Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Musimy opowiedzieć sobie Rosję. Trzeba ją znać, by umieć się z nią zmierzyć

Przez ostatnie miesiące śledziłam kilku polskich vlogerów z YouTube’a, którzy ruszyli objaśniać nam Rosję. Żaden z nich nie zna rosyjskiego. Każdy stał się pożytecznym idiotą Kremla, wybielając i przekłamując wizerunek Rosji.

ObserwujObserwujesz
Kontekst

📹 Turystyka bez polityki – Vlogerzy tacy jak Piotr Pająk, Kamil Cichocki czy Tomasz Jakimiuk pokazują „normalną” Rosję, omijając temat wojny i trudu życia w reżimie, a w w efekcie wzmacniając wygodną dla Kremla iluzję.

🎙️ Potrzeba rzetelnego reportażu – Tylko kompetentne, krytyczne dziennikarstwo pozwoli nam zrozumieć mechanizmy rosyjskiego systemu – i realnie się mu przeciwstawić. Po rozczarowującym pierwszym odcinku relacji swojej wyprawy do Rosji potrzebnego materiału dostarczyła nam Maria Wiernikowska w Kanale Zero.

2
Celnie!
Serce

4

Mniej więcej w połowie poprzedniego roku do Rosji ruszyli polscy podróżnicy. Wyposażeni w kamery, zaczęli nam ten kraj opowiadać: poprzez pełne półki w sklepach, tanie produkty, dobrze ubranych, czasem nawet uśmiechniętych ludzi. Zwracali uwagę na czystość na ulicach, przyjazne nastawienie do Polaków i fakt, że na terenie Federacji Rosyjskiej czuli się bezpiecznie. Jak jeden mąż rzucili się tłumaczyć, jak to w tej Rosji „naprawdę jest” i jak bardzo przekłamany obraz oglądamy w polskich mediach.

Trzeba przyznać, że wyprawa do Rosji to świetny sposób na zwiększenie klikalności i zasięgów. Zawiera obietnicę wielkiej przygody: relację z kraju wroga, kraju zakazanego, niedostępnego i przede wszystkim niebezpiecznego. Hitowy materiał niemal na wyciągnięcie ręki.

Niemal, bo pewien wysiłek trzeba podjąć, by się do Rosji dostać: załatwić wizę, połapać się w kwestiach płatniczych (w Rosji nie działają zachodnie karty), zainstalować VPN (bez tego nie dostaniemy się do społecznościówek ani na inne blokowane przez Roskomnadzor platformy). Polscy vlogerzy bez problemu dostali rosyjskie wizy, na podstawie których mogli plątać się po kraju, nagrywać filmiki, publikować je w sieci i zwiększać swoją popularność. Mnie – dziennikarkę, która ma za sobą doświadczenie pracy w Rosji – na samą myśl o tym, że miałabym tam teraz pojechać, przebiega zimny dreszcz. Nie znalazłabym w sobie tyle odwagi.

Wojenna turystyka w Rosji. Klikalność i iluzja „normalności”

Kiedy na początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie do Rosji pojechała Maja Wolny, patrzyłam na jej działania z niedowierzaniem i lękiem. Zadawała Rosjanom niewygodne pytania, a odpowiedzi niemal od razu zamieszczała w sieci. Szybko doczekała się zakazu wjazdu na 20 lat, ale napisała książkę, Pociąg do imperium, zamieszczając w niej swoje doświadczenia i obserwacje.

Potem nikt już do Rosji nie jeździł, aż w 2025 roku obrodziło żądnymi wrażeń vlogerami podróżniczymi. Nie byli jak Maja Wolny, która pytała o wojnę, ryzykując własnym zdrowiem i wolnością. Panowie – bo mowa głównie o mężczyznach – skrzętnie pomijali drażliwe tematy. Obchodzili je enigmatycznie. Wojnę nazywali „wiadomą sytuacją” albo „działaniami prowadzonymi nad Ukrainą”. Nie pokazywali obywateli imperium, którzy masowo mordują naszych sąsiadów. Malowali obraz „Ruskich o ludzkich twarzach”.

Czytaj także Rosja pewnym krokiem wchodzi w fazę upadku Paulina Siegień

Jechali do Rosji bez bazowego przygotowania. Niektórzy, choć pozują na doświadczonych podróżników, dotarli tam bez gotówki. Inni byli zszokowani, że nie działają aplikacje Booking czy Google Maps. Nie mieli przy tym choćby podstawowej znajomości języka – ten pomógłby im zrozumieć świat, który chcieli pokazać swoim widzom.

Nie chcę powiedzieć, że znajomość języka kraju, do którego podróżujemy, jest warunkiem stworzenia rzetelnego materiału. Mowa jednak o wyprawach do Rosji w bardzo trudnych i niebezpiecznych czasach, podejmowanych z zamiarem przedstawienia panującej tam sytuacji tysiącom widzów. Nie znając rosyjskiego – w Rosji angielski to zdecydowanie za mało – łatwo można dać się zmanipulować, nie zrozumieć kontekstu, zostać wprowadzonym w błąd i pociągnąć za sobą kolejne osoby. Wreszcie, można stać się nieświadomym przekaźnikiem wrogiej nam – jako Polakom i Europejczykom – propagandy. A to już zagraża bezpieczeństwu naszego kraju.

Polscy vlogerzy w Rosji: „Warszawa to maleńki, ubogi brat Moskwy”

Przez ostatnie miesiące śledziłam kilku polskich vlogerów z YouTube’a, którzy ruszyli objaśniać nam Rosję. Czy to Piotr Pająk z kanału Podróże Wojownika, czy Kamil Cichocki z Kamil in Travel, czy Pan Kierownik, czyli Tomasz Jakimiuk z Jak to daleko – żaden z nich nie zna rosyjskiego (ten ostatni ledwie opanował podstawy). Każdy – mam nadzieję, że nieświadomie – stał się pożytecznym idiotą Kremla, wybielając i przekłamując wizerunek Rosji.

Cichocki widzi w niej „same pozytywy”, a w jednym z odcinków podkreśla, że w prowadzącym ofensywną wojnę kraju jest „pięknie i spokojnie”. Zdobywa się też na porównania. Moje ulubione dotyczy polskiej stolicy: „Warszawa to maleńki, ubogi brat Moskwy” – stwierdza vloger. Swoje materiały nazywa „reportażem turystycznym” i twierdzi, że kieruje się „rzetelnością reporterską”.

Już w pierwszym materiale zaskoczył widzów swoją ignorancją. Był bowiem przekonany, że z moskiewskiego lotniska trafi do centrum miasta parowozem (po Rosji muszą przecież jeździć składy sprzed wieku, najlepiej takie, pod jakimi zakończyła życie Anna Karenina). W innym opowiadał o rozpadzie Związku Radzieckiego – mogliśmy się dowiedzieć, że w efekcie „zostały założone nowe państwa, takie jak np. Armenia, Gruzja, Estonia”. Nieważne, że te dwa pierwsze są jednymi z najstarszych na świecie.

Obalać mity i przerwać milczenie o tym, jaka naprawdę jest Rosja, chciał także Pająk z Podróży Wojownika. W wywiadzie, którego udzielił po powrocie Arlecie Bojke, powiedział, że „pokazał kraj taki, jaki jest, choć to się w Polsce nie podoba”. Bojke sprostowała go, że pokazał Rosję taką, jaką ją widział, a nie taką, jaka jest. Trudno się z tym nie zgodzić.

Pająk w swoich materiałach nie wspomina o wojnie. Politykę omija szerokim łukiem, bo – jak twierdzi – interesuje go tylko turystyka. Ma też cel – zwiedzić wszystkie 256 krajów.

Rozumiem tę potrzebę. Ba! Podziwiam i zazdroszczę. Nie chodzi przecież o to, by nie jeździć po Afganistanach, Azerbejdżanach, Somaliach czy innych Koreach Północnych. Można, a nawet trzeba – powinniśmy mieć świadomość, co się tam dzieje. Ale jeśli publicznie o nich opowiadamy, mówmy prawdę. Pokażmy pełen obraz i nie przymykajmy oczu na rzeczywistość, nie omijajmy polityki. Nie pokazujmy tylko ładnych obrazków, nie unikajmy trudnych tematów. Inaczej staniemy się tanim (a może nawet bezpłatnym) narzędziem w rękach reżimowej propagandy.

Soft power Kremla: influencerzy jako narzędzie rosyjskiej propagandy

Gdybym była rosyjską spin doktorką, na pęczki wpuszczałabym do kraju nieznających języka podróżników. Zero stresu, że wyłapią niuanse. Żadnych obaw, że ktoś niepowołany zacznie z nimi rozmawiać. Zresztą mieszkańcy i tak się pilnują, bo żyją w reżimie i wiedzą, że wychylanie się niesie ryzyko.

Niech więc podróżnicy skupią się na folklorze, architekturze, krajobrazach, bazarach i kuchni. Niech napiją się wódki, zjedzą rybę z Bajkału, poprowadzą ziła czy starą ładę. Niech przeżyją dziką przygodę! Z punktu widzenia rosyjskiego PR to żyła złota. Taki influencer pokaże Rosję z ludzką twarzą, na miękko, z przyjemną muzyczką w tle. Nawet nie trzeba mu za to płacić. Ba! To on przez cały swój pobyt będzie zostawiał pieniądze w kraju. Czy można znaleźć tańszy i skuteczniejszy sposób na budowanie swojego soft power we wrogich państwach?

