Wsparcie Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Profil Zaloguj się

Bronimy skrawków, chociaż płonie cały świat

Każdego roku Europa traci 1500 km² ziemi na rzecz zabudowy. Za liczbami kryją się prawdziwe historie – takie jak ta Karoliny Kuszlewicz, najsłynniejszej polskiej adwokatki zwierząt.

ObserwujObserwujesz
Karolina Kuszlewicz

Z Karoliną Kuszlewicz, adwokatką zwierząt, usiedliśmy nad pełną wody Wisłą, aby porozmawiać o wielkich zwycięstwach w imieniu małych skrawków przyrody. Ponad rok zajęło jej wyrwanie „swojego” lasu z rąk inwestora – prezydenta Sieradza, który chciał zamienić go w drogę, omijając przepisy prawa.

Sprawę najsłynniejszej polskiej adwokatki zwierząt opisywałem w lipcu 2024 roku w cyklu Liczą się skrawki. Pokazywałem tam patologie prawne i urzędnicze, które niszczą ostatnie skrawki dzikości i zielonych terenów w naszym bliskim otoczeniu.

Czytaj także Daniel Petryczkiewicz: Liczą się tylko skrawki Dorota Roś, Daniel Petryczkiewicz

Odwiedziłem wtedy Sieradz (las Karoliny Kuszlewicz), Ciechanów (Krubińskie Mokradła) i Słajszewo (budowa elektrowni atomowej). Pewnie mogłem pojechać w obiektywnie dużo cenniejsze przyrodniczo miejsca. Jednak, broniąc przez ostatnie pięć lat „swoich” lokalnych skrawków, czyli rzeki Małej oraz Łąk Oborskich, doświadczyłem, jak bardzo ta dzikość dzieje się tu, obok nas. I że innej przyrody niż ta, którą masowo tracimy w późnym antropocenie, już nie będzie.

Nie mamy już czasu i komfortu ochrony tylko tego, co z naukowego punktu widzenia najcenniejsze. Powinniśmy zadbać o każdy zielony skrawek, tym bardziej, że te najmniejsze kawałki przyrody umierają bezgłośnie. Są zbyt małe i zbyt mało cenne, aby zajęły się nimi duże organizacje przyrodnicze, a lokalne społeczności nie mają wystarczającej siły przebicia w gąszczu algorytmów platform społecznościowych, zajętych szerzeniem fake newsów i kolejnych gównoburz.

W rozmowie z Kuszlewicz mówiliśmy wtedy, że nie tylko liczą się skrawki ale, że skrawki się liczą – i to do ogromnych obszarów, które znikają, ale są tak rozproszone, że nikt tego nie zauważa. Okazuje się, że mieliśmy niebywałą intuicję.

Właśnie ukazał się bowiem rezultat europejskiego śledztwa dziennikarskiego zatytułowany Green to Grey. 41 dziennikarzy i naukowców z 11 krajów opracowało nowatorską metodę pomiaru utraty przyrody. Korzystając ze zdjęć satelitarnych, sztucznej inteligencji i reporterskiej pracy w terenie, autorzy pokazują prawdziwą skalę zaniku naturalnych ekosystemów i gruntów rolnych w Europie.

Okazuje się, że każdego roku Europa traci 1500 km² ziemi na rzecz zabudowy. Między styczniem 2018 a grudniem 2023 roku zniknęło około 9000 km² – powierzchnia równa Cyprowi. To prawie 30 km² tygodniowo, czyli równowartość 600 boisk piłkarskich każdego dnia. Większość tych strat, – około 900 km² rocznie, dotyczy terenów naturalnych. Jednak analiza pokazuje też znikające wcale nie dużo wolniej grunty rolne – w tempie 600 km² rocznie, co ma poważne konsekwencje dla bezpieczeństwa żywnościowego i zdrowia mieszkańców kontynentu.

