Felieton

Donbas idzie na wojnę

„To nie dziennikarze, to są nasi ludzie. Kręcą dokument o Donbasie. Pokażą wszystko, jak jest”.

Zdobyć zaufanie wśród donieckich separatystów naprawdę nietrudno. Wystarczy, że towarzyszy ci osoba, która przekona zgromadzenie pod pomnikiem Lenina, że pochodzi z Doniecka. Ani paszport z kijowską rejestracją, ani obecność słowackiej ekipy filmowej nie wzbudzi już żadnego podejrzenia. Nie musisz udawać, że jesteś patriotą Donbasu, ani że całym sercem nienawidzisz „banderowców”. A ponieważ tego drugiego nie muszę tak naprawdę nawet udawać, całe zadanie z infiltracji obozu separatystów wydaje się totalną łatwizną.

„To nie dziennikarze, to są nasi ludzie. Kręcą dokument o Donbasie. Pokażą wszystko, jak jest. Z zagranicy? To Słowacy, bracia Słowianie. A ta laska to w ogóle z Doniecka. Dajcie im spokój” – nasz nowy znajomy ostrzega towarzystwo w miasteczku namiotowym pod pomnikiem. Towarzystwo jest tak nieliczne – a zarazem tak naiwne – że już parę minut później nie mamy żadnego problemu z robieniem zdjęć. Natychmiast dostajemy szansę nakręcenia dobrego materiału. Gdzieś w głębi Donbasu, przy opuszczonej kopalni soli, gdzie wojsko ukraińskie urządziło magazyn broni, miejscowy lud urządził blokadę, żeby kijowscy ekstremiści nie uzbroili tą bronią Prawego Sektora i nie kazali mu strzelać do braci Rosjan. Jeden z mieszkańców miasteczka zgłasza się, by nas tam zabrać – prawdopodobnie, żeby nie umrzeć z nudów na pustym, zalanym słońcem placu Lenina.

Prorosyjscy mieszkańcy Donbasu to ludzie śmiali i zdecydowani, a zatem bronią się przed inwazją Prawego Sektora nieco inaczej niż ich byli rodacy na Krymie. Tamci ze strachu przed Prawym Sektorem powitali rosyjskie czołgi i grzecznie odłączyli się od Ukrainy. Donbas tak łatwo się nie poddaje, tym bardziej, że powodów do wkroczenia rosyjskich czołgów jakoś nie widać. Więc póki bojownicy Prawego Sektora tworzą te powody, grożąc szturmem parlamentu w Kijowie, zaniepokojeni mieszkańcy Donbasu organizują się. Tworzą improwizowane checkpointy na poboczach autostrad, przypominające malutkie kopie prorosyjskiego obozu na głównym placu Doniecka. Nie mając jaj, żeby zatrzymywać i przeszukiwać samochody podejrzane o przewożenie członków Prawego Sektora zaniepokojeni mieszkańcy ograniczają się do tego, że zbierają informację o samochodach z kijowską rejestracją. Co z tą informacją mają zrobić, nie bardzo wiadomo, biorąc pod uwagę, że Prawy Sektor ma ważniejsze sprawy w Kijowie.

Mimo kijowskiej rejestracji nasz samochód nie wzbudza podejrzeń, bo przywieziony z Doniecka kolega niemal dosłownie przekazuje obrońcom Donbasu informację o tym, że jesteśmy „swoi” – choć mamy kamery i obcokrajowców. Checkpoint, na którym się znaleźliśmy, jest wyjątkowy, bo znajduje się w pobliżu magazynu broni w opuszczonej kopalni. Ma zatem szczególną misję – nie dopuścić na jej teren żadnego transportu, który tą broń potrafi wywieźć.

Pod samą kopalnią znajduje się coś w rodzaju lokalnego Majdanu: kilkanaścioro aktywistów z całego Donbasu urządziło tu własny obóz. Pilnuje go dwójka znudzonych kryminalnych autorytetów w więziennych tatuażach.

Mieszkańcy obozu protestują pod hasłami „Donbas chce pokoju”, twierdząc, że ich celem jest nie dopuścić uzbrojenia ukraińskiego wojska znajdującą się w kopalni bronią. Jednocześnie twierdzą, że nie są ani separatystami, ani zwolennikami Rosji – po prostu nie uznają obecnej ukraińskiej władzy, bo schlebia Prawemu Sektorowi.

Mniej więcej w tym samym czasie uczestnicy tej organizacji zaczęli bić szyby w budynku Rady Najwyższej.

Bio

Oleksij Radynski

| Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, członek zespołu Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.