Gdy pod koniec 2024 roku Włodzimierz Czarzasty trafił na chwilę do szpitala, wydawało się, że organoleptyczne sprawdzanie kondycji polskiej opieki zdrowotnej przypadło politykowi, który najlepsze lata kariery ma już za sobą.
Lewica w rządzie była krytykowana, m.in. ze strony byłych współpracowników z Razem, za brak sprawczości, z koronnymi przykładami niezmiennie ekstremistycznych przepisów aborcyjnych i braku regulacji związków partnerskich. Nie bez podstaw prognozowano rychłe skonsumowanie partii przez Tuska, w sondażach notowała wyniki w okolicach progu wyborczego, a Szymon Hołownia co jakiś czas sugerował, że nie zamierza oddawać Czarzastemu obiecanego fotela marszałka.
Kolejny rok miał zaś przynieść niechybną klęskę lewicowych kandydatów i kandydatek, bo społeczeństwo dało się przekonać, że o progresywne interesy zadba Rafał Trzaskowski. Zaplanowane na końcówkę 2025 roku wybory przewodniczącego partii nie malowały się dla Czarzastego w tym kontekście specjalnie różowo, tym bardziej że w wyścigu potencjalnie mógł zmierzyć się z ambitnymi, młodszymi o 20 lat osobami ministerialnymi, Krzysztofem Gawkowskim i Agnieszką Dziemianowicz-Bąk, a bliższego mu ministra Wieczorka zatapiały właśnie ujawnione przez dziennikarzy afery.
Tymczasem dziś, zaledwie trzy miesiące po objęciu fotela marszałka, Czarzasty wydaje się mocny co najmniej tak samo jak Hołownia, który na fali październikowych uniesień przyciągnął ludzi do kin, żeby oglądali transmisje z obrad Sejmu. Jak do tego doszło i dokąd zmierza stary komunistyczny wyjadacz?
Donald Trump gra w drużynie Czarzastego
Już zaprzysiężenie Czarzastego przebiegało w atmosferze, która zwiastowała jego „dociążenie” – by posłużyć się terminem, do którego w opisie ostatnich miesięcy będziemy jeszcze wracać. Zarówno PiS, jak i kancelaria prezydenta Nawrockiego odświeżyli zapomniany już nieco podział na spadkobierców UB i AK, na „postkomunę” i „solidaruchów”. Przypominało to strategię przed przyspieszonymi wyborami parlamentarnymi w 2007 roku, kiedy Jarosław Kaczyński długo unikał debaty z „pomocnikiem” Donaldem Tuskiem, preferując rozmowę z „szefem”, Aleksandrem Kwaśniewskim, w rzeczywistości znajdującym się poza polityczną ekstraklasą. Tyle że 20 lat później straszenie komuną na nikogo już nie działa, poza najbardziej pancernym prawicowym elektoratem.
Ta strategia nie mogła przynieść osłabienia pozycji Tuska, z miejsca za to podniosła rangę Czarzastego, który od tej pory miał stać się chłopcem do bicia dla ekipy z Nowogrodzkiej. Trudno spodziewać się, by w przypadku tak antypisowskiego elektoratu jak eseldowski/ nowolewicowy nawet najbardziej wyrafinowane zarzuty prawicy padły na podatny grunt – a przecież o żadnym wyrafinowaniu w przypadku pogrążonego w walkach frakcyjnych PiS i okopanego w Pałacu Prezydenckim Karola Nawrockiego nie może być mowy. Dlatego Czarzasty chętnie przystał na grę opozycji, szczególnie zaginając parol na Króla Słońce.
Szef Lewicy tygodniami prześladował Nawrockiego w mediach społecznościowych, komentując weta i wyśmiewając niedoświadczonego, a w związku z tym bardzo przejętego ceremoniałem i hierarchią prezydenta. Wiele dobrej roboty dla Lewicy wykonał też Donald Trump – podczas gdy premier i największa partia koalicyjna mogły kluczyć w sprawach międzynarodowych, zasłaniając się państwowym interesem i chuchaniem na naszego kluczowego sojusznika, Czarzasty wziął na siebie spicie antyamerykańskiej śmietanki, blokując śmiechu wartą inicjatywę wysunięcia kandydatury Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla. Zaś ekipa Nawrockiego nadziała się na haczyk, by wkrótce zacząć połykać go razem z całą wędką.
Proukraiński i prounijny zwrot
Pomogło też to, że na Czarzastego zaczęli grać wszyscy, łącznie z amerykańskim ambasadorem w Polsce, który wypowiedział stosunki dyplomatyczne na linii USA-Czarzasty, jakby ten był przynajmniej średniej wielkości państwem. Ludzie płakali, wyrywali sobie włosy z głowy, wznosili pochwalne pieśni. Nawrocki wyciągnął zarzuty Piotra Nisztora o relacjach ze zbliżoną do Kremla Swietłaną Czestnych, a Czarzasty w odpowiedzi odświeżył wyjątkowo popularny wśród swojego elektoratu temat awanturniczej przeszłości prezydenta. Nic wielkiego z tego nie wynikło, ale „dociążenie” stało się faktem.
Wspomniane już słowo kluczowe pojawia się m.in. w artykule Łukasza Rogojsza z Interii, który analizuje wystąpienie rocznicowe Czarzastego w Radzie Najwyższej Ukrainy przez pryzmat szerszej strategii Lewicy, która „planuje wzmocnić swój wizerunek poprzez zaangażowanie w politykę zagraniczną i kwestie bezpieczeństwa, korzystając z funkcji marszałka Sejmu”, skupiając się na „prounijnym kursie i wsparciu Ukrainy”. Dla elektoratu lewicowego, najbardziej prounijnego i proeuropejskiego ze wszystkich, to nic innego jak dowód sprawczości – i jednomyślności, bo Czarzasty wystąpienie konsultował z MSZ.
Tymczasem szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki przystąpił do kontrataku, po raz kolejny sprawiając wrażenie powrotu do przedsmoleńskiej walki o krzesło i twierdząc, że „Czarzasty nie ma prawa mówić w imieniu Polski o akcesji Ukrainy do UE”. Nie wiadomo, jak prezydent będzie rozgrywał ustawę wdrażającą program SAFE, ale według nowego sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” za jej podpisaniem opowiada się dwa razy więcej ankietowanych, niż za wetem. SAFE popiera aż 92 proc. wyborców koalicji rządzącej, przeciw jest 59 proc. wyborców opozycji. W tym stawie prawica nowego elektoratu raczej nie wyłowi.
Wzmocnieni tragifarsą wokół Polski 2050
Co dość zrozumiałe, a zarazem ciekawe, „opozycja” w badaniu IBRiS definiowana jest jako PiS, Konfederacja i… Razem. Wraz z ofensywą dyplomatyczną marszałka Sejmu stawia to partię pod przywództwem Adriana Zandberga w niezbyt komfortowej sytuacji – bo chyba jednak nie studzenia entuzjazmu wobec przystąpienia Ukrainy do UE ramię w ramię z Mentzenem, Boguckim i Czarnkiem oczekiwaliby jej wyborcy. Trudno jednocześnie o znalezienie jakiejś „trzeciej drogi” między koalicyjną Scyllą i opozycyjną Charybdą, tym bardziej że w przypadku polityki międzynarodowej większej roli niż recenzencka Razem nie dostanie.
Choć nie zamierzam w żadnym stopniu bagatelizować razemickiej pracy u podstaw – protestów przed szpitalami, spotkań ze związkowcami, wiatrołapów dla ekspedientek w Dino – to liczne sygnały świadczą o tym, że żyjemy w dziwacznie ułożonym świecie. Gdy Donald Trump próbuje sobie przypomnieć słowo „Azlheimer” w przerwie między kolejnymi bezsensownymi planami imperialno-biznesowej ekspansji, pyskówka z amerykańskim ambasadorem to cięższa waluta niż najbardziej szlachetny aktywizm.
Gdy dodamy do tego zapowiedzi budowania świeckiego, progresywnego skrzydła koalicji rządzącej pod auspicjami Lewicy, mającego stanowić przeciwwagę dla konserwatywnego PSL, można wysnuć hipotezę, że po wielu miesiącach, w których KO konsekwentnie wygrywa z walczącymi o sukcesję po Kaczyńskim frakcjami w PiS, nie mogąc jednak liczyć na zabezpieczenie większości z powodu słabych notowań koalicjantów, Tusk zrozumiał, że skapywanie prestiżu na Lewicę niekoniecznie musi odbierać mu wyborców. Rozciągnięta na 2 miesiące tragifarsa wokół masy upadłościowej po partii Hołowni zepchnęła Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz na dalsze miejsce w kolejce do wzmocnienia, z czego Czarzasty skorzystał wyjątkowo skwapliwie.
Koalicja Obywatelska potrzebuje swojej Konfederacji i swojego Brauna, którzy w obliczu rozchwiania w PiS nie muszą nawet dorównywać pod względem poparcia prawicowym odpowiednikom. Powierzenie Czarzastemu roli „zderzaka” wchodzącego w konflikty z zafiksowanym na pomnikach, tablicach i antykomunistycznej polityce pamięci zapleczem Nawrockiego zdejmuje z barków Tuska sporo problemów, a skazanego na pożarcie Czarzastego z pozycji lidera grupki komunistycznych niedobitków wynosi do rangi osoby „o jedno uderzenie serduszka od prezydentury”. Ciekawe, czy szefowi Lewicy uda się utrzymać w ryzach tę opowieść dłużej niż powyborczą euforię marszałkowi Hołowni – bo to, że konkurencja będzie musiała zrewidować swoje strategie wobec niego, staje się powoli niemal pewne.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.