Mapa utraty terenów zielonych w Europie
Utrata terenów zielonych w Europie. Źródło: greentogrey.eu

Każda kropka na mapie to miejsce, gdzie zniknęła przyroda lub ziemia uprawna –wiekowy dębowy las, żyzne pole, czy punkt odpoczynku dla wędrownych ptaków. Cztery na pięć przypadków nowej zabudowy pojawia się na terenach już wcześniej przekształconych przez człowieka, takich jak miejskie parki i zielone skwery. A to przecież przestrzenie, które mają ogromne znaczenie dla odpoczynku, retencji wody i ochładzania miast w czasie upałów.

Za liczbami kryją się prawdziwe historie – takie jak ta Karoliny Kuszlewicz. We Włoszech reporterzy odkryli, że wokół jeziora Garda powstają kolejne inwestycje dla tzw. zrównoważonej turystyki. W Polsce wyrastają osiedla i apartamenty inwestycyjne na terenach objętych ochroną Natura 2000. A w Finlandii obszary przyrodniczo cenne zostały przekształcone w autostradę. W Portugalii pole golfowe zajęło teren rezerwatu, a w Turcji w środku mokradła wykopano port dla luksusowych jachtów. Obok takich spektakularnych projektów są też setki drobnych ingerencji – ścieżki, parkingi, punkty usługowe, które zaspokajają potrzeby turystów, jednocześnie niszcząc to, co ich przyciąga.

Przyczyną tego procesu nie jest wcale wzrost populacji, jak by się mogło intuicyjnie wydawać. Ludność Europy spada i nie ona jest głównym motorem tego procesu: jest nim bogactwo. Bogate kraje budują nie tylko to, co konieczne – drogi, domy, infrastrukturę – ale też to, co zbędne: pola golfowe, sztuczne stoki narciarskie, ośrodki luksusowej rekreacji. Polska w rankingu utraty terenów zielonych jest na drugim miejscu podium – tuż za Turcją.

Mam déjà vu. Gdyby nie społeczny opór, który dwa lata temu wybuchł – także za moją sprawą – w rodzinnym mieście, to dziś zamiast wspaniałych Łąk Oborskich i rezerwatu Łęgi Oborskie mielibyśmy 86-hektarowe pole golfowe i gigantyczne problemy z wodą w całej gminie.

Czytaj także Na drodze rozwoju kraju przyroda stanąć nie może Daniel Petryczkiewicz

Przypomnijmy, czego konkretnie broniła Kuszlewicz. Podsieradzki las ma 40 metrów szerokości i 350 długości. Brzozy, sosny, modrzewie, dęby, buki, świerki. Jeże, wiewiórka, rodzina saren. 26 gatunków chronionych ptaków. Wilga, gąsiorek, cierniówka, krogulec, pleszka, kos, kwiczoł, śpiewak i inne.

Od zachodu napiera miasto. Zabudowa rozlewa się na okoliczne pola, które jeszcze dekadę temu tworzyły malowniczą mozaikę rolniczego krajobrazu. Ćwierć wieku temu rodzinnie postanowili, że zasadzą tutaj las i zostawią go samemu sobie. – Posadziliśmy własnymi rękami kilkaset drzew. Od 25 lat procesy ekosystemowe toczą się tutaj tak, jak chcą. Niczego nie wycinamy, nie kosimy nawet trawy na ścieżce wejściowej – mówiła mi w lipcu 2024 roku Kuszlewicz.

Na przedmieściach Sieradza, podobnie jak w wielu miejscach w Polsce, łany zboża zamieniają się w łany betonu. W 2011 roku miasto zatwierdziło miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego dla tego obszaru, przekształcając tereny rolnicze w działki budowlane i usługowe. Dla właścicieli chcących spieniężyć swoje ziemie, otworzyło się eldorado. Kuszlewicz wspomina, że chętni do zakupu ich działki ustawiali się w kolejce. Nie sprzedali.

