego komizmu wydaje mi się szczególnie ciekawa w kontekście politycznego ego. W końcu istnieją politycy, którzy prędzej zaatakują cały świat, niż przyznają się do błędu. Nie wyobrażam sobie innego prezydenta niż Zełenski, który nagrałby rolkę z nosem klauna. Na ile w komedii trzeba pozbyć się swojego ego?
Słuchaj podcastu:
Żeby skutecznie robić komedię, trzeba nauczyć się żartować z siebie i dostrzegać absurdy w swoim życiu i zachowaniu. To pomaga w życiu, szczególnie w trudnych chwilach. Dzięki autoironii praktycznie zawsze wygrywamy. Złotą zasadą komedii jest to, że zawsze uderza się w siebie lub w górę, nigdy w dół, inaczej wychodzi żenująco.
Wróćmy do ciebie. Nie dość, że baba, to jeszcze z Ukrainy. Wyobrażam sobie, że nie miałaś najłatwiejszego startu na stand-upowej scenie.
Bycie babą z Ukrainy to faktycznie okoliczności utrudniające, ale z drugiej strony wyróżniające. Szczególnie na scenie pełnej chłopów naśladujących Paczesia.
Na początku inni komicy traktowali mnie jak powietrze. Ale najzabawniejsza sytuacja wydarzyła się kilka miesięcy temu, kiedy pojechałam z chłopakiem na open mic w Gliwicach w lokalu Pierwsza Polka. Kuba wcześniej zapisał nas na listę, miało wystąpić dziewięciu komików i ja. Pan prowadzący nie wiedział, kim jestem, ale jak mnie zobaczył, to się ucieszył i oznajmił ze sceny, że już myślał, że będzie tu jakiś Ukrainiec, ale na szczęście nie, przyszła piękna pani. Gdy wchodziłam na scenę, powtórzył dumnie, że to nie Ukrainiec, a piękna kobieta i w dodatku pierwsza Polka w Pierwszej Polce. A mój materiał zaczyna się słowami: „Cześć, jestem Daren i pochodzę z Ukrainy”. Dawno nie było takiego szaleństwa na sali.
Po wszystkim prowadzący podszedł do mojego chłopaka i to jego przeprosił za całą sytuację.
Czyli zabrałaś Polkom miano pierwszej Polki. Tak jak pracę i mężczyzn.
Tak. Zabieram im wszystko, co najgorsze.




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)

Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!