Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Zaloguj się Zaloguj się

Żyłem w związku jednopłciowym przez prawie 20 lat, bez regulacji. To ciągły strach

W idealnym scenariuszu rozstanie polega na sprawiedliwym podziale wspólnie wypracowanego dorobku i wzajemnym poszanowaniu. Rzeczywistość bywa jednak inna. W mojej obecnej sytuacji istnienie instytucji związku partnerskiego stanowiłoby realne wsparcie.

Walka

Kiedy podjąłem decyzję o zakończeniu swojego niespełna dwudziestoletniego związku i chciałem uregulować sprawy finansowe, okazało się, że jedynym mechanizmem, na jaki mogę liczyć, jest „dobra wola” byłego partnera. Niestety, tej dobrej woli nie ma – nie pojawiła się ani razu przez półtora roku od naszego rozstania. Istnieją inne możliwości, takie jak skorzystanie z pomocy prawnika i drogi sądowej, jednak po pierwsze są one kosztowne, a po drugie – postępowanie może ciągnąć się latami. Ale co mi zostaje?

Od nadziei po wejściu do UE do politycznej blokady praw osób LGBT+

Zawsze podziwiałem gejowskich aktywistów walczących o równość w konserwatywnej Polsce. Na przełomie tysiącleci szczególne wrażenie robiła na mnie odwaga Jacka Kochanowskiego, profesora Uniwersytetu Warszawskiego, który przychodził do studiów telewizyjnych z partnerem i otwarcie mówił o swojej homoseksualności. Kibicowałem także współtworzonej przez Roberta Biedronia Kampanii Przeciw Homofobii. Do dziś pamiętam tłumy na spotkaniu na Uniwersytecie Śląskim z profesor Marią Szyszkowską – ówczesną senatorką SLD-UP – poświęconym planowanej ustawie o związkach partnerskich. Ustawie, z której ostatecznie nic nie wyszło, głównie z powodu konserwatyzmu parlamentarnej lewicy.

Przyznaję, że w momencie wejścia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku byłem niepoprawnym optymistą. Wydawało mi się, że to kwestia najwyżej kilku lat, zanim prawa człowieka obejmą wszystkich Polaków i Polki – niezależnie od płci, orientacji seksualnej, wyznania czy etniczności.

Czytaj także Kto tu naprawdę histeryzuje? Jak prawica demonizuje lewicę i prawa człowieka Xavier Woliński

Pierwsze rządy PiS w koalicji z LPR i Samoobroną – w rzekomo europejskiej już Polsce – były dla mnie szokiem. Gdy ta polityczna groteska w końcu się rozpadła, nadzieja na moment wróciła. Pamiętam tytuł jednego z tekstów Katarzyny Kolendy-Zaleskiej w „Gazecie Wyborczej” – Love is in the air – opublikowany w czasie, gdy Platforma Obywatelska obejmowała władzę. Chciałem wierzyć, że ta „miłość” będzie odczuwalna także w moim codziennym życiu. Niestety, jedną z największych tragedii współczesnej Polski jest to, że wielu polityków, którzy jako młodzi ludzie u schyłku PRL-u walczyli o „demokratyczne państwo”, nigdy tak naprawdę nie zrozumiało, na czym polega realna demokracja ani czym jest świeckość państwa.

Miłość, aktywizm i życie bez ochrony prawnej w związku jednopłciowym

Z byłym partnerem, który publikował teksty naukowe poświęcone równości i sprawiedliwości społecznej osób nieheteronormatywnych, związałem się w 2005 roku. Szybko pochłonęła nas bez reszty praca naukowa i aktywistyczna na rzecz zmiany społecznej. W 2006 roku współorganizowałem w Bielsku-Białej klub dyskusyjny, w ramach którego oglądaliśmy i omawialiśmy queerowe filmy oraz produkcje podważające dominujące wzorce męskości. Przez wiele lat uczestniczyłem w paradach i marszach równości – wydarzeniach, podczas których leciały w naszą stronę kostki brukowe i butelki, a nieraz trzeba było uciekać przed agresywnymi grupami nacjonalistów. Współorganizowałem protesty i konferencje, jeździłem z wykładami po festiwalach, skłotach, organizacjach pozarządowych.

Złościła mnie instytucja małżeństwa w Polsce, która nobilituje jedne relacje kosztem innych. Związki heteroseksualne konstruowane są jako „właściwe”, „poprawne”, godne wsparcia i szacunku ze strony państwa, podczas gdy pozostałe relacje pozostają niewidzialne lub pozbawione ochrony. Irytowały mnie również głosy – zwłaszcza te płynące z lewej strony sceny politycznej, która przecież miała uchodzić za postępową – sprowadzające ideę związków partnerskich do rzekomej fanaberii neoliberalizmu. Pamiętam publicystyczną polemikę, jaką odbyłem na łamach portali Feminoteka.pl i Lewica.pl z jednym z działaczy lewicowych, dość konserwatywnym obyczajowo. Był on zagorzałym przeciwnikiem związków partnerskich, twierdząc, że „całe to LGBT i feministki” jedynie odciągają uwagę od „prawdziwie” lewicowych, czyli ekonomicznych, problemów. Kilka lat później zobaczyłem na jednym z portali społecznościowych jego wpis: „zaręczyłem się”, a pod nim morze serdecznych gratulacji. Pomyślałem wtedy, że bycie w zinstytucjonalizowanym związku, sankcjonowanym przez państwo, jest dla niego – także emocjonalnie – wyraźnie istotne, a mimo to odmawia on tego prawa innym osobom.

Zawsze osłabiała mnie też hipokryzja polityków: instrumentalne traktowanie instytucji małżeństwa oraz odmawianie innym prawa do materialnego bezpieczeństwa i stabilności w imię konserwatyzmu katolickiego.

Rodzina, własność i nierówność materialna

Przez niemal dwadzieścia lat bycia w związku towarzyszył mi nieustanny lęk – ciężar braku jakichkolwiek prawnych regulacji relacji jednopłciowych. Przez prawie osiemnaście lat katolicka siostra mojego byłego partnera udawała, że nie istnieję, choć wiedziała, kim dla niego jestem. On sam nigdy nie dokonał coming outu przed rodzicami – ojciec, dopóki żył, przez blisko dwie dekady był „zbyt zaawansowany wiekiem” albo „zbyt schorowany”, by partner mógł mu o sobie i o nas powiedzieć.

Czytaj także Po co queerom ślubny cyrk? Bo pary hetero mogą legalnie pajacować Paulina Januszewska

Początkowo akceptowałem ten stan rzeczy. W końcu nikt nie ma obowiązku ujawniać swojej orientacji seksualnej przed całym światem czy własną rodziną. Z czasem jednak coraz bardziej przytłaczała mnie świadomość, że gdyby coś stało się partnerowi, ja – wraz z naszymi psami – mógłbym z dnia na dzień zostać bez dachu nad głową. W takiej sytuacji decydujący głos miałaby jego rodzina, dla której (oficjalnie) nie istniałem. Partner bagatelizował te obawy. Owszem, mieliśmy notarialne pełnomocnictwa, ale znałem liczne historie o tym, że w sytuacjach granicznych lekarze czy instytucje potrafią traktować takie dokumenty jak bezwartościowe „świstki papieru” – bo przecież w świetle polskiego prawa nie jesteśmy rodziną. Testament wprawdzie został sporządzony, jednak w sytuacji, gdy rodzina nie uznaje twojego istnienia albo o tobie po prostu nie wie, pozostaje ryzyko jego podważenia i wieloletniego sporu prawnego.

Myślę, że partner tak naprawdę nigdy mnie nie rozumiał, bo od zawsze był w innej sytuacji materialnej. Gdy się poznaliśmy, on miał stopień naukowy, dwa etaty i mieszkanie kupione za pieniądze rodzinne – na książeczkę mieszkaniową. Ja byłem biednym studentem. Przez kilka lat po studiach pracowałem na umowach śmieciowych. Dwa mieszkania, których były partner jest dziś prawnym właścicielem, zostały przez niego kupione na kredyt – ja nie miałem zdolności kredytowej. Przez te lata mieliśmy podział finansowy – ja płaciłem m.in. za czynsz i rachunki, a w jedno z mieszkań zainwestowałem znaczą część pieniędzy, w tym wszystkie oszczędności rodzinne. Przez lata, zarabiając mniej od partnera, dodatkowo wspierałem finansowo swoją rodzinę. On natomiast zawsze miał materialne wsparcie swojej. Jako właściciel nieruchomości z zapleczem finansowym zamożnych bliskich nie musiał martwić się o bezpieczeństwo egzystencjalne „na wypadek, gdyby coś się stało”.

Gdy związek się kończy, a państwo nie chroni słabszej strony

W idealnym scenariuszu rozstanie polega na możliwie sprawiedliwym podziale wspólnie wypracowanego dorobku oraz na wzajemnym poszanowaniu. Rzeczywistość bywa jednak inna. W mojej obecnej sytuacji istnienie instytucji związku partnerskiego – wraz z jasno określonymi regulacjami dotyczącymi równości materialnej na wypadek rozstania – stanowiłoby realne wsparcie.

