Felieton

Ucieczka z Doniecka

Ofiarami wojny w Doniecku i innych miejscowościach stają się przede wszystkim ci, którzy nie mogą stamtąd uciec. Czyli najubożsi.

Wojna w Donbasie wreszcie ma wyrazisty charakter klasowy, którym od dawna cieszyli się entuzjaści „Noworosji” spośród lewicowych pożytecznych idiotów. Ów charakter polega na tym, że ofiarami wojny w Doniecku i innych miejscowościach stają się przede wszystkim ci, którzy nie mogą stamtąd uciec. Czyli najubożsi. 

Ktoś z mieszkańców Doniecka opuścił miasto tuż po tym, jak zobaczył pierwszą ciężarówkę bojowników z Czeczenii uzbrojonych w karabiny. Ktoś wyjechał, gdy w Doniecku schroniła się – po zostawieniu Słowiańska – ekipa „ministra obrony” Igora Girkina. Ktoś uciekł już wtedy, gdy ukraińskie wojsko zbliżyło się do Doniecka, a separatyści wyłapywali z opuszczających miasto samochodów mężczyzn w „wieku wojskowym”, przymusowo wysyłając ich, by bronili „republiki”. Część z tych, którzy opuścili miasto jeszcze przed jego oblężeniem, teraz zmuszona jest do powrotu, bo nie mają już kasy, by gościć gdzie indziej. Ktoś wcale nie potrafił wyjechać, bo nie miał środków. Ktoś nie wyjechał, bo nie jest pełnosprawny.

Ta misja od początku wydawała się niemożliwa. Nie sposób było przekonać tego dziadka, by opuścił swoje mieszkanie w Doniecku i przeniósł się do rodziny w Kijowie.

Miał twarde argumenty. Przesiedział w tym mieście okupację nazistowską, więc na pewno nie przestraszą go te „chuu-je jebaa-ne”, jak po donbasku łaskawie określa działaczy Donieckiej Republiki Ludowej.

Kontrargumenty są nie mniej twarde. Gdy Donbas okupowali naziści, był sprytnym dziesięcioletnim chłopakiem. Teraz, gdy na Donbas przyszli rosyjscy patrioci, by ocalić go przed „nazistowską juntą z Kijowa”, ma 86 lat i nie potrafi samodzielnie się przemieszczać. A jednak dziadek woli, jak zawsze, spędzać dzień przed telewizorem, pokazującym teraz wyłącznie rosyjskie i „republikańskie” stacje, i wołać na całą klatkę: „Sie-pa-ra-tis-ty! Tier-ro-ris-ty! Pi-da-ra-sy!”.

Coś pękło dopiero wtedy, gdy z sierocińca tuż przy dziadkowym bloku wreszcie ewakuowano dzieci. Sierociniec natychmiast przekształcono w wojskową bazę separatystów. Zwykłe odwiedzanie dziadka przez córkę stało się codziennym ryzykiem. Widziani przez okno separatyści wyglądali nawet mniej sympatycznie niż w telewizorze. Dziadek zgodził się jechać.

Z Doniecka można wyjechać – w teorii – pociągiem. W praktyce biletów nie ma, a perony są oblężone przez tłumy zdesperowanych kobiet. Mężczyzn prawie nie ma, bo separatyści mogą rutynowo zatrzymać każdą osobę płci męskiej, która pojawi się w okolicach dworca – za próbę „dezercji”, czyli opuszczenia Donieckiej Republiki Ludowej. Dziadkowi to nie grozi, bo nie przemieszcza się bez pomocy innych. Grozi natomiast każdemu, kto w wyprawie na dworzec będzie mu asystował. Podróż kolejowa zatem odpada.

Pomóc w wywiezieniu z Doniecka osób niepełnosprawnych oferują wolontariusze. Dowiadujemy się, że są koordynowani przez charytatywną Fundację Rinata Achmietowa. Nie wiem, czy istnieje lepsza ilustracja tezy, że prowadzona przez wielki biznes działalność charytatywna to nic innego, jak sposób na wyrzuty sumienia za skutki uboczne prowadzenia tegoż biznesu. Rinat Achmietow był królem Doniecka, który wspierał i finansował miejscowych separatystów, dopóki ci nie spróbowali odebrać mu jego przedsiębiorstwa. Wtedy został zwolennikiem jedynej Ukrainy, a teraz nawet hojnie pomaga ofiarom wojny, którą pomagał rozpętać.

Wolontariusze okazują się ostatecznie parafianami lokalnego kościoła protestanckiego, niemającymi nic wspólnego ani z Achmietowem ani z jego fundacją. Są w stanie wywieźć dziadka tylko do pobliskiego miasta, kontrolowanego przez wojsko ukraińskie – pod warunkiem, że na tej trasie nie dojdzie do zaostrzenia walk. W tym miejscu dziadka ma odebrać rodzina. Dzień przed ewakuacją dowiadujemy się, że tym miastem ma być Słowiańsk.

Jeszcze kilka tygodni temu Słowiańsk był synonimem wojny na wschodzie Ukrainy i cierpienia jego mieszkańców. To pierwsze miasto zajęte przez separatystów z pomocą rosyjskich sił specjalnych.

Zdobywcy przejęli posterunek policji, rozdali znalezioną broń każdemu, kto chciał ją mieć, i powędrowali sobie dalej. Słowiańsk stał się kolektywną traumą, bo tutaj to zdarzyło się po raz pierwszy. Teraz mało kto wspomina doniesienia o okrucieństwach separatystów w Słowiańsku – zbladły w porównaniu z tym, czego doświadczają kilkakrotnie większe Donieck i Ługańsk.

Kilka tygodni po ucieczce separatystów Słowiańsk zdaje się jak najbardziej przeciętnym miastem, które przez ostatnie 25 lat – mimo że panował pokój – zostało zniszczone dużo bardziej niż przez dwa miesięcy wojny. Naczelny ideolog rosyjskiej inwazji na Ukrainę Aleksandr Dugin, próbując poradzić sobie ze stratą Słowiańska, napisał, że ludzie, którzy pojawiają się w nagraniach z tego miasta i wyglądają po prostu normalnie – to aktorzy wynajęci przez kijowską juntę, bo prawdziwi mieszkańcy zostali eksterminowani. Spacerując po Słowiańsku, myślałem sobie, że juntę mamy jednak dosyć sprytną, bo potrafiła w dwa tygodnie nie tylko wymienić mieszkańców, ale też zamienić rzekomo totalną ruinę na prawdziwe bloki mieszkalne, wyglądające całkiem jak z lat 80.

Wyraźne ślady wojny widać głównie na obwodnicy prowadzącej na Donieck: większość stojących tu prywatnych budynków to ruiny. Jakimś cudem zachował się monumentalny pomnik na wjeździe do Słowiańska, symbolicznie przedstawiający mapę tego miasta. Większość toponimów na tej mapie – Semionowka, Artema, Bylbasiwka – teraz mocno się kojarzą z raportami wojskowymi w mediach. To samo dotyczy właściwie każdej miejscowości w tych okolicach. Stoimy pod tym pomnikiem i czekamy na samochód z dziadkiem.

Bio

Oleksij Radynski

| Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, członek zespołu Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.