Ali Chamenei nie żyje. Drugi z religijnych przywódców Islamskiej Republiki Iranu miał zginąć w trakcie drugiego z izraelskich nalotów na Teheran 28 lutego. To koniec pewnej epoki: odchodzą budowniczy politycznego porządku Islamskiej Republiki, która powstała po rewolucji 1979 roku. Razem z Chameneim mieli zginąć jego bliski doradca Ali Szamchani, dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej Mohammad Pakpur, Mohammad Szirazi, łącznik między siłami zbrojnymi a Chameneim.
Śmierć tak wielu kluczowych graczy dziwi. Wydawało się, że Irańczycy będą potrafili tego uniknąć – nie tylko na skutek lekcji udzielonej im przez Izrael w czerwcu 2025 roku, ale również po tragicznej śmierci prezydenta Ebrahima Raisiego. W 2024 roku Raisi zginął w katastrofie lotniczej wraz z ministrem spraw zagranicznych Hosejnem Amirem-Abdollahianem, co obudziło dobrze znane Polakom głosy o niezbędnych procedurach bezpieczeństwa.
Czy należy umieszczać najważniejsze osoby w państwie w jednym helikopterze? Jednym budynku? Jeśli Chamenei i inni decydenci rzeczywiście zginęli w drugiej fali bombardowań, dlaczego nie zostali ewakuowani po pierwszym uderzeniu? Czy 86-letni schorowany ajatollah odmówił kolejnej w życiu przymusowej ewakuacji? Czy wojskowi uznali swoje bezpieczeństwo za drugorzędne, wiedząc, że w chwili ich śmierci dowodzenie obejmie drugi rząd?
To pytania, które kłębią mi się w głowie, tym bardziej że Iran był militarnie na atak przygotowany. Świadczy o tym bezprecedensowo szybka reakcja: pierwsze rakiety i chmary dronów wystrzelono niecałe dwie godziny od eksplozji pierwszej bomby w stolicy. Poprzednio działania odwetowe podejmowano po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu godzinach.
Zerwany „nuklearny deal” i brak zaufania wobec USA
Gotowość ta nie dziwi – sobotni atak poprzedzały nie tylko największy od 2003 roku transfer amerykańskiego zaplecza wojennego na tereny okalające Iran oraz powtarzające się sugestie Donalda Trumpa o możliwej eskalacji. Przede wszystkim wpłynął na to jednak brak zaufania, z którym Irańczycy otwarcie siadali do negocjacji nuklearnych w Maskacie i Genewie, podkreślając wręcz, że prezydent Stanów Zjednoczonych jest człowiekiem wiarołomnym. W końcu to właśnie on w 2018 roku zerwał tzw. nuklearny deal wynegocjowany z Teheranem jeszcze przez administrację Baracka Obamy – i to mimo braku przesłanek o łamaniu rzeczonego porozumienia przez Iran.
To Donald Trump podjął też decyzję o włączeniu się do wypowiedzianej przez Izrael wojny w samym środku własnych negocjacji nad nową umową, zrzucając na irańskie kompleksy atomowe bomby penetrujące GBU-57 MOP. Amerykańskie ładunki wybuchowe zaprojektowane specjalnie do niszczenia głębokich bunkrów spadły na Iran w nocy z 21 na 22 czerwca, a prezydent ogłosił całkowity sukces operacji nazwanej „Midnight Hammer”. Zaplecze nuklearne Islamskiej Republiki miało zostać wówczas doszczętnie zniszczone.
W 2026 roku Amerykanie i Irańczycy znowu usiedli więc do stołu, kontynuując przerwane przez wojnę negocjacje. Tym razem jednak Waszyngton chciał zmienić zasady gry, wytyczając nowe „czerwone linie” dla Teheranu. Ich kształt zdziwił analityków. O ile jeszcze w zeszłym roku clou rozmów miało koncentrować się na irańskim programie nuklearnym i uniemożliwieniu budowy bomby, teraz strona irańska miałaby oddać o wiele więcej. Kluczowe punkty nowych negocjacji obejmowały m.in. rezygnację z prowadzenia programu rakietowego czy współpracy z sojuszniczymi grupami proxy.
Na te warunki Iran zgodzić się nie mógł, od początku deklarując, że zespół negocjatorów pod wodzą ministra spraw zagranicznych Abbasa Aragcziego gotowy jest podjąć rozmowy, ale tylko w kształcie przerwanym w zeszłym roku. Z punktu widzenia Teheranu spełnienie obu postulatów USA byłoby wprost absurdalne – oznaczałoby dobrowolne poddanie strategii obronnej kraju, która w dużej mierze bazuje właśnie na programie rakietowym.
Czerwone linie Trumpa czy Netanjahu?
Zarówno irańscy decydenci, jak i obserwatorzy zaostrzającej się sytuacji komentowali to wprost: to nie są „czerwone linie” Donalda Trumpa. To „czerwone linie” Binjamina Netanjahu, które prezydent USA przedstawia jako własne. Tę hipotezę wzmacnia fakt, że do Maskatu Steve Witkoff, specjalny wysłannik USA ds. Bliskiego Wschodu, trafił niemal wprost z Tel Awiwu, gdzie odbywał konsultacje z tamtejszymi władzami.
Ostatnia z trzech rund spotkań, które odbyły się między Iranem a USA, pozwoliła nam jednak przypuszczać, że to Iran okazał się w Genewie stroną dominującą. Łatwo wyobrazić też sobie, że Abbas Aragczi, minister spraw zagranicznych mogący pochwalić się ponad dwudziestoletnim doświadczeniem dyplomatycznym oraz ekspertyzą w tematach poświęconych atomowi właśnie, jest w stanie zdominować Witkoffa, z zawodu biznesmena i dewelopera. Aragczi, stojąc twardo na stanowisku, że nie będzie negocjować żadnych punktów wykraczających poza sprawy stricte atomowe, zdawał się dość skutecznie odciągać Amerykanów od pozostałych kwestii.
Ostatnia tura negocjacji miała zaś przynieść duży przełom, który poznaliśmy za pośrednictwem ich brokera – ministra spraw zagranicznych Omanu, Badra as-Busaidiego. Irańczycy mieli przystać na rezygnację z magazynowania wzbogaconego uranu niezbędnego do produkcji bomby. Z satysfakcją ogłoszono więc, że droga do porozumienia jest bliska. Wkrótce potem Izrael jednak zaatakował.
Czy możliwa jest zmiana reżimu w Iranie?
Jak wygląda plan Izraelczyków i Amerykanów? Dotychczas usłyszeć mogliśmy o planie kilkudniowej operacji, której jednoznaczny cel trudno określić. Z jednej strony Trump z charakterystyczną dla siebie swadą rzucał słowa o „złych ludziach”, których Ameryka tolerowała zbyt długo. Dla podparcia swojej tezy wymienił wszystkie grzechy Iranu: od okupacji ambasady USA w czasie rewolucji islamskiej po ikoniczny, choć dziś raczej metaforyczny slogan „Śmierć Ameryce”.
Deklaracja Stanów Zjednoczonych połączona z atakami na symboliczne budynki najwyższej administracji publicznej mogłyby wskazywać, że Stany Zjednoczone faktycznie planują doprowadzić do upadku władzy w Teheranie. Z drugiej strony, Amerykanie nie przetransferowali w ostatnich tygodniach wystarczającej liczby żołnierzy, którzy byliby zdolni taką operację przeprowadzić. Bez wątpienia siłowe obalenie irańskiej władzy wymagałoby regularnej inwazji przypominającej choćby tę z Iraku, a choć śmierć jej kluczowych reprezentantów to koniec pewnej epoki, nie oznacza końca republiki. Trudno bowiem wyobrazić sobie, że Teheran nie był w żaden sposób przygotowany na odejście – naturalne lub nie – 86-letniego Alego Chameneiego.
Może więc scenariusz wojny kilkudniowej, o której wspominali Amerykanie, wcale nie ma na celu obalenia znienawidzonej republiki? Może powinniśmy traktować publiczne wystąpienia Donalda Trumpa bardziej dosłownie i kiedy mówi on o bad guys, to właśnie wymierzenia symbolicznej dla USA sprawiedliwości kilku bad guys należy się spodziewać? Dziś, 1 marca, operacja dalej trwa i trudno jednoznacznie wskazać, jaki kształt może przybrać w najbliższej przyszłości.
Dlaczego Iran chce przedłużać konflikt?
Irańczycy nie zamierzają jednak poddać się tak łatwo. Zdają sobie sprawę z dysproporcji sił militarnych i własnej słabości, dlatego strategię obronną kraju przygotowali w sposób co najmniej ciekawy. Nie dysponując ani równorzędną wobec Stanów flotą powietrzną, ani podobnie zaawansowaną technologią, postanowili oprzeć swoje działania właśnie na tej asymetrii. Dlatego celem Teheranu jest uczynienie wojny jak najdłuższą, jak najdroższą i jak najbardziej wycieńczającą – tak, aby zmęczyć zarówno swoich przeciwników, jak i ich sojuszników.
Przykład tej strategii widzieliśmy choćby w zeszłym roku. Choć czerwcowy konflikt z Izraelem Iran niewątpliwie przegrał na punkty, dość jasno pokazał nam kierunek swojego działania. To inwestowanie w broń o tanim, krótkim cyklu produkcyjnym, którą bez żalu można poświęcić w boju. W 2025 roku Iran nie skupiał się na bombardowaniu strategicznej czy symbolicznej izraelskiej infrastruktury. Postawił na ilość – wysłać tyle rakiet, aby w jak największym stopniu uszkodzić Żelazną Kopułę. I zrobił to. Pogłoski mówią, że Izraelczycy jeszcze na początku roku naprawiali poniesione wówczas straty, stąd też decyzja o tym, aby atakować dopiero pod koniec lutego.
Wgląd w strategię obronną Iranu dał też sam ajatollah Chamenei, pisząc w styczniu na portalu X, że amerykański okręt wojenny niewątpliwie niesie niebezpieczeństwo, ale jeszcze bardziej niebezpieczna jest broń, która może taki okręt zniszczyć. Zamiast więc inwestować w z góry przegrany wyścig zbrojeń i próbować budować ekwiwalentne narzędzia wojny, wolą myśleć o tym, jak najskuteczniej amerykańskie statki zniszczyć. Mogą to zrobić, ostrzeliwując je z małych, zwinnych motorówek, którym akompaniować będą ataki tanich dronów z powietrza. To prawdziwa walka Dawida z Goliatem — jak wykorzystać siłę przeciwnika i obrócić ją przeciwko niemu.
Czy ta strategia ma szansę przynieść efekty? Jedno jest pewne – jest w stanie skutecznie przeciągać wojnę, czyniąc z niej drogi konflikt ciągnący się nawet latami. Powinien to w swoich rachubach uwzględnić Donald Trump, którego dzielą raptem miesiące od wyborów śródokresowych. A w końcu to właśnie on wygrał prezydencki fotel obietnicą końca tzw. forever wars, które kosztują Amerykanów nie tylko gigantyczne środki, ale i życia.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.