Po niemal dwudziestu latach wspólnego życia usłyszałem od byłego partnera, że nic mi się nie należy, a wręcz powinienem mu dopłacić za okres trwania związku, ponieważ „zarabiał więcej, więc wnosił więcej”. Mnie się wydawało, że 50 proc. jednego z dwóch mieszkań, których jest właścicielem, to ludzkie minimum, które po tylu latach bycia razem mi się należy. On proponuje zwrot nominalnej kwoty, którą zainwestowałem w to mieszkanie kilkanaście lat temu. Jeden z prawników doradził mi, bym zgodził się na każdą propozycję, ostrzegając, że w przeciwnym razie mogę nie uzyskać nic. Alternatywą pozostaje kosztowny i wieloletni proces sądowy. Ta rada była dla mnie szczególnie dotkliwa – po latach wsparcia, pomocy i opieki sprowadzała moją sytuację do logiki minimalnych ustępstw i całkowitej zależności od dobrej woli drugiej strony.

Będąc po czterdziestce zadaję sobie pytanie, na jakich warunkach bank byłby skłonny udzielić kredytu na mieszkanie na dwadzieścia czy trzydzieści lat, gdy zaczynam

„od zera”, mając przed sobą perspektywę wieloletniego sporu sądowego. To pytanie w istocie ma charakter retoryczny. Coraz trudniej też wyobrazić sobie wchodzenie w kolejny związek w kraju, w którym wciąż funkcjonuje się poza systemem prawnym, pozostając zależnym od uznaniowych decyzji urzędników czy lekarzy albo od interpretacji sądu. Zdarza mi się ostatnio odczuwać zazdrość względem osób, które zdecydowały się na emigrację i ułożyły sobie życie w państwach oferujących choć minimalne zabezpieczenia materialne oraz formalne uznanie relacji partnerskich w instytucjach publicznych.

Przez długi czas sądziłem, że znajduję się w uprzywilejowanej sytuacji, mając u boku partnera oraz krąg wspólnych znajomych, którzy deklarowali podobną wrażliwość i zrozumienie. Po rozstaniu zakładałem również, że jestem w stanie poradzić sobie z tą sytuacją sam i że z czasem możliwe będzie wypracowanie rozwiązania. Proponowałem skorzystanie z mediacji prawnych, jednak zostało to uznane za formę nękania. Ostatecznie zwróciłem się do kilku wspólnych znajomych z prośbą o podjęcie rozmowy z byłym partnerem, licząc, że perspektywa osób trzecich skłoni go do refleksji i przełożenia deklarowanych zasad na praktykę. Część z nich nadal podejmuje takie próby, jednak bez rezultatu. Usłyszałem również, że nie powinienem publicznie mówić o swojej sytuacji ani o sposobie, w jaki jestem traktowany, ponieważ mogłoby to negatywnie wpłynąć na kondycję psychiczną byłego partnera i trudno przewidzieć konsekwencje. Cóż, pisać, czytać i teoretyzować o równości i sprawiedliwości społecznej jest stosunkowo łatwo. Znacznie trudniej zmierzyć się z tymi zasadami w codziennym życiu.

Dwadzieścia lat aktywizmu i cena braku ochrony prawnej

Dwadzieścia lat aktywizmu na rzecz praw i wolności osób queerowych: jako aktywista uliczny, organizator wydarzeń, publicysta, pełnomocnik ds. osób LGBTQ+ w jednym z lewicowych stowarzyszeń, prelegent, badacz, wykładowca i nauczyciel w liceum. To dwie dekady, w trakcie których trzeba było nauczyć się bronić przed homofobią zarówno cieleśnie, jak i psychicznie – homofobią, która bywała doświadczeniem paraliżującym, dysocjacyjnym. Na ulicy, w szkole, na uczelni, w pracy i w trakcie rozmów o pracę.

Wielu polityków, którzy dziś próbują narzucać w Polsce określone normy moralne, obyczajowe i prawne, nigdy nie musiało przez tak długie lata – tak jak aktywiści i aktywistki na rzecz grup wykluczonych i opresjonowanych – walczyć o własną godność, bezpieczeństwo i podstawowe prawa. Prawa człowieka w życiu osobistym są dla nich czymś tak oczywistym, że pozostają niemal niewidzialne.

Tam, gdzie państwo nie zapewnia ram chroniących dorobek, bezpieczeństwo, relację, pozostają jedynie niepewność, strach, lęk i trauma. Związki partnerskie nie są luksusem ani przywilejem, lecz narzędziem sprawiedliwości i ochrony w codziennym życiu.

*

Rafał Majka – edukator, naukowo zajmuje się zmianą społeczną.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie