Jakub Nowacki: W twoim biogramie na stronie wydawcy przeczytałem, że zawsze jarałeś się kampem. Jak to się stało, że zainteresował cię John Williams? Jego chłodny, precyzyjny styl i surowa fraza wydają się zaprzeczeniem tego żywiołu.
Maciej Stroiński: Fakt, Williams jest niekampowy. No i kein Problem. W tłumaczeniu, jak w aktorstwie, chodzi przecież o to, by na chwilę być kimś innym: wypowiadać cudze słowa. Dla mnie było to wyzwanie, by mówić głosem hetero, nie przeginać się w przekładzie – tym chętniej podjąłem misję. Skądinąd podobnie czynię, gdy chcę kogoś wyrwać: udaję faceta. Nie zgadzam się z polityką tożsamości, że czarnych autorów powinni przekładać czarni (pamiętasz wiersz na inaugurację Bidena?), a transów grać transy. Cała zabawa w zawodzie tłumacza polega zaiste na tym, by mówić nie swoim głosem. Być może dlatego dostaję na warsztat przeważnie facetów, bo głos mam wysoki, babski, nie do pomylenia, więc muszę jak Thatcher sztucznie go obniżać.
Pisarstwo Williamsa tkwi na antypodach mojego autora firmowego, Oscara Wilde’a, którego przekładem debiutowałem. Główni bohaterowie Butcher’s Crossing, Stonera i Augusta żywią typowo faceckie marzenia typu rzucić wszystko i wyjechać w góry, zostawić po sobie ślad, take over the world. Cierpkie to sukcesy. Niektóre postaci bywają wręcz homofobiczne, jednak mam wrażenie, że autor identyfikuje się raczej z ofiarami niż szerzycielami tej fobii (gejaszkowi Walkerowi nadał panieńskie nazwisko własnej matki i swój ciężki nałóg nikotynowy, ciotencji Mecenasowi – swą pretensjonalność). Tłumaczenie tego pisarza okazało się dla mnie dragiem: występem drag kinga. Kiedyś zdarzyło mi się przełożyć coś jako kobieta, więc w drugą stronę też umiem.
To już trzecia książka Williamsa, którą przełożyłeś. Pierwszy był wydany w 2023 roku Stoner. Jak się przekonuje wydawcę, żeby wydać taką powieść? Zwłaszcza że nie byłeś pierwszy, dziewięć lat wcześniej ukazała się w przekładzie Pawła Cichawy pod tytułem Profesor Stoner.
Było akurat na odwrót. Oni przekonali mnie. Odwrócę zatem pytanie: jak się przekonuje tłumacza, by przełożył taką powieść? Wciąż pamiętam tego maila, w tytule stał jakiś „stoner”. Pomyślałem, że to nonfik o narkomanii. Po pobieżnej kwerendzie dotarło do mnie, co mi zaproponowano; zatkało mnie. Uznałem, że komuś na mózg padło: stawiałem może nie pierwsze, ale nadal wstępne kroki na drodze przekładu literackiego, a tu taki banger na moje ramiona. Lubię chore akcje i poszedłem w to jak w dym, chociaż miałem tremę milion.
Dariusz Sośnicki przyznał mi się potem, że to on wysunął pomysł, by powierzyć mi Stonera. Redagował wcześniej mój przekład satyry o kanibalach i na tej podstawie doszedł do odważnego wniosku, że podołam. Było jak w American Beauty: pozwolono wykazać się świeżakowi (Sam Mendes), ale na wszelki wypadek przydzielając mu bardzo doświadczonego, zasłużonego partnera w procesie twórczym (autora zdjęć, Conrada C. Halla). Opiekę redakcyjną sprawował Sośnicki, a tekst zredagowała Justyna Żebrowska, wybitna edytorka, obecnie prezeska Forum Redaktorów i Korektorów. Stoner wyszedł, zażarł, sprzedał się; pojawiło się pytanie, co z Augustem i Buczersem. Tego drugiego nie było wcześniej po polsku, więc nie główkowaliśmy, kto go przetłumaczy – a pierwszego wznawiać czy przekładać od początku? Stoner zdobył rozgłos w Polsce dopiero za drugim razem, przy wtórnej translacji; poszliśmy za ciosem i pyknąłem całość kanonu Williamsa.

Poprzedni przekład Stonera ukazał się w Wydawnictwie Sonia Draga, które wydaje także Jonathana Franzena. Swoją drogą, jako franzenowy ultras, muszę powiedzieć, że jemu też przydałyby się nowe przekłady. Może ty byś się podjął? Byłoby to piękne.
Jeśli Franzen znaczy prestiż, to, rzecz jasna, biorę. Doceniam twą wiarę we mnie, ale przypominam: wszystko da się spieprzyć. Zresztą co ma tłumacz do gadania? Ja tu tylko sprzątam na umowę o dzieło. Zlecą, to pomyślę. Skoro ci zależy, to działaj, kolego. Wpiszę cię do karneciku na drugą połowę roku 2027. Powiem jak pewien fachman z jednego z krakowskich teatrów, który rzucił kiedyś do oświetleniowców, wychodząc z pracy do domu: „Sami się z tym jebcie”.
Nie masz w ogóle wrażenia, że wśród tłumaczy z języka angielskiego zaszła pewna zmiana pokoleniowa? Ty, Tomasz S. Gałązka, Aga Zano, Kaja Gucio… Nie chcę umniejszać waszym wielkim poprzednikom w tym fachu, ale jednak trochę chcę: to jest czas młodych tłumaczy, macie lepszą czutkę językową, nie tylko do idiomów współczesnych, ale też – jak w twoim przypadku – bardziej klasycznych.
Serio widzisz mnie w tym gronie czy tylko tak mówisz, bo chcesz mi posłodzić? Zaszczytne towarzystwo, ale wpuszczasz mnie na te salony naprawdę niezasłużenie. Wymieni ludzie pióra to nie są „młodzi” tłumacze, tylko doświadczeni, zasłużeni, nagradzani, wzięci autorzy przekładów, osoby fachowskie. Ja przy nich wymiękam stażem i dorobkiem; jestem może nie półzielony, ale nadal ćwierćzielony; wbiłem do tego zawodu i sam nie wiem, kiedy zeń wybiję, ale znając siebie…
W temacie: młodość a przekład. Jurorowałem w konkursie na tłumaczenie dramatu irlandzkiego. Byłem ciekawy adeptów zawodu, by wybadać konkurencję. Wniosek: młodzi przekładacze mają narzędzia, mają warsztat, miewają talent, ale brak im, hm, bezczelu. Tłumaczyli fajnie, poprawnie, niekiedy z biglem, ale sztuki raczej nie tworzy się „poprawnie”, tylko w szale twórczym, furor poeticus, i tak polecałbym ją spolszczać. To live dangerously, ryzykować, podejmować grube decyzje, być gotowym na to, że przekład się zesra albo ktoś cię obsmaruje.
Nie taka powinna być młodość? Skądinąd nie jestem jej fanem. Moi tłumaccy idole, jak to z idolami, to osoby mniej lub bardziej wiekowe lub w ogóle martwe. Hanna Szumańska-Grossowa, Ryszard Engelking, Wanda Kragen, Bartłomiej Zborski, Jerzy Jarniewicz, Wiesław Szymona, Adam Pomorski – to name just a few. Koty niech się uczą od nich, co to znaczy piękno. Co nie wyklucza estetycznego buntu. Trzy razy miałem okazję ostro przekroczyć dekorum, co uczyniłem z dziką satysfakcją w dwóch Auslanderach (Matka na obiad i Żal po napletku) i w redakcji Kurewien Camilli Sosy Villady, którą zwulgaryzowałem i poprzeginałem, poczynając od tytułu, prawem elgiebeta: jestem mniejszością, to mogą mi skoczyć.
Odkąd tłumacze przestali być anonimowi, trafili na okładki, coraz częściej słuchamy, co mają do powiedzenia, i nierzadko okazuje się, że są to rzeczy dużo ciekawsze niż te, które mówią o dziełach krytycy i literaturoznawcy. Czytasz książki przekładoznawcze, interesuje cię teoria przekładu?
Tak i nie. Ciekawią mnie wyłącznie uwagi praktyków dotyczące rzemiosła. Z chęcią i pożytkiem czytam refleksje translatologiczne Dedeciusa, Tabakowskiej, Barańczaka, Łukasiewicz, Jarniewicza, Kureckiej czy wywiady z tłumaczami, ale odrzuca mnie od teorii przekładu, która zajeżdża laboratoryjnym (albo gorzej: urzędowym) zaduchem.
Translatologia ma sens, dopóki jest opisowa, a nie normatywna: gdy przedkłada fakty nad pomysły własne. Dla mnie tłumaczenie, podobnie jak tworzenie i ogólnie życie, jest procesem organicznym i w dużej mierze samoistnym, więc jeżeli działa, mało mnie obchodzi jak. Przekładoznawstwo, jak zauważyłem, nierzadko przyjmuje wielce uczony, napuszony ton i usiłuje wykazać, że przekład literacki jest zajęciem nieziemsko, podniebnie skomplikowanym, którym można się parać tylko za cenę braku życia osobistego. Oh yeah? Jeśli ktoś pisze w sposób wysilony, przeczulony, neurotyczny, powiemy, że nie tworzy, tylko wypaca; podobnie wolno traktować tłumaczenie, które więdnie i blednie od nadmiaru samoświadomości. Albowiem, jak stwierdził Goethe, teoria jest szara, a zielone jest tylko drzewo życia. W pracy translatora radziłbym stawiać raczej na swobodę, intuicję, wyczucie i ucho; nie zabierajmy chleba redaktorom: to oni są od psucia zabawy i osadzania nas w siodle.
A nie boisz się, że wam, tłumaczom, chleb zabiorą duże modele językowe? Domyślam się, że to pytanie, które możesz dostawać ze strony wujów i ciotek przy świątecznym stole.
Afirmuję sztuczną inteligencję, bo to świetne narzędzie do riserczu i główkowania. Wyobrażam sobie sytuację, w której AI sam tłumaczy literaturę, bo też sam ją tworzy – lecz pewnie w takim wypadku również sam ją czyta, żywi ludzie bowiem nie będą już reflektować. Dlatego z zasady nie oglądam nowo produkowanych filmów, które tworzą nie artyści, tylko badania fokusowe. Aktorów wolę w teatrze, ponieważ tam nawet w silnie „nieorganicznych” instalacjach Łukasza Twarkowskiego oglądamy trójwymiarowych przedstawicieli naszego gatunku, a nie jedynie piksele; zawsze jakaś cząstka prawdy przedrze się ze sceny. W gastronomii i kosmetologii też obserwujemy odwrót od chemii i powrót do prostoty. Myślę, że podobnie będzie w sztuce, w tym literaturze: postawimy na pracochłonniejsze i droższe, ale jednak rękodzieło.
Wróćmy do Williamsa. Julian Barnes w swoim eseju o Stonerze zauważył, że ta powieść zdobyła większą sławę w Europie niż w Stanach. Zdaniem Barnesa tym, co może odrzucać jankeskiego czytelnika od twórczości Williamsa, jest kameralny wymiar tego pisarstwa oraz jego niewątpliwy pesymizm. Myślisz, że są jeszcze jakieś powody popularności Williamsa w Europie?
Sądzę, że szalę przeważyła flaubertowskość Stonera. (Skądinąd Butcher’s Crossing ze swą obsesją detalu i fizycznego konkretu też wywodzi się z Flauberta, ale mniej jawnie niż Stoner). Nie bez powodu to właśnie francuski przekład (autorstwa Anny Gavaldy) rozsławił tę powieść. Nie chcę iść w stereotypy na temat Ameryki, którą odwiedzam jak dotąd wyłącznie mentalnie, ale z drugiej strony chcę. Trudno nie zgodzić się z Reném Girardem: ludziom należy pokazać, co ma się im podobać, bo sami nie wiedzą. Francuscy arbitrzy wysuczu orzekli, że Stoner jest boski, tak więc Ameryka oraz reszta świata poszła za ich przewodem. Nie inaczej to wygląda w polu filozofii: jak Paryż powie, tak jest. Lecz nawet Francuzi, najbardziej irytujący naród pod słońcem, czasem mają rację. Chwała im za to, że they know a pearl when they see one.

A jak jest z Butcher’s Crossing? To western, a więc gatunek amerykański w sensie ścisłym, ale z drugiej strony dekonstrukcja westernu, krytyka amerykańskiego mitu o Dzikim Zachodzie, antyutopia.
Nie ukrywajmy: Butcher’s Crossing świeci blaskiem odbitym. Gdyby nie młodszy brat, Stoner, pies z kulawą nogą, a zwłaszcza w Europie, nie zainteresowałby się tym antywesternem o strzelaniu do bizonów i traceniu złudzeń. Z drugiej strony, gdyby nie Buczers, nie byłoby Stonera; to w swej pierwszej dojrzałej powieści John Williams stał się pisarzem, a Stoner stanowi rzadki przypadek przebicia debiutu. Chciałbym wyczerpująco odpowiedzieć na twoje pytanie, ale trudno mi ocenić, która z powieści Williamsa jest „lepsza” lub dlaczego bardziej poczytna. Nie mam na ich temat zdania. Każda z nich przeszyła mi serce, przeprogramowała mózg, przeorała ciało. Wszystkie okazały się dla mnie Heideggerowskimi „wydarzeniami”, powalającymi doświadczeniami, o których trudno się mówi. Otworzyłem się, a co przeżyłem, to moje.
Nie chciałbym już nigdy więcej pracować w ten sposób: tłumaczyć potem, krwią i łzami. Wyglądało to trochę jak w Bartonie Finku, najlepszym filmie o procesie twórczym. Szczególnie trafili ze sceną, gdy John Goodman, jeszcze w pełni swojej tuszy, biegnie korytarzem płonącego hotelu ze strzelbą w ręce i drze się na całe gardło: „I will show you the life of the mind!” Odpowiadając na niezadane pytanie, nad czym obecnie pracuję, pochwalę się, że nad Szekspirem. I to nad jedną z jego krwawych masakr. Mam nadzieję, że Stoner, gdzie Szekspir służy za koło zamachowe, uchroni mnie przed zbytnim uwikłaniem w obecną robotę; chrzest bojowy już przeszedłem, teraz mogę zasuwać profesjonalnie, na chłodno.
Andrew Rowcroft zauważa, że tym, co łączy bohaterów Stonera i Butcher’s Crossing jest ich specyficzna „polityka porażki” – obydwaj, mówiąc Debordem, „tracą, ale tracą naprawdę”, odrzucają heroizm i indywidualizm na rzecz oswajania porażki, cierpienia i osobistych katastrof.

Trzy kanoniczne powieści Williamsa to Bildungsromany, jeśli tak się to odmienia. Nie wiem, czy ich główni bohaterowie rezygnują z indywidualizmu, ale na pewno układają się w dupie: okazują się takimi lub innymi życiowymi przegrywami, choćby rządzili całym światem (Oktawian August), no i muszą coś z tym począć. Rozwinąć się albo zwinąć. Moja guru, Agata Bielik-Robson (także w KP dawniej czczona, przed antyliberalnym odchyłem lewicy, powiedziała kiedyś w wywiadzie, że dojrzewanie to po prostu stopniowe tracenie złudzeń, a człowiekowi dojrzałemu najbardziej przystoi uczucie rozczarowania. Tak jest i w życiu, i w literaturze. Losy bohaterów Williamsa można nazwać, owszem, „polityką porażki” albo bardziej swojsko, za Freudem: „przerabianiem czarnej rozpaczy na zwykłe ludzkie nieszczęście”.
Oglądałeś filmową adaptację Butcher’s Crossing (2023, reż. Gabe Polsky)? Co o niej myślisz jako doktoryzowany filmoznawca? Czy trzeba ostrzegać czytelników, żeby najpierw przeczytali książkę, bo inaczej będą już mieli przed oczami szlachetne oblicze Nicolasa Cage’a, który wcielił się w tym filmie w Williama Andrewsa?
Doktor filmoznawstwa mówi: książka lepsza. „Nadmienię, że to moja subiektywna opinia, bo filmu nie widziałem” (Masłowska, Między nami dobrze jest). Tylko trailer. Faktycznie ostrzegam przed twarzą Nicolasa Cage’a, który – jak to ryj z Hollywoodu – jest za ładny do tej roli, choć Miller też może pochwalić się pełnym garniturem śnieżnobiałych zębisk. Aktora w roli Andrewsa dobrali niegłupio, „po warunach”, jak to mówi się w teatrze. Obejrzę, jeśli dożyję. Oglądam tylko stare kino, sprzed 2000 roku, musi zatem minąć jeszcze co najmniej dwadzieścia pięć lat, by film się zestarzał.
Bywa, że tłumacze przekładają na jakiś oswojony we własnym języku literackim idiom. Czy przy przekładaniu Williamsa miałeś jakiś punkt odniesienia? Czy jest ktoś w literaturze polskiej, kto przypomina ci Williamsa?
W polskiej – chyba nie. Chyba że uznać przekład Pani Bovary pióra Ryszarda Engelkinga za część literatury polskiej, a to nie jest niemożliwe (por. poglądy translatologiczne Jerzego Jarniewicza). Williams jawnie inspirował się Flaubertem, co próbowałem wykazać w posłowiu do Stonera. Zanim siadłem do roboty, przeczytałem na świeżo tę francuską arcypowieść „z obyczajów prowincji”. Piękny, precyzyjny, rzeczowy, a zarazem ironiczny przekład Engelkinga przyświecał mi niczym gwiazda poranna, gdy pieściłem się ze Stonerem.
Punktem odniesienia przy pracy było również samo życie: realia akademickie, w tym egzaminy doktorskie, znam z pierwszej ręki. Inkrustowałem przekład dwoma kryptocytatami z Iwaszkiewicza, bo tak jakoś mi spasiło. Za słabo znam się na literaturze, żeby szafować diagnozami, ale myślę, że w sztuce powściągliwości blisko Williamsowi do Szymborskiej, nawet tej z Lektur nadobowiązkowych. Chętnie zapytałbym ciebie jako literaturoznawcę: czy jest ktoś w literaturze polskiej, kto przypomina ci Williamsa?
Żaden ci ja literaturoznawca, ale chyba rzeczywiście nikogo takiego nie ma. Iwaszkiewicz byłby tu rzeczywiście dobrą intuicją. Parnicki? Chyba nie łączyłoby ich zbyt wiele poza fascynacją Cesarstwem Rzymskim. Tak jakby polska proza wciąż „chorowała na Gombrowicza”, mniej u nas tego dobrze skrojonego protestanckiego realizmu, pewnie dlatego tak łakniemy „wielkiej amerykańskiej powieści”. No właśnie, a jest ktoś z amerykańskiego kanonu, kogo chciałbyś przełożyć? Nie chciałbyś włączyć się w projekt nowych tłumaczeń Faulknera?
Bitch, please! Ty myślisz, że jeszcze się nie włączyłem? Jak tłumaczka mojej klasy miałaby nie dostać do roboty pisarza tej klasy? Będzie wyglądało, że pytanie ustawione, ale proszę mi wierzyć: Kuba nie miał pojęcia, że trafia w dziesiątkę, dając mi okazję do „bragi”, jak mówią raperzy.
A z Faulknerem było tak: przetłumaczyłem dla Znaku biografię Sebalda, którego nazwisko podobno wymawia się [zejbald], więc na własny użytek nazywam go Zjebaldem. Pracując nad tekstem, miałem dojmujące i niepokojące wrażenie, że przekładam życiorys własnego ojca, który wprawdzie nie był pisarzem, ale urodził się rok po Sebaldzie, także całe życie palił i nosił wąsy (to cecha charakterystyczna wielu panów urodzonych w drugiej połowie lat 40.), też około 1968 opuścił kolebkę rodzinną i wyjechał w pizdu, byle dalej, również chorował na serce i nie wylewał za kołnierz, jego ojciec, a mój dziadek urodził się w Giermanii, no, wiele wątków się zgadzało. Niezła książka, fajna praca. Dogadaliśmy się z wydawnictwem, że skopię kolejną cegłę o wielkim artyście; po dłuższym czasie pojąłem, że jednak wolałbym nie, bo moją domeną jest literary fiction. No i za karę dostałem Faulknera. Trzeba było widzieć, jak ja nie protestowałem… Tym bardziej że kiedyś już było blisko, bym tłumaczył Hemingwaya w innej oficynie, lecz wtedy uznano, że nie jestem godzien.
W literaturze amerykańskiej mam jedno marzenie: napisać po polsku cokolwiek Edmunda White’a, klasyka przeginki. Serdecznie zazdraszczam Krzysztofowi Zabłockiemu, że trafiły mu się The Loves of My Life, wspomnieniówka, książka testament, w której ta przeciota już kompletnie nie pierdoli się w tańcu (przekład wyjdzie w Czarnem). Z drugiej strony jestem ugadany na Alana Hollinghursta, pierwszego gejowskiego pisarza z Bookerem, tak więc krzywdy nie ma.
William Stoner chował się przed światem w zaciszu biblioteki, sublimował niepowodzenia w życiu osobistym w literaturze, William Andrews z Butcher’s Crossing puszcza się w żywioł dzikiej przyrody i poluje na bizony. Co jest bliższe tobie, cisza natury czy cisza biblioteki? Marzysz o swoim własnym tłumackim Walden?
Wychowałem się pośród przyrody i dlatego jej nie znoszę. Pochodzę ze świętokrzyskich pól i lasów, z pięknej, lecz półdzikiej, na wskroś prowincjonalnej i najbardziej polskiej Polski; wspaniale rozumiem, co Marks ma na myśli, gdy wspomina w Manifeście komunistycznym o „idiotyzmie życia wiejskiego”. Wyrwałem się ze wsi już jako piętnastolatek i była to najlepsza decyzja w moim życiu. Po prostu, jak Mata, „miałem już dość tego ciepła i piękna”. Teraz, jako mieszczka, kiedy jeżdżę odpoczywać, to nigdy „na łono”, a zawsze na city breaki. Powieść Butcher’s Crossing też nie żywi złudzeń: życie w naturze to nie jest żadna sielanka, nie rób tego w domu!
Tłumackie miejsce mocy mam w czytelni polonistyki na UJ (pięknie ją odpicowali) i u siebie w mieszkaniu na krakowskiej Krowodrzy, gdzie gniję w otoczeniu książek, których nadobecność mnie uspokaja. W konflikcie natury z kulturą wybieram to drugie, nie licząc łóżka, gdzie rządzi prawo pożądania. Kiedyś snułem wizje, żeby rąbnąć wszystkim i nie tyle wyjechać w Bieszczady, ile wstąpić do klasztoru, najlepiej monastycznego. W okolicy czterdziestych urodzin przez dwa miesiące codziennie peregrynowałem swoim Fiatem Panda na Srebrną Górę do eremu kamedułów. Cudownie mi to zrobiło. Wiary mi nie brakuje, ale, całe szczęście, nie mam powołania, więc mogę cieszyć się życiem.
To do którego z bohaterów Williamsa jest ci najbliżej: Williama Stonera, Oktawiana Augusta czy Williama Andrewsa?

Bardzo miło z twojej strony, że wymieniasz te postaci i nie pierwszy raz mi kadzisz, but let’s be real: najbliżej mam do Charlesa Walkera, szwarccharakteru ze Stonera, pretensjonalnego i nieforemnego buca, który „kocha się inaczej” w swoim promotorze. Passusy na jego temat oraz jego wypowiedzi tłumaczyło mi się lekko i bezoporowo. Odczuwam ponadto duchowe powinowactwo z Julią, córką Oktawiana, rzymską lambadziarą, bywalczynią łaźń publicznych. Wielbię Mecenasa, zblazowaną starą ciotkę z tendencją do hipochondrii; liczę, że to uwielbienie przekuje się w los i też pozyskam majątek, którym będę mógł obdzielać aspirujących artystów. W świecie Butcher’s Crossing koleżankuję się z cichodajką o złotym sercu imieniem Francine. Podobnie jak ona nie wziąłbym udziału w wyprawie na zachód, przezimowałbym na miejscu, czekając, aż chłopy wrócą, i dopiero wtedy spełniłbym się jako wypoczynek myśliwego.
**
Maciej Stroiński – tłumacz literacki, krytyk teatralny. Przekłada z angielskiego prozę i dramaty, m.in. Oscara Wilde’a, Johna Williamsa, Shaloma Auslandera, Davida Sedarisa, Petera Shaffera i biografię W.G. Sebalda. Uczy na MISH UJ. Członek Polskiego PEN Clubu i Stowarzyszenia Bears of Poland.


![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)


Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.