Czytaj także Wojna w Ukrainie jest wojną dronową. A dron to także kamera filmowa Jakub Majmurek rozmawia z Oleksiyem Radinskym

Każdy ze wspomnianych vlogerów przekonywał swoich widzów, że „w polskich mediach nie zobaczymy takiego obrazu Rosji”. Takiego – czyli „prawdziwego”.

Faktem jest, że kiedy rozpoczęła się pełnoskalowa wojna, nasi dziennikarze przestali jeździć do Rosji i straciliśmy bezpośrednie źródło informacji. Trzeba było sięgnąć w inne miejsca, by dowiedzieć się, jak żyją Rosjanie pod sankcjami. Sama szybko przerzuciłam się na Instagram i zaczęłam obserwować osoby z Moskwy, Petersburga, Adygei, Czeczenii, Jakucji, Tatarstanu, Dagestanu, Kamczatki, Nowosybirska, Irkucka czy Tomska. Razem z nimi wybierałam się do sklepów i na bazary, śledziłam, czego brakuje, na co narzekają, co podrożało, skąd sprowadzają chemię czy obłożoną sankcjami colę. No i jakie firmy zmieniły nazwy, by tylko zostać w Rosji. Widziałam, co się je we Wkusno i toczka (McDonald’s), ile kosztuje kawa w Stras Caffe (Starbucks) i słuchałam, czy skrzydełka w Rostics smakują jak te z KFC. Dlatego nic, co zobaczyłam u polskich vlogerów, nie było dla mnie ani nowością, ani zaskoczeniem.

W mediach głównego nurtu o Rosji mówi się sucho. Skupiamy się na polityce, działaniach wojennych, bezpośrednich zagrożeniach, sankcjach (które nie działają, bo są skutecznie obchodzone), podwyższonych cenach. Brakuje w tym „człowieka” i to jest nasz błąd. Nasz, czyli wszystkich dziennikarzy i dziennikarek zajmujących się szeroko pojętym postsowietem.

Nie wzięliśmy pod uwagę, że po 22 lutego 2022 roku polski odbiorca zaczął się bardziej interesować Rosją. Wchodząc w temat miał w głowie Rosję wyobrażoną, kraj Dostojewskiego i Tołstoja, Rosję pijaną, w uszankach i futrach, która ugania się za białym niedźwiedziem w syberyjskiej tajdze. Ktoś mógł jeszcze wyobrażać sobie rosyjskich oligarchów w jachtach na Laurowym Wybrzeżu i w ociekających złotem willach na Rublowce. Ale to tyle. Stereotyp trzyma się mocno i ciężko go obalić. Można go za to wykorzystać propagandowo.

Polka po rosyjsku i Polka w Moskwie

Skierujmy wzrok na inne zjawisko w przestrzeni internetowej, które budzi we mnie zdecydowanie większe wątpliwości, mianowicie doskonale mówiące po rosyjsku blogerki z Polski, zafascynowane rosyjską kulturą i rosyjskością jako taką.

Jedna działa na Instagramie i TikToku, ma na imię Julia i promuje się jako Polka w Moskwie, druga nadaje po rosyjsku ze Szwajcarii i mówi o sobie Pol’ka na russkom (Polka po rosyjsku), Nasticaro lub Nastia.

Polka w Moskwie ze wszech sił kreuje się na stereotypową Rosjankę – mocny makijaż, krzykliwe stroje, futra – i opowiada nam o dobrych stronach Moskwy. Jak to pięknie, jak to smacznie, jak to luksusowo. Fascynują ją drogie knajpy, siłownie, ubrania, ruska bania i sam język. No i ta nowoczesność! Polka ze Szwajcarii nie ceregieli się w opowieści o krajobrazach, jedzeniu czy nowoczesnych tramwajach, za to piękną ruszczyzną uderza w Ukraińców mieszkających w Europie. Mówi, co nie podoba jej się w Polsce i wyjaśnia, jak to u nas jest z tą rusofobią.

Nie wiem, jaki jest cel ich działalności. Obie jednak ocieplają wizerunek Rosji i działają w jej interesie. Nastię pokazali nawet w rosyjskiej propagandówce. Puścili fragment jej materiału, w którym nazywa (niektórych) Ukraińców pasożytami żerującymi na europejskiej pomocy socjalnej. Nie musieli się napracować, bo wszystko było po rosyjsku. Podpisali ją jako „dziewczynę z Polski”.

Wiernikowska w Rosji. Między propagandą a rzetelnym reportażem

Jest jeszcze Maria Wiernikowska, wokół której wybuchł nie lada skandal po emisji premierowego odcinka jej wyprawy do Rosji na Kanale Zero.

Relacja Wiernikowskiej z Kaliningradu zostawiła mnie z wrażeniem, że ociepla ona Rosję i relatywizuje jej działania w Ukrainie. To, co nam pokazała, rezonuje z kremlowską propagandą: straszenie bronią jądrową, zrzucanie winy na Zachód. Do tego brak przygotowania: dziennikarka zdawała się nie wiedzieć, czym jest OZON i dlaczego w Rosji kwiaciarnie są czynne całą dobę. A przecież to nie jej pierwsza reporterska wyprawa do tego kraju.

Natychmiast zainteresowała się nią rosyjska propaganda. W Russia Today możemy zobaczyć komentarz jednego z głównych kremlowskich propagandystów, Wladimira Kornilowa: „Wiernikowska […] odkryła, że Rosjanie to normalni ludzie! […] że Rosjanie nie głodują, że miasta są dobrze oświetlone i ciepłe, że ludzie są przyjaźni, a nie rozgoryczeni”.

W Polsce rzuciły się na nią media i politycy, a MSZ wydał oświadczenie, w którym odradza wyjazdów do Rosji.

Czytaj także „Wszystko dla zwycięstwa!” – Rosjanie bez leków, paliwa i tchu Violetta Wiernicka

Po emisji pierwszego odcinka postanowiłam dać Wiernikowskiej szansę i poczekać z komentowaniem na kolejny. Nie żałuję, bo w drugim i trzecim odcinku mamy już prawdziwe reporterskie mięso. Reporterkę, która nie boi się kontrować swoich bohaterów, schodzić w dół i sięgać do najtrudniejszych tematów.

Rozmówcy wciąż mówią gotowcami rodem z telewizora, ale w Rosji to normalne. Ci ludzie istnieją i naprawdę tak myślą. Wiernikowska ma nam ich pokazać, a nie tłumaczyć. Wyciąganie wniosków zostawia widzom. Na tym polega praca reportera.

Rozmawia też z żołnierzami, przeciwnikami i poplecznikami „specjalnej operacji militarnej”, którą Rosja prowadzi w Ukrainie.

Wiernikowska wcześniej nie ukrywała swojej sympatii do Putina, ale w reportażu dla Kanału Zero nie afiszuje się ze swoimi poglądami. Daje nam za to wgląd w Rosję od środka. Pokazuje, czym karmi się umysły jej obywateli i jak wygląda świat przez ich okulary. To, co czytają, co myślą i czego się boją.

Musimy wiedzieć, jak dziś żyją Rosjanie. Musimy sobie opowiedzieć Rosję, musimy ją poznać, by móc skutecznie się jej przeciwstawiać. Nie pomoże nam w tym podróżnik, który myśli, że będzie przemierzał Moskwę parowozem. Reporterka, która wie, gdzie się znalazła i potrafi rozmawiać z ludźmi, jak najbardziej.

Po emisji pierwszego odcinka Wiernikowskiej wypominano, że nie weszła w dyskusję z rosyjskim żołnierzem, który wrócił z frontu. To absurd – gdyby zaczęła z nim polemizować albo się kłócić, nie dowiedziałaby się niczego.

W kolejnych seriach udowadnia, że potrafi pytać i dyskutować. Ma wiedzę, świetnie mówi po rosyjsku i wie, jak wyciągnąć z człowieka opowieść. Dlatego będę jej bronić.

Pamiętacie Amerykanina Gregora Ziemra, który na początku drugiej wojny światowej odwiedzał placówki edukacyjne w hitlerowskich Niemczech, a potem napisał książkę Jak wychować nazistę? To między innymi dzięki niemu wiemy, jak w III Rzeszy rodziło się zło, które reszta świata długo ignorowała.

Rosja przeszła już przez ten Rubikon. Przegapiliśmy moment rodzenia się zła, ale teraz – dla naszego własnego bezpieczeństwa – musimy poznać je jak najlepiej, zrozumieć mechanizm działania. Tylko wtedy mamy szansę się z nim zmierzyć.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
2 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
juliuszkonstantymazur
2026-02-24 14:37

Rosji nie trzeba rozumieć, szczerze to g**no mnie obchodzi co tam sobie myślą w tych pustych, zakutych łbach.

tomek.syta
2026-02-24 15:09

Co jest dziwne Pan Kierownik z „jak dojadę” jak jest w Afryce czy w Indiach to w rasistowski sposób opowiada o tych „dzikich” miejscach. Ale już o Białorusi i Rosji pełen szacuneczek. Że czysto, bezpiecznie. Eh…