Kuba pogrążona jest w kryzysie humanitarnym. Brak paliwa sparaliżował życie miast: śmieci zalegają na ulicach od tygodni, stwarzając realne zagrożenie epidemiologiczne, raz po raz nawracają wielogodzinne blackouty. Szpitale pracują na granicy wydolności lub nie działają wcale; brakuje antybiotyków i podstawowych środków medycznych. Nad Hawaną krąży widmo kolejnych ognisk chorób zakaźnych.
Brak energii dobił turystykę. Linie lotnicze zawieszają połączenia. Zagraniczni goście opuszczali wyspę ostatnimi dostępnymi samolotami, bo Kuba, jeszcze niedawno synonim karaibskiego lenistwa i słońca, stała się pułapką: bez prądu, bez wody, z pustymi półkami w sklepach. Z zewnątrz wygląda, jakby ten kryzys zdarzył się nagle, ale w rzeczywistości dojrzewał latami.
Ostatni, tym razem być może decydujący cios, spadł na duszoną embargiem wyspę w styczniu 2026. Była nim amerykańska operacja w Caracas i pojmanie prezydenta Maduro, a zaraz potem odcięcie Kuby od wenezuelskiej ropy. Trump nie poprzestał na tym: podpisał rozporządzenie nakładające sankcje na każdy kraj, który ośmieliłby się zaopatrywać wyspę w paliwo.
Co doprowadziło Kubę na skraj upadku?
Obecny kryzys na Kubie jest wynikiem dwóch nakładających się na siebie problemów: autorytarnych rządów oraz dziesięcioleci celowej izolacji narzuconej przez Stany Zjednoczone. Korzenie tego splotu sięgają głęboko. Kubańska gospodarka, ukształtowana w czasach hiszpańskiego kolonializmu, opierała się na trzcinie cukrowej, jednak większość plonów nie trafiało do Madrytu, ale do fabryk i rafinerii północnego sąsiada. Kiedy w 1898 roku wyspa w końcu wywalczyła wolność od Hiszpanii, jej gospodarcza zależność od Waszyngtonu była już głęboko zakorzeniona.
Niepodległość okazała się w dużej mierze fikcją. W ciągu kilku lat Stany Zjednoczone skutecznie wymusiły na Hawanie wpisanie do kubańskiej konstytucji prawa, które pozwalało Waszyngtonowi na interwencję zbrojną na wyspie, jeśli tylko uzna to za stosowne. Biały dom korzystał z tej klauzuli kilkakrotnie.
Ten układ, wraz z pogłębiającymi się nierównościami społecznymi, jakie pomagał utrwalać, nie mógł trwać w nieskończoność. Kiedy rewolucja Fidela Castro zmiotła dotychczasowy porządek, była w równym stopniu odrzuceniem amerykańskiej dominacji, co wewnętrznym przewrotem. Dla Waszyngtonu utrata Kuby była bolesna – strategicznie położona wyspa, traktowana od lat jak własne podwórko, wyślizgnęła mu się z rąk. Odpowiedź była dotkliwa i długotrwała: embargo i sankcje, mające zdusić rewolucyjny rząd i zmusić go do kapitulacji. Dekady później sankcje wciąż obowiązują. Podobnie jak rząd – i cierpienie zwykłych Kubańczyków, uwięzionych między jednym a drugim.
Niemal natychmiast po powrocie do Białego Domu Trump ponownie wpisał Kubę na listę państw sponsorujących terroryzm, cofając jedną z nielicznych ulg wobec Hawany, na jaką zdobyła się administracja Bidena, i przywrócił pełen arsenał sankcji przewidzianych przez poprzednie rządy. Był to kolejny cios kraju, który od dawna balansuje na granicy skrajnej biedy.
Kto jest zamieszany w kryzys i dlaczego?
O wpływy na Karaibach nie walczą wyłącznie Stany Zjednoczone. Na Kubie krzyżują się interesy co najmniej trzech mocarstw – i każde z nich gra według własnych reguł.
Rosja wykorzystuje wyspę do demonstrowania siły i drażnienia Waszyngtonu. W październiku 2025 roku Rada Federacji ratyfikowała umowę o współpracy wojskowej z Hawaną. Oficjalny komunikat TASS mówił o „podstawach prawnych do określenia celów, obszarów i form dwustronnej współpracy”. Nieoficjalna rzeczywistość wyglądała inaczej.
Jak donosi „El Pais”, dwaj 19-letni Kubańczycy, Andorf Antonio Velázquez i Álex Rolando Vega, wyjechali do Rosji w przekonaniu, że będą pracować na budowie. Obiecano im ponad dwa tysiące dolarów miesięcznie i rosyjski paszport. Trafili na front. W nagraniu, które obiegło sieć, błagali o pomoc. Ich historia nie jest wyjątkiem. Według ukraińskiego wywiadu od początku rosyjskiej agresji w 2022 roku do armii Putina trafiło około 20 tys. Kubańczyków.
