Świat

Izrael wygrał z koronawirusem. Bibi wygrał wybory

Zadowolony z siebie premier Netanjahu mawia, że Izrael z „państwa start-upów” stał się „państwem szczepionek”. Korespondencja Jagody Grondeckiej.

Zgodnie z przewidywaniami większości komentatorów i analityków partia premiera Netanjahu wygrała wybory, według najnowszych wyliczeń otrzymując 30–31 mandatów. Nie oznacza to jednak, że będzie w stanie stworzyć stabilny rząd w 120-osobowym Knesecie.

Spośród potencjalnych koalicjantów Netanjahu ultraortodoksyjna Sefardyjska Partia Strażników Tory Szas zdobędzie prawdopodobnie 9 mandatów, Partia Tory 7, a Tekuma (Odrodzenie) 6. Inny potencjalny koalicjant, prawicowa Yamina, zdobyła 7 mandatów. Blok całej prawicy mógłby teoretycznie zdobyć bezwzględną większość w Knesecie, ale wszystko zależy teraz od zdolności koalicyjnych Netanjahu i jego oponentów. Trzeba przygotować się na długie, żmudne negocjacje.

Wyniki wyborów do Knesetu po zliczeniu 91 proc. obwodów. Źródło: timesofisrael.com

Stawka jest niebagatelna. Wynik wyborów zdecyduje o tym, kto stanie na czele jednego z najpotężniejszych państw regionu, jednego z najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych.

„Jeśli Netanjahu uda się stworzyć gabinet, to przez słabość, próżność i chciwość jego kolegów” – napisał na Twitterze Anshel Pfeffer, izraelski korespondent „The Economics”. Do takiej wizji wydarzeń nie odnosi się zbyt optymistycznie Gonen Ben Itzhak, działacz i były szef Szin Bet, izraelskiego kontrwywiadu, z którym umówiłam się na krótką rozmowę. – Jeśli Netanjahu uda się utworzyć kolejny nowy rząd, uważam, że to będzie koniec Izraela, jaki znamy – mówi.

Bibi wygrał z koronawirusem. Wygra też kolejną kadencję?

Izraelczycy wybrali się do urn po raz czwarty w ciągu zaledwie dwóch lat. Specyfika ich systemu wyborczego, w którym głosuje się nie na konkretnych kandydatów, lecz na partie, a zasadnicze znaczenie ma zdolność koalicyjna, doprowadziła do tego, że wybory do Knesetu odbywają się średnio raz na dwa i pół roku. Ostatnia ich częstotliwość jest jednak wydarzeniem bez precedensu. Jeśli ponownie nie uda się utworzyć stabilnej koalicji – co jest wielce prawdopodobne – po raz pierwszy w historii dojdzie do piątych z rzędu wyborów.

Po raz ostatni do samorozwiązania Knesetu, doszło w grudniu, kiedy to Likud Benjamina Netanjahu i Niebiesko-Biali Benny’ego Ganca nie mogły porozumieć się co do budżetu. Było to niebagatelne wydarzenie, poskutkowało tym, że w burzliwy 2020 rok Izrael wszedł bez ustalonego budżetu centralnego, co uniemożliwiło planowanie jakichkolwiek długoterminowych inwestycji w zderzeniu z pandemią, kryzysem zdrowotnym i gospodarczym.

Z ostatnich przedwyborczych sondaży wynikało, że faworyci szli łeb w łeb. Jak powiedział jednak cytowany przez CNBC Yohanan Plesner, szef Izraelskiego Instytutu Demokratycznego: „W wyobraźni ludzi pierwszą i najważniejszą rzeczą, gdy idą na wybory, jest tożsamość nowego premiera. Pod wieloma względami działa to na korzyść Netanjahu, ponieważ nie wiadomo, kim jest przeciwnik”.

Z krajobrazu kandydatów na premiera zniknął wcześniejszy główny rywal Bibiego, Benny Ganc. Najpoważniejszym przeciwnikiem lidera Likudu na prawicy był Gideon Saar, były minister spraw wewnętrznych oraz edukacji z ramienia tej partii, który po odejściu założył własne ugrupowanie Nowa Nadzieja. Spośród ugrupowań centrowych wybił się też były dziennikarz Yair Lapid, przez niektórych uważany za największe wyzwanie dla dotychczasowego premiera.

Israeli dream

Przeciwnicy Bibiego, jak Izraelczycy nazywają premiera, uważają, że jedyną jego pobudką do kolejnego startu w wyborach jest osobisty interes. Rzeczywiście, trudno zignorować fakt, że immunitet może być dla niego najlepszą gwarancją wywinięcia się wymiarowi sprawiedliwości. Trwający przeciwko niemu proces korupcyjny to główny argument politycznych oponentów Netanjahu.

Podczas tej kampanii dotychczasowy premier miał dwa asy w rękawie. Po pierwsze, sprawność, z jaką Izrael szczepi swoich obywateli. Netanjahu osobiście lobbował u prezesów Pfizera i Moderny zabezpieczenie odpowiedniej liczby szczepionek dla Izraela. Jego wysiłki się opłaciły – w ciągu trzech miesięcy zaszczepiono 80 proc. dorosłej populacji kraju, co w połączeniu z malejącą liczbą zakażeń pozwoliło przywrócić w miarę normalne życie. Otwarto szkoły, restauracje, muzea.

Zadowolony z siebie Netanjahu mawia nawet, że Izrael, nazywany „państwem start-upów”, stał się „państwem szczepionek”.

– Owszem, szczepienia poszły sprawnie – przyznaje Gonen Ben Itzhak. – Ale nie możemy zapomnieć, że w dużej mierze do rozprzestrzeniania się wirusa doszło, ponieważ Netanjahu nie odważył się tknąć społeczności ortodoksów i nie nałożył na nich żadnych zakazów dotyczących zgromadzeń czy praktyk religijnych.

Przeciwnicy Bibiego podkreślają, że zarządzanie pandemią w minionym roku nie szło rządowi tak dobrze, a seria lockdownów ciężko doświadczyła izraelską gospodarkę. Wskaźnik bezrobocia jest obecnie dwucyfrowy. Na COVID-19 zmarło w tym niewielkim (9,3 miliona mieszkańców) kraju ponad 6 tysięcy osób.

„Żyć według Tory”. Jak pandemia uderzyła w ultraortodoksyjnych Żydów

Drugi sukces, którym w kampanii chwalił się Netanjahu, to normalizacja stosunków Izraela z kilkoma państwami arabskimi. Chodzi o porozumienia m.in. ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi czy Marokiem, na mocy których państwa te uznały Izrael. – Ale to nie są żadne umowy pokojowe, jak je nazywa Netanjahu – uważa Ben Itzhak. – Nie mieliśmy nigdy wojny ze Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Sudanem czy Marokiem. Oczywiście, normalizacja to historyczne wydarzenie i w razie zaognienia konfliktu z Iranem dobrze mieć te państwa po swojej stronie, ale umowy pokojowe możemy i powinniśmy podpisać z Syrią czy Libanem.

Mała nieobecna i wielki nieobecny

Wielcy nieobecni kampanii? – Kwestia palestyńska w debacie okołowyborczej była praktycznie nieobecna. Jedynie Zjednoczona Lista i Meretz w ogóle odniosły się do niej w swojej kampanii – mówi mi Daoud Kuttab, palestyński dziennikarz i aktywista.

Kandydaci nie poświęcili praktycznie ani zdania potencjalnej aneksji czy rozpoczętemu przez Międzynarodowy Trybunał Karny śledztwu przeciwko Izraelowi jako podejrzanemu o zbrodnie wojenne na terytoriach okupowanych. Analitycy przyczyny tej sytuacji szukają w fakcie, że społeczeństwa izraelskiego ten temat po prostu nie obchodzi.

Unia Europejska musi uznać Palestynę

czytaj także

Kwestia palestyńska jest jednak dla tych wyborów o tyle znacząca, że wkrótce sami Palestyńczycy pójdą do urn w ramach wyborów prezydenckich. Nie jest jasne, jak odniesie się do nich nowy rząd Izraela.

– Nawet jeśli Netanjahu nie stworzy gabinetu, nie potrafię wyobrazić sobie nowego rządu uznającego wybory w Autonomii Palestyńskiej, jeśli wygra w nich Hamas – mówi Eliav Lieblich z Wydziału Prawa Uniwersytetu Telawiwskiego, którego zapytałam o wyniki wyborów. Innego zdania jest Daoud: – Jedyna kwestia, w której nowy rząd może przeszkodzić w palestyńskich wyborach, to ewentualna decyzja o pogwałceniu swoich zobowiązań wynikających z porozumień z Oslo, z których jasno wynika, że Palestyńczycy w Jerozolimie mogą brać zarówno czynny, jak i bierny udział w wyborach. To, kto zwycięży w wyborach, będzie miało jednak duży wpływ na całą kwestię palestyńską.

– Generalnie im bardziej na prawo przesunięty będzie układ sił w parlamencie, tym większa szansa na kontrowersyjne projekty legislacyjne – ocenia Lieblich. – Nie wiadomo, kto okaże się kingmakerem tych wyborów, ale wizja całkowicie prawicowej koalicji, która będzie przepychać jeszcze bardziej drakońskie antyarabskie przepisy, jest przerażająca – mówi Daoud.

Drugim zaginionym w akcji jest amerykański prezydent. Podczas poprzednich kampanii Netanjahu bardzo chętnie odnosił się do swoich ciepłych relacji z Donaldem Trumpem i sukcesów, jakie dzięki niej osiągnął, jak przeniesienie amerykańskiej ambasady z Tel Awiwu do Jerozolimy i uznanie jej za prawowitą stolicę Izraela.

Trump podzielał także zdanie dużej części izraelskiej prawicy i konserwatywnych wyborców w kwestii Palestyny, do przygotowania planu pokojowego wyznaczając swojego zięcia Jareda Kushnera, który zaproponował Palestyńczykom parę parceli ziemi na pustyni i zrzeczenie się całej reszty na rzecz Izraela w zamian za „duże inwestycje infrastrukturalne”.

Palestyna: między Izraelem a zięciem Trumpa

Joe Biden z pewnością nie znajdzie w tej kwestii wspólnego języka z Netanjahu, toteż ten ostatni postanowił całą sprawę przemilczeć. Nowa administracja w Waszyngtonie na razie odnosi się do Bibiego zresztą dość chłodno.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jagoda Grondecka
Jagoda Grondecka
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich. Korespondentka Krytyki Politycznej. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.
Zamknij