„Nie ma czegoś takiego jak darmowy obiad” – uwielbiają powtarzać rozmaici prawicowcy, nie rozumiejąc, że nie o darowiznę, a o bezkosztowość tu chodzi (nawet darmowe oddychanie wymaga dostarczania energii). Do tej życiowej mądrości warto dodać być może ważniejszą, a mianowicie, że – przynajmniej w polityce – nie ma czegoś takiego, jak brak skutków ubocznych.
Piszę o tym, bo mam wrażenie, iż zapomina się, że nawet najgorsze i najbardziej wstrząsające zdarzenia polityczne często finalnie doprowadzają nas do miejsc, które trudno było sobie na początku wyobrazić. W końcu epidemie doprowadziły nas do szczepionek, a wojny do rozwoju chirurgii i nie tylko. Jak ostatnio pisał prof. Maciej Górny, pierwsza wojna światowa stała się matką ogromnej liczby współczesnych wynalazków. Nie oznacza to oczywiście, że wojny czy epidemie są pożądane, ale że świat nie działa tak, iż jesteś w stanie przewidzieć i zapanować nad każdym wywołanym przez siebie tsunami kolejnych związków przyczynowo-skutkowych.
I czymś takim właśnie może okazać się prezydentura Donalda Trumpa. Nie chodzi w niej nawet o samego Trumpa, który swoim listem z płaczem, że nie dostał Nobla, ostatecznie potwierdził, iż cała jego polityka wynika z tragikomicznej wręcz potrzeby atencji. Chodzi o sam trumpizm, który po opuszczeniu Białego Domu nie zniknie. Tak jak nie zniknie z Polski „pisizm”, „braunizm” czy — o zgrozo — „lewactwo”, bez względu na to, jaki faszysta w Polsce dojdzie do władzy.
Strach i świadomość paneuropejska
Świat, w tym Europa, już wie, że USA stały się nie tylko imperium schodzącym z pozycji jedynego światowego dominatora. Wie także, iż owo schodzenie będzie odbywać się w drgawkach i konwulsjach, bo właśnie czymś takim jest ruch MAGA i trumpizm w USA. Wie również, iż nie ma absolutnej gwarancji, że ktoś taki jak Trump, nawet po odejściu obecnego, nie pojawi się zaraz znowu. Oznacza to uruchomienie lawiny strachu, obaw, wyobrażonych lęków, a może i nowych sojuszy. Co z dolarem jako światową walutą, co z handlem podczas wojen celnych, co wreszcie z granicami?
Ten ostatni wątek, nienaruszalnych wydawałoby się granic bogatej Północy, sprawia, iż skutek Trumpa może być nieco odwrotny od zamierzonego. Amerykański prezydent swoim bezceremonialnym wyciąganiem łapsk po Grenlandię otwiera w Europie wszystkie szufladki z napisem: Monachium, Czechosłowacja, Sudety, anschluss Austrii. Nie, nie chodzi o to, że Trump jest Hitlerem. Nie chodzi o to, jak USA zachowywały się od lat na Bliskim Wschodzie czy w Ameryce Południowej. Chodzi o to, że w mindsecie Europejczyka – nie Polaka, Niemca, Czecha czy Francuza, ale Europejczyka właśnie – naciskane są te mentalne klawisze, które zaczynają budować w nim pewną świadomość paneuropejską.
Zagrożenie, które łączy
Przez lata patriotyzm, jako grzeczniejszy brat nacjonalizmu, okazywał się być mimo wszystko mało kosztownym narzędziem dystrybucji godności. Ot, pomniki, czytanki, filmy i seriale oraz podkolorowane relacje historyczne wystarczały, by zamiast chleba obywatele dostawali patriotyczne igrzyska – od meczów piłkarskich, przez Eurowizję, po karmienie się przeszłością walecznych mężów i cierpiących ofiar.
Najtrwalszym lepiszczem patriotyzmu czy nacjonalizmu okazało się jednak zagrożenie. To ono sprawiało, że obcy sobie klasowo ludzie potrafili nie tylko formułować swoje państwo, ale wręcz nowy naród (kazus USA). Teraz takie właśnie zagrożenie dostarcza trumpizm, tyle że nie poszczególnym krajom, ale całej Europie.
W sporze o Grenlandię nie idzie przecież o samą Danię i jej postkolonialne relacje z mieszkańcami Grenlandii, ale o to, że ten obcy z USA chce zabrać coś naszego, europejskiego właśnie. Nie duńskiego, a europejskiego. Być może więc po raz pierwszy, dzięki efektowi grupowania się wokół flagi, możliwa jest nie odgórna, ale oddolna wspólnota paneuropejska. Być może, jak to często bywa, w momencie największego zagrożenia po raz pierwszy odrzuca się lokalizm na rzecz wspólnoty globalnej.
Mało tego, Trump swoją (póki co jedynie retoryczną) agresją Europę po prostu upokarza. A to tylko dostarcza kolejnych ton paliwa do budowania świadomości opartej na oburzeniu i poczuciu urażonego europejskiego honoru. Możesz kogoś pokonać, możesz go nawet po cichu nie szanować, ale ostentacyjna pogarda zwykle uruchamia w ludziach poczucie pohańbienia — jednego z najsilniejszych uczuć psychiki ludzkiej.
Dlatego na przykład deptanie cmentarzy czy pomników ofiar, teoretycznie przecież kawałka granitu gdzieś tam nawet w odległym kraju, potrafi budzić tak ogromne emocje. Dlatego tysiące lat temu wymyślono coś takiego jak dyplomacja – jako pełen gładkich słówek i formalizmów parawan pozoru, który pozwala obniżać poziom upokorzenia przeciwnika.
Trump ów pozór odrzuca, niemal krzyczy: „na kolana, chamy w Europie”. A to może się Europejczykom bardzo nie spodobać i budować mental, w którym wyborcy nie jednego, nie dwóch, ale ogromnej liczby krajów UE (może nie wszystkich) powiedzą swoim politykom: basta. Enough is enough. A wówczas na takim godnościowym nawozie bardzo szybko zacznie rosnąć dalsza i coraz bardziej ścisła federalizacja Europy.
W czym rację miał Kaczyński
Zresztą po trochu to właśnie się dzieje. Dlatego właśnie w końcu sfinalizowano Mercosur, i to bynajmniej nie wedle zasady jednomyślności. Dlatego wprowadzono Anti-Coercion Instrument (ACI), czyli Instrument Przeciwdziałania Wymuszaniu Gospodarczemu, który także większością kwalifikowaną może uderzyć gospodarczo nawet w największe kraje świata. UE to nadal druga największa gospodarka świata, z 450 milionami konsumentów. Wreszcie dlatego może dojść do NATO w NATO, czyli wojsk UE. Gdy w 2016 r. proponował to Kaczyński, wszyscy pukali się w głowę. Dziś widać, że miał po prostu rację.
Pytanie, co zrobi z tym Polska i na który statek zechce wsiąść. Z jednej strony mamy bowiem Polaków, którzy UE traktują jako przemocnego okupanta tyranizującego Polskę przykręcanymi nakrętkami od butelek i jednocześnie jako śmieszne, niegroźne lewactwo rysujące kredą na asfalcie. Z drugiej mamy Polaków, dla których uczestnictwo w UE jest nie tylko merkantylnym dealem, ale także swoistą europejską, szlachecką nobilitacją leczącą peryferyjne kompleksy.
Dlatego Polska najprawdopodobniej stanie pośrodku. Pytanie tylko: na jak długo i w jaki sposób? Wraz ze wzrostem „unicjonizmu” może się bowiem okazać, że procesy budowania unijnego NATO w NATO oraz europejskiego mechanizmu szybkiego reagowania kwalifikowaną większością toczą się właśnie teraz. I trzeba szybko się decydować. Być może pierwszym testem będzie zaproszenie do trumpowej Rady Pokoju. Prezydent Polski dostał je wraz z 60 innymi liderami politycznymi świata. Zobaczymy, co zrobi. I czy przy tej okazji, znów PO-PiS rzuci się sobie do gardła.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.