Ekonomista i profesor Ricardo Torres nie ma złudzeń co do natury tego sojuszu. Na łamach „El Pais” przyznaje, że „Rosja zaoferowała Kubie pewne korzyści, ale oczekuje też wymiernych świadczeń w zamian”. Torres zauważa, że jeśli Rosja znormalizuje relacje ze Stanami Zjednoczonymi, straci partnera na Karaibach.
Chiny z kolei szukają raczej wpływów niż konfrontacji. W odpowiedzi na pogłębiający się kryzys Pekin zatwierdził pakiet pomocy awaryjnej: 80 milionów dolarów na sprzęt elektryczny i darowiznę 60 tysięcy ton ryżu. Altruizm? Raczej nie. Inwestując w kubańską energetykę odnawialną, Chiny budują swoją pozycję w regionie, który Trump właśnie ogłosił amerykańską strefą wpływów. Dla kubańskich cywilów, których horyzont geopolityczny kończy się na pytaniu, czy dożyją w spokoju końca tygodnia, chińska pomoc jest realna i jak najbardziej potrzebna.
Jak reagują Kubańczycy?
Kubańczycy odpowiadają na kryzys na trzy sposoby. Protestują, wyjeżdżają albo milczą i starają się przetrwać.
Protesty wybuchają regularnie – motywowane blackoutami, brakiem wody, brakiem jedzenia. Są bezskuteczne, bo reżim pozostaje niewzruszony. Według organizacji Cubalex w pierwszej połowie 2025 roku co najmniej 203 osoby zostały arbitralnie zatrzymane. Cztery lata po masowych demonstracjach z 2021 roku, kiedy tysiące ludzi wyszły na ulice, domagając się praw i wolności, władze nie złagodziły kursu.
Dla coraz większej liczby Kubańczyków jedynym wyjściem jest porzucenie domu. Z powodu masowej emigracji między 2021 a 2024 rokiem populacja kraju skurczyła się o 12 proc.
Mimo tragicznej sytuacji nie wszyscy Kubańczycy wyczekują amerykańskiej interwencji. Kiedy 3 stycznia 2026 roku amerykańskie siły specjalne porwały prezydenta Wenezueli, mieszkańcy Hawany wyszli na ulice, i to nie po to, by protestować przeciwko własnemu rządowi. Tysiące ludzi zebrało się przy Trybunie Antyimperialistycznej naprzeciwko ambasady USA, machając kubańskimi i wenezuelskimi flagami.
Na łamach Al Jazeery Elena Garcia, 28-letnia projektantka z Hawany, opowiada, że o porwaniu Maduro dowiedziała się rano, gdy jej chłopak przyniósł dwie wiadomości: dobrą – w końcu jest woda – i złą – nie ma już Maduro, a to oznacza brak paliwa i blackouty. Wenezuela była dla Kubańczyków głównym źródłem energii.
Mimo dramatycznej sytuacji nastroje są jednak dalekie od schematu „lud kontra dyktatura”. Wykładowczyni Uniwersytetu Hawańskiego Amanda Terrero tłumaczy, że gdyby ludzie mieli choć chwilę oddechu – prąd, wodę, cokolwiek – byliby spokojniejsi. „Ale ulgi nie ma żadnej, więc każdy kolejny protest będzie przede wszystkim dotyczył gospodarki, a nie ideologii” — mówi, jednocześnie przyznając, że „są ludzie, którzy boją się inwazji, i ludzie, którzy się jej domagają”.
Kolejny rozmówca Al Jazeery, przedstawiony jako Garcia, idzie dalej: „Wzywanie do inwazji to domaganie się aneksji Kuby”. Z kolei przewodnik turystyczny Lázaro Gómez formułuje to inaczej: „Stany nie powinny nam niczego narzucać. Jako Kubańczycy nie lubimy być zastraszani”.
Z kolei w Stanach Zjednoczonych Marco Rubio, znany jako zwolennik obalenia kubańskich władz, mówi ostatnio o „stabilności”. Bo destabilizacja wyspy leżącej 145 kilometrów od Florydy mogłaby wywołać kolejną falę migracji, a migranci z południa brzydzą Trumpa i jego kolegów z Białego Domu nie mniej niż kubański reżim.
Co na to świat?
29 października 2025 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ po raz trzydziesty trzeci z rzędu wezwało władze USA do zniesienia embargo na Kubę. 165 państw zagłosowało za rezolucją, siedem przeciw, dwanaście wstrzymało się od głosu. To głosowanie odbywa się co roku od ponad trzech dekad i co roku kończy się tak samo – przytłaczająca większość świata jest przeciwko polityce USA względem Hawany, jednak równie przytłaczającą jest bezsilność, bo rewolucje nic nie znaczą, dopóki sam Waszyngton nie zmieni swojej polityki.
Co się zmieniło, to skład obozu sprzeciwu. Rok wcześniej przeciwko rezolucji głosowały wyłącznie Stany Zjednoczone i Izrael. W 2025 roku dołączyły do nich m.in. Argentyna, Węgry i Ukraina – ta ostatnia po raz pierwszy. Kijów jako powód podał zwerbowanych przez Moskwę kubańskich obywateli, którzy walczą przeciw Ukrainie. Polska, Estonia, Łotwa, Litwa i Czechy wstrzymały się od głosu, podpisując się pod argumentami Ukrainy.
Hawana jednak zaprzecza, by kubański rząd był w to bezpośrednio zamieszany, powołując się na dziewięć postępowań karnych przeciwko osobom oskarżonym o najemnictwo.
Za kulisami nie brakowało dyplomatycznych nacisków. W wywiadzie dla AP minister spraw zagranicznych Kuby Bruno Rodríguez zarzucił, że przed sesją ONZ Waszyngton rozesłał noty do dziesiątków państw, oczekując odrzucenia rezolucji lub przynajmniej wstrzymania się od głosu. Mówił też o polityce zbiorowego karania i stratach rzędu 7,5 mld dolarów, jakie embargo wyrządziło wyspie w ciągu jednego tylko roku, wprost oskarżając Stany Zjednoczone o zbrodniczą politykę i zauważając, że „akty terroru przeciwko Kubie były i nadal są nadal organizowane i finansowane z terytorium USA”.
W odpowiedzi przedstawiciel USA w ONZ Mike Waltz nazwał głosowanie teatrem politycznym, „w którym kubański reżim próbuje przekonać samego siebie, swoich zwolenników na arenie międzynarodowej i naród kubański, że świat nie uważa go za winnego ataków na podstawowe wolności swoich obywateli”.
Jedyną instytucją zdolną znieść embargo obowiązujące od czasów zimnej wojny jest Kongres Stanów Zjednoczonych. Nic nie wskazuje na to, żeby miał to zrobić.
Czy sankcje na Kubę są uzasadnione?
Zanim odpowiemy, warto zadać inne pytanie: czemu sankcje w ogóle służą? W teorii mają wymusić zmianę polityki rządu, jednak w praktyce rzadko to się dzieje. Kuba nie jest wyjątkiem – przez ponad 60 lat sankcje nie zmieniły struktury władzy na wyspie. Zmieniły natomiast bardzo wiele w życiu zwykłych Kubańczyków: skróciły je, zubożyły i zmusiły do masowej emigracji.
To ogromna sprzeczność w samym założeniu amerykańskiej polityki, zwłaszcza biorąc pod uwagę retorykę wolności i demokracji, którą Waszyngton do niedawna lubił się tłumaczyć. Sankcje wymierzone w reżim uderzają przede wszystkim w zwykłych ludzi, pozbawiają ich leków, żywności, energii. Reżim tymczasem dysponuje mechanizmami, które pozwalają mu przetrwać właśnie dzięki temu, że społeczeństwo jest zbyt zajęte przetrwaniem, by myśleć o obaleniu władzy, a Waszyngton regularnie dba o to, by Kubańczyków do siebie zniechęcać.
Do tego dochodzi kolejny wymiar: ten sam Kubańczyk, który nie może godnie żyć u siebie, bo brakuje prądu, leków i perspektyw, a sankcje odcinają kraj od światowego rynku, nie jest też mile widziany jako imigrant na Zachodzie. Trump, który podpisał rozporządzenie zacieśniające blokadę paliwową, jest zarazem tym samym prezydentem, który uszczelnia granicę przed imigrantami z Kuby. Kuba staje się więc więzieniem.
Warto na chwilę wrócić do stanowiska Polski. Polska dobrze wie, jak to jest żyć w cieniu imperium. Z tej perspektywy wstrzymanie się od głosu w sprawie Kuby wygląda na pragmatyczny gest wobec Waszyngtonu. Argument o kubańskich żołnierzach w rosyjskich okopach też jest zrozumiały dla kraju, który sam czuje oddech Moskwy na karku.
Ale jest i druga strona. Polska właśnie dlatego, że rozumie, co znaczy zależność od geopolitycznego hegemona, mogłaby rozumieć kubańską sytuację lepiej niż ktokolwiek. Solidarność między słabszymi – między tymi, którym narzucano sojusze, konstytucję i bazy wojskowe – to coś, co Warszawa deklaruje chętnie, kiedy mówi o sobie. Popierając politykę USA wobec Kuby, Polska staje po stronie mocarstwa z długą listą interwencji zbrojnych, zamachów stanu, wspieranych dyktatorów i zabitych cywilów w Ameryce Łacińskiej, na Bliskim Wschodzie, w Azji Południowo-Wschodniej – w niemal każdym zakątku świata.
Logika zimnej wojny, odrodzona po napaści Rosji na Ukrainę, zmusza słabsze kraje i społeczeństwa do wybrania jednego z dwóch wielkich obozów, przez co świat znów zaczyna się wydawać czarno-biały. A nie jest. Kuba może być jednocześnie nieudolną dyktaturą trzymającą sztamę z Rosją i ofiarą amerykańskiego imperializmu.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.