Ostatnio miasto postanowiło zacząć realizować inwestycje, korzystając z tzw. specustawy drogowej. Pozwala ona w imię zapisów planistycznych wywłaszczyć teren pod strategiczną inwestycję, na przykład drogę. Jedna z nich ma obciąć kawałek lasu dokładnie w miejscu, w którym wtedy staliśmy, a inna, szeroka na 10 metrów, miała zabrać las na długości ponad 200 metrów. Na budowę drogi wydano tzw. ZRID – zezwolenie na realizację inwestycji drogowej.

ZRID to decyzja administracyjna wydawana na podstawie tzw. specustawy drogowej z 10 kwietnia 2003 roku o szczególnych zasadach przygotowania i realizacji inwestycji w zakresie dróg publicznych. ZRID znacznie przyspiesza realizację inwestycji drogowych – pozwala ominąć długie procedury planistyczne i budowlane oraz, co kluczowe w tym kontekście, środowiskowe. Umożliwia też wywłaszczenia w trybie uproszczonym, często mimo sprzeciwu właścicieli gruntów.

– Trzeba wiedzieć, że ZRID jest jak wyrok – mówi mi adwokatka – Pamiętam, że w tamtym czasie zadałam sobie pytanie: „Karolina, czy masz siłę walczyć? Przecież to dwa hektary lasu, żadna puszcza. Przeciwko sobie masz zdeterminowanych, lokalnych włodarzy, którzy już dzielą zyski z tych inwestycji! A może lepiej sprzedać ten teren? W końcu to niezły pieniądz”. Ale nie mogłam, nie potrafiłam tego zrobić. Czułam, że ten las, te zwierzęta, ptaki, mają tylko mnie do obrony. Nikt się za nimi nie wstawi. Stanęłam do walki.

ZRID został przez Kuszlewicz zaskarżony do wojewody mazowieckiego. Wysunęła bardzo merytoryczne i słuszne argumenty: nikt z urzędu miasta nie zrobił na terenie inwentaryzacji przyrodniczej, a nawet tak uproszczona procedura jak ZRID wymaga jej wykonania w celu uzyskania decyzji środowiskowej. Drugi argument dotyczył naginania prawa w zakresie dzielenia dużej inwestycji na mniejsze części po to, aby uniknąć czasochłonnych i skomplikowanych procedur. Bo ZRID można wydać, jeśli droga nie przekracza jednego kilometra, a miasto otwarcie chwaliło się na swoich stronach internetowych, że projektowana droga będzie miała ponad półtora. Było to więc jawne obchodzenie wymogów prawnych.

Czytaj także Tusk zrealizuje obietnicę dotyczącą ochrony lasów w 2358 roku Paulina Januszewska

Wojewoda nawet nie zapoznał się z argumentacją i natychmiast oddalił odwołanie adwokatki jako bezzasadne. Kuszlewicz skierowała więc sprawę do sądu. Sytuacja była bardzo napięta, bo w każdej chwili mogli przyjechać robotnicy i zacząć kopać. Wtedy, mimo trwającej procedury sądowej nie dałoby cofnąć robót. Co najwyżej uznane byłyby za wykonywane bezprawnie, ale nie zmieniłoby to faktu, że las zostałby wycięty.

Na rozprawie w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Łodzi razem z Karoliną pojawiło się kilkadziesiąt wspierających ją osób walczących o skrawki przyrody. Było ich tyle, że na widowni zabrakło miejsc. Kuszlewicz wygłosiła mowę w obronie skrawków, przytaczając szereg dowodów, ale też pokazując swój silny związek emocjonalnych z tym miejscem. Sąd wydał wyrok na korzyść adwokatki i uchylił decyzję wojewody.

Wojewoda wyroku nie uznał i złożył skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego, który szybko ją oddalił. Mimo dotychczasowego wyniku 2:0 stopień skomplikowania sprawy spowodował, że Kuszlewicz połączyła siły z radczynią prawną Beátą Filipcovą z Krakowa. Wspólnie opracowały dalszą strategię i to ona reprezentowała od tego momentu Karolinę.

Wojewoda, który pod dwóch wyrokach sądu musiał w końcu przyjrzeć się sprawie, wystosował pismo do prezydenta Sieradza. Uznał w nim, że inwestycja jest sztucznie podzielona, aby obejść procedury środowiskowe. Zamiast jednak unieważnić ZRID, dał prezydentowi 90 dni na przedłożenie decyzji środowiskowej. Prezydent Sieradza wystąpił do starosty o wydanie rygoru natychmiastowej wykonalności nieprawomocnej już w tamtej chwili decyzji, podważonej przez oba sądy. Starosta sieradzki oczywiście zgodę wydał i znowu w każdej chwili, mimo wcześniejszych decyzji sądów, mogło dojść do działania metodą faktów dokonanych.

Ze strony adwokatek działanie było błyskawiczne: do wojewody trafiło zażalenie na takie działanie starosty i prezydenta Sieradza. Wojewoda uznał wreszcie łamanie prawa, przyjął zażalenie. 4 listopada 2025 roku, w obliczu braku decyzji środowiskowej, Kuszlewicz odebrała ostateczną decyzję Wojewody, która uchyla ZRID. Ulga. Radość. Łzy.

Rozmawiamy o tym, jak kluczowe w takich sytuacjach jest działanie ultralokalne. Rozumienie miejscowych uwarunkowań, motywacji władz, ale przede wszystkim więź z przyrodą, której bronimy.

– Gdyby ktoś do mnie z taką sprawą przyszedł, to bym jej nie wzięła. Bo ona była beznadziejna. Gdyby nie fakt, że ja jestem tak bardzo związana z tym miejscem, że znam te Istoty, które tam żyją, chyba nie dała bym rady działać – przyznaje Kuszlewicz.

– Pamiętam, że kiedy jechałam do sądu – jeszcze na tę pierwszą rozprawę, dzień wcześniej poszłam do lasu i mówiłam do niego i istot, które tam żyją. Mówiłam szczerze, że być może się żegnamy. Że sprawa jest beznadziejna. A kiedy wróciłam, to był czerwcowy, przyrodniczo głośny wieczór, mogłam im powiedzieć, że dzisiaj mogą spać bezpiecznie. To było tak wspaniałe, że mogłam im to powiedzieć. Że mogę im to wreszcie ostatecznie powiedzieć także dziś.

Czytaj także I wtedy wchodzę ja! O prawie i wrażliwości z Karoliną Kuszlewicz Dariusz Gzyra

Mimo mroku, w którym siedzimy nad brzegiem Wisły, widzę mokre oczy Karoliny. Odbija się w nich miasto, którego zgiełk niesie się z prawej strony. Z lewej słyszymy już tylko potężną, żywą rzekę.

Nie dajmy sobie wmówić, że dzikości już nie ma. Owszem, nie ma pierwotnej przyrody, ale wciąż zachowała się spora część dzikich bogactw i czasem one leżą tuż przed naszym nosem, nie trzeba jechać do nich przez pół świata.

Walka o skrawki jest beznadziejna. Nie da się ocalić wszystkich, a większość i tak jest skazana na zagładę. Ale co, jeśli to jedyna dzikość w pobliżu, która nam została? Za naszego życia nie powstaną nowe bagna biebrzańskie, nie wyrośnie nowa Puszcza Białowieska. Jesteśmy skazani na to, co mamy w najbliższym sąsiedztwie.

Jaką więc wartość ma dzień, tydzień, miesiąc, rok więcej życia dla dzika, lisicy, wilgi, dębu, jeża, wiewiórki albo sarny? Nie wiem, ale czuję, że tak trzeba. Dlatego stajemy w obronie skrawków, mimo, że płonie cały świat.

*
Całej rozmowy z Daniela Petryczkiewicza z Karoliną Kuszlewicz możecie posłuchać w Słuchowisku z Dzikości.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie