Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Archidziaderstwo kontra archifeminizm

Feminizm w architekturze to nie dodanie kilku toalet, ale bardziej radykalna i polityczna odnoga inkluzywności. To myślenie o tym, jak sprzątać budynek i myć w nim okna. Albo czy efektowną elewacją nie tworzymy ulicy, którą nieprzyjemnie przejść po zmroku.

Rozmowa
Kontekst

🧱 „Archidziaderstwo” to zbiór systemowych problemów w architekturze – od szowinizmu i nierówności płac po zamknięcie na różnorodność i projektowanie „pod jednego użytkownika”.

👩‍💼 Zjawisko dotyczy zarówno warunków pracy (np. niższe zarobki kobiet), jak i samej przestrzeni, która często utrwala nierówności i pomija potrzeby różnych grup.

🌍 Mimo rosnącej świadomości i działań oddolnych zmiana postępuje powoli, bo największy opór wciąż stawiają struktury władzy i tradycyjne instytucje branży.

Walka

W sierpniu 2024 roku członkinie inicjatywy Bal Architektek opublikowały na Instagramie post o składzie Zarządu Głównego Stowarzyszenia Architektów Polskich (SARP). Na piętnaście osób przypadają dwie architektki – trzynaście procent.

Post ukazał się w tym samym roku, w którym Agata Twardoch została urbanistką Gliwic, Aleksandra Wasilkowska projektowała feministyczną przestrzeń dla Rzeszowa, a w Warszawie otwierało się Queer Muzeum. W tym samym roku SARP świętował 90 lat istnienia. Od 1934 roku Stowarzyszenie miało 25 prezesów i tylko jedną prezeskę – Agnieszkę Kalinowską-Sołtys.

Bal Architektek to inicjatywa założona w 2021 roku przez trzy architektki: Dominikę Janicką, Barbarę Nawrocką i Dominikę Wilczyńską. Na Instagramie publikują biogramy architektek, komentują branżową rzeczywistość i zbierają dane, których nikt inny nie chciał zestawiać. A dane mówią same za siebie: na wydziałach architektury trzech największych polskich politechnik w 2024 roku kobiety stanowiły od 65 do 73 procent studiujących. Najnowsze raporty mówią, że ten odsetek obecnie wzrósł nawet do 76,1.

Widać zatem wyraźną przewagę kobiet na studiach architektonicznych. Co się z nimi dzieje po zdobyciu dyplomów magistra inżyniera? Gdzie znikają? Zapytałam założycielki Balu.

Czytaj także Ego architekta kontra empatia architektki Paulina Januszewska

Aleksandra Wiśniewska: Co konkretnie pchnęło was do stworzenia Balu? Jakiś konkretny moment, sytuacja, zdarzenie – czy po prostu ogólna frustracja?

Dominika Janicka: Co tu dużo mówić – złość jest świetnym motorem do działania. Ile można się kisić w środowisku, które pomimo dużej liczebnej obecności kobiet jest nadal bardzo męskie? Ile można oglądać na konferencjach architektonicznych te same męskie twarze? Stwierdziłyśmy, że musimy przejąć narrację.

Bal Architektek to wyraźna kontra do Balu Architekta. Co znaczy to „przejęcie” nazwy – symbolicznie i praktycznie?

DJ: Przede wszystkim praktycznie. Bal Architekta to towarzyska impreza branżowa, łącząca zabawę (często w formie tematycznych przebrań) z integracją środowiska projektowego. Jej początki sięgają czasów sprzed II wojny światowej, a tradycja ta jest kontynuowana do dziś. Nazwa, mimo rosnącej liczby kobiet w środowisku, do tej pory nie została zmieniona.

Bal Architektek tworzymy po godzinach pracy, nie czerpiąc z niego praktycznie żadnych finansowych korzyści, więc chcemy, żeby był przede wszystkim dla nas, ale też, żeby po prostu sprawiał nam przyjemność. „Przejęcie” nazwy ma wymiar symboliczny. To lekki, trochę ironiczny gest odwrócenia porządku w zawodzie, który przez dekady był opowiadany głównie z męskiej perspektywy. Cała konwencja „balu” pozwala nam przekazywać poważne treści w lekkiej formie – mówić o realnych problemach w zawodzie, a jednocześnie bawić się konwencją i korzystać z języka współczesnej kultury, także kultury memów.

Skąd w ogóle termin „archidziaderstwo”? Co się za nim kryje?

DJ: Wszystko, co złe w branży. Szowinizm, niskie zarobki, śmieciowe umowy, płacenie pod stołem, brak otwartej głowy na różnorodność, uwielbienie dla betonu, przewracanie oczami na dźwięk żeńskich końcówek, negowanie wartości architektury krajobrazu czy wnętrz. Możemy długo wymieniać.

Każda z was pracowała w tradycyjnych pracowniach. Jak wyglądało wasze codzienne doświadczenie archidziaderstwa – czy to były duże gesty, czy raczej małe, codzienne drobiazgi?

DJ: Klasycznie: niższe zarobki, gorsze opcje awansu, okazjonalne „komplementy” od szefostwa. Niestety, widzimy po naszych wiadomościach prywatnych, że takie sytuacje nadal się powtarzają.

Barbara Nawrocka: Doświadczenia były różne, nie wszystkie negatywne. Ale nawet jeśli akurat ty dobrze dogadujesz się z szefem, to i tak systemowe nierówności w zawodzie są widoczne na każdym kroku.

Macie dane, liczby, badania, które pokazują, że archidziaderstwo to nie wasza subiektywna opinia, ale systemowy problem?

DJ: Część tych danych publikowałyśmy kilka lat temu i od tamtej pory kilka kobiet zdobyło kolejne nagrody. Statystyki wciąż jednak przemawiają na korzyść mężczyzn. Sześć kobiet na 48 edycji Nagrody Pritzkera – samodzielnie tylko jedna. Trzy były laureatkami jako członkinie mieszanych zespołów, a raz nagrodę otrzymał kobiecy duet. Na 60 Honorowych Nagród SARP kobiety samodzielnie zostały uhonorowane tylko cztery razy.

Podajcie, proszę, przykład konkretnego projektu, który jest dobrą ilustracją archidziaderstwa.

DJ: Nowy projekt Biblioteki w Rzeszowie – zwycięska koncepcja konkursowa. Mamy tam do czynienia z bardzo rzeźbiarskim, monumentalnym gestem architektonicznym, który wydaje się bardziej skupiony na formie niż na realnym doświadczeniu użytkowniczek i użytkowników. Dużo spektakularnych schodów, poziomów i przestrzeni, które wyglądają efektownie na wizualizacjach, ale w praktyce mogą tworzyć bariery dostępności i utrudniać codzienne korzystanie z budynku. Architektura – ikona, budynek – rzeźba, a niekoniecznie dobra, wygodna przestrzeń publiczna. Dla nas to architektura spektaklu, a nie miejsce dla ludzi.

Czytaj także 7 postkomunistycznych osiedli, na których chciałabyś mieszkać Kaja Puto

Czy archidziaderstwo to zjawisko bardziej zawodowe – jak kobiety są traktowane w branży – czy przestrzenne, jak projektuje się dla kobiet? Czy te dwa wymiary działają w Polsce inaczej niż w innych krajach?

Dominika Wilczyńska: To bardzo ważne pytanie. Trochę podchwytliwe, bo ono się nie daje rozdzielić na „albo – albo”. Te dwa wymiary – zawodowy i przestrzenny – są ze sobą splecione i wzajemnie się napędzają. To, jak traktowane są kobiety w branży, przekłada się na to, jak wygląda projektowana przestrzeń. I odwrotnie – przestrzeń utrwala te same hierarchie, które funkcjonują w zawodzie.

W Polsce kobiety mogą studiować architekturę i pracować w zawodzie od nieco ponad stu lat. Na tle świata to jest naprawdę dobry wynik. Ale sama obecność w zawodzie nie oznacza jeszcze realnego wpływu. Przez dekady – i w dużej mierze nadal – ton nadawali biali, dobrze sytuowani, sprawni mężczyźni, projektując świat pod siebie i swoje doświadczenia.

Przykłady są banalne. Wystarczy spojrzeć na toalety publiczne i kolejki kobiet w kinach, teatrach czy na lotniskach. To nie jest kwestia „natury”, tylko bardzo konkretnych decyzji projektowych i norm pisanych z jednej perspektywy. A dalej jest tylko gorzej: bezpieczeństwo w przestrzeni publicznej nocą, dostępność transportu z wózkiem, projektowanie mieszkań zakładających niewidzialną pracę opiekuńczą, skala miasta dopasowana do „standardowego użytkownika”, który rzadko bywa kobietą.

Polska nie jest wyjątkiem – ten problem jest globalny. Ale mamy specyficzną mieszankę: relatywnie długą obecność kobiet w zawodzie i jednocześnie dość konserwatywne struktury decyzyjne. Dużo kobiet w systemie, ale wciąż za mało w miejscach, gdzie naprawdę podejmuje się decyzje. Archidziaderstwo jest jednocześnie zawodowe i przestrzenne.

Co konkretnie zmieniły inicjatywy takie jak Bal Architektek przez ostatnie kilka lat? Są jakieś mierzalne sukcesy?

DW: Kiedy ruszyłyśmy z inicjatywą i spisałyśmy manifest, coś faktycznie kliknęło. Na start był bardzo duży odzew – jasny sygnał, że w środowisku od dawna się gotowało, tylko brakowało impulsu i bezpiecznej przestrzeni, żeby to uzewnętrznić. Nagle zaczęły się do nas odzywać architektki, osoby artystyczne, naukowczynie, badacze z chęcią pisania, współpracy, dorzucenia swojej perspektywy. Z rzeczy bardziej „mierzalnych”: zaczęłyśmy regularnie pojawiać się w branżowych mediach i na panelach, więc temat po prostu wszedł do obiegu. Zaczęłyśmy publikować biogramy architektek, które wcześniej praktycznie nie istniały w obiegu albo istniały tylko na marginesie. Rozpoczęłyśmy dyskusję o projektowaniu feministycznym i promowanie postulatów wynikających z takiego podejścia.

Zrobiłyśmy ferment wokół słowa „architektka”, jego używania, odmiany, w ogóle prawa do istnienia. Coraz więcej pracowni zaczyna dodawać formę żeńską w ogłoszeniach o pracę – serio, to się dzieje – i otwarcie informować o proponowanych stawkach. Kampania o bardziej proporcjonalnym zapraszaniu kobiet do paneli też jakby zaczęła działać. Powoli, ale jednak.

Dochodzi do tego mniej policzalna, ale bardzo realna rzecz: wiadomości od młodych osób wchodzących do zawodu z historiami o szowinistycznych zachowaniach ze strony mentorów, dydaktyków czy szefów. Skontaktowałyśmy te osoby z prawniczką, co zaowocowało stworzeniem mini-poradnika o tym, jak reagować na molestowanie. Wsparcie tam, gdzie kończy się „śmiesznie”, a zaczyna poważnie.

Kiedy patrzymy na to z perspektywy czasu – faktycznie coś drgnęło. Może nie rewolucja, ale już na pewno nie cisza.

Czytaj także Kolce na ławkach i brak zieleni. Jakie błędy popełniają polskie miasta? [rozmowa] Paulina Januszewska

Co jest nadal ścianą? Czego nie udało się ruszyć i dlaczego?

DW: Najbardziej oporne są miejsca, gdzie kumuluje się realna władza i symboliczny autorytet zawodu: zarządy, duże inwestycje, izby i stowarzyszenia, które współtworzą etos branży. To tam zmiana idzie najwolniej, bo system skutecznie odtwarza sam siebie. Ale nie traktujemy tego jak rzeczy nie do ruszenia. Raczej jak strukturę, która jeszcze się broni, choć długofalowo trudno jej będzie się utrzymać w niezmienionej formie.

Widzicie jakąś zmianę pokoleniową? Czy młodsze architektki mają łatwiej?

DW: Zdecydowanie widać zmianę pokoleniową, dużo większą świadomość, wrażliwość i brak zgody na to, że „tak się zawsze robiło”. My czasem jeszcze prężymy muskuły, a one, oni – mam przeczucie – kiedyś spokojnie, jednym palcem przewrócą ten domek z kart. Ale to nie znaczy, że mają łatwiej. Raczej mierzą się z innym zestawem problemów: pogłębionym kryzysem klimatycznym, presją tempa pracy, niepewnością zawodu, zastępowaniem przez AI, napiętą sytuacją polityczną. Zmiana jest, i to konkretna. Tylko gra toczy się dziś na innej planszy.

Bal Architektek zaczął się od walki o głos kobiet w zawodzie. Ale archifeminizm to chyba coś szerszego – projektowanie dla osób z niepełnosprawnościami, starszych, dzieci, osób wykluczonych ruchowo. Gdzie przebiega granica między feminizmem a inkluzywnością? Czy ona w ogóle istnieje?

BN: Granice są płynne. Feminizm w architekturze można traktować jako bardziej wyostrzoną, radykalną i polityczną odnogę inkluzywności. Od samego początku mówimy o trzech obszarach: przybliżanie postaci kobiet-architektek, bo potrzebujemy bohaterek i wzorów do naśladowania, nawet jeśli architektura jest sportem drużynowym. Równolegle poruszamy temat sytuacji kobiet w zawodzie i feministycznej perspektywy w projektowaniu. Ten drugi aspekt wzbudza najwięcej emocji, więc najlepiej się „klika”. W naszej branży mało jest obalania pomników i podważania autorytetów. A okazuje się, że można być utalentowanym projektantem, a jednocześnie paskudnym seksistą.

Natomiast feminizm w naszym rozumieniu rozszerza pojęcie „architektury dla kobiet” na praktyki projektowania dla tych, których architektura najczęściej nie słucha: osób z niepełnosprawnościami, starszych, dzieci, osób queer, migrantów, osób ubogich.

Czytaj także Kobieta w mieście to persona non grata Paulina Januszewska

Kiedy mówimy o projektowaniu feministycznym na wydziałach architektury, na jednym z pierwszych slajdów zawsze pojawia się postać Kimberlé Crenshaw, autorki terminu „intersekcjonalność”. To właśnie wzajemne przenikanie i krzyżowanie się poziomów wykluczenia sprawia, że projektowanie feministyczne jest pojęciem szerszym i wciąga pod swoje skrzydła i osoby zależne, i te z niepełnosprawnościami, queerowe i nie-ludzkie. Bo w relacje przestrzenne wpisane są konflikty, nierówności, prywatne agendy i hierarchia władzy. Idea „włączania wszystkich” nie jest neutralna politycznie.

I przy okazji – pozdrawiamy wszystkich architektów, którzy deklarują, że te wartości podzielają. A do naszej skrzynki wciąż piszą o nich współpracowniczki, którym nie okazują szacunku.

Powtarzają się komentarze, że architektura to wolny zawód – każda wykształcona osoba może założyć pracownię, a jeśli jest dobra, zostanie doceniona. Co byście odpowiedziały?

BN: Odpowiedziałybyśmy, że najzdolniejsze architektki w tym kraju publicznie opowiadały historie o tym, jak przychodziły na biznesowe spotkania z mężami niezwiązanymi z branżą albo ze stażystami-studentami – byle z jakimś facetem u boku – bo tak trudno było klientom przestawić się na rozmowę o dużych inwestycjach z kobietą.

Że najbardziej znana architektka świata nie miała rodziny i dzieci, mówiła, że w architekturze trzeba pracować cały czas. Że większość pytań w wywiadach, których udzieliła, nie dotyczyła jej projektów, tylko jej płci. Że kiedy zdobyła najbardziej prestiżową nagrodę w branży, szanowane media takie jak „Guardian” seksistowsko komentowały jej ciało, marginalizując temat osiągnięć zawodowych. Że jak świeżo upieczony architekt idzie na pierwsze nadzory na budowę, to też musi udowodnić, że coś wie – ale nikt na niego nie gwiżdże.

Czytaj także Zwycięska opozycjo, idź na spacer i zobacz wykluczającą nas przestrzeń Paulina Januszewska

„Wolny” zawód w architekturze głównie oznacza samozatrudnienie. I zdecydowanie nie jest wolny od nierówności, prekaryjności, przemocy strukturalnej. Wolność nie rozkłada się równo, zwłaszcza wobec osób, które wykonują też nieodpłatną pracę opiekuńczą. W żadnym zawodzie widoczność i uznanie nie zależą tylko od jakości pracy, ale też od płci, klasy, koloru skóry, miejsca urodzenia, sieci kontaktów i tego, kto może sobie pozwolić na lata pracy za darmo.

Studia architektoniczne są drogie, a staże rzadko płatne. Przytaczałyśmy statystyki, które pokazują, że kobiety są większością na studiach, ale mniejszością wśród partnerek, właścicielek biur i laureatek nagród. Zamiast mówić, że wystarczy być dobrą, pytamy: kto ma prawo do porażki, do nauki na błędach – i kto jest w ogóle zapraszany do stołu?

Czy archifeminizm to perspektywa, która powinna być wbudowana w każdy projekt? Jak to zrobić? Kim „potrząsnąć”, żeby to się mogło wydarzyć?

BN: Feminizm w architekturze to więcej niż dołożenie kilku toalet. To postulat o strukturalną zmianę, która zaczyna się w prawie, w sposobie formułowania wytycznych do projektu, w procesach wyłaniania biur do realizacji zleceń, w sposobie prowadzenia pracowni, w szanowaniu przyszłych użytkowniczek i użytkowników oraz swojej ekipy. W myśleniu o tym, co stanie się z budynkiem, kiedy jego funkcja będzie musiała się zmienić albo jak go sprzątać, myć okna. Albo czy naszą efektowną elewacją nie tworzymy ulicy, w której życie zamiera wieczorem i nieprzyjemnie przejść po zmroku.

Potrzebujemy uczciwych, niepozorowanych procesów partycypacyjnych, włączania i uwzględniania głosu różnych grup. Potrzebujemy zmian sposobu myślenia tych, którzy stanowią prawo, przez izby i stowarzyszenia zawodowe, aż po premiujące samą estetykę media i komitety nagród. Nowe standardy na co dzień, nie tylko od święta albo na okładkę.

**
Aleksandra Wiśniewska – absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Laureatka Voice Impact Award 2025. Jej teksty ukazywały się m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, Dziale Zagranicznym i „Magazynie Psychologicznym Charaktery”. Łączy perspektywę globalną – spędziła siedem lat w Azji – z wrażliwością na lokalne wykluczenia. Interesuje ją człowiek uwikłany w system.

Dominika Janicka – architektka, projektantka i kuratorka działająca na styku architektury, designu i praktyk społecznych. Prowadzi Fair Building Studio i współtworzy platformę Bal Architektek, rozwijając feministyczne i inkluzywne podejście do przestrzeni. Wykłada, projektuje i realizuje projekty badawczo-artystyczne w Polsce i za granicą, łącząc design z produkcją architektury i pracą z materiałem.

Barbara Nawrocka i Dominika Wilczyńska – architektki i założycielki Miastopracowni – projektują feministycznie przestrzenie spotkań i edukacji, zarówno fizyczne, jak i coraz częściej także wirtualne, konsekwentnie stosując krytyczne, społecznie zorientowane podejście do architektury.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie