Zszokowało nas, że funkcjonariusze ICE tak po prostu zamordowali dwie osoby na ulicach Minneapolis. A czy pamiętamy jeszcze, jak szokowały nas dziesiątki ludzi tonących w jednej chwili na Morzu Śródziemnym, bo statki ratunkowe zostały uziemione, a służby graniczne wolały nie reagować? Jak tysiące deportacji i aktów przemocy w USA skondensowały się w kilku strzałach oddanych w kierunku Renée Nicole Good i Alexa Prettiego (wiem, wiem, białych Amerykanów, o tym zaraz), tak dziesiątki tysięcy ofiar w drodze do Europy upamiętniło jedno zdjęcie martwego chłopca leżącego na plaży w czerwonej koszulce.
Chłopiec nazywał się Alan Kurdi, miał dwa lata. Był Syryjczykiem, który zginął, uciekając razem z rodziną przed wojną. Szacuje się, że słynne zdjęcie, na którym jego ciało leży na tureckim wybrzeżu Morza Egejskiego, zobaczyło 20 milionów osób – tylko w ciągu jednego dnia.
Było to ponad 10 lat temu, gdy jeszcze dla większości Europejczyków i Europejek wydawało się oczywiste, że ludzie na granicach nie powinni umierać. Dziś ciężko mi sobie przypomnieć, że taki moment w historii miał miejsce.
Tylko czy porównanie śmierci dwójki obywateli USA z uchodźcami z Syrii w ogóle się broni? Uważam, że tak, jeśli spojrzymy na to w ten sposób – migracja stała się dla władz kwestią „bezpieczeństwa”, którym łatwo ugrać swoje polityczne cele. Bezpieczeństwo zaś, rozumiane jako najwyższa wartość, usprawiedliwia przemoc zarówno wobec ludzi w drodze, jak i wobec tych, którzy im pomagają. To schemat, który obserwujemy tak samo w Europie, jak i w USA, a w zasadzie chyba na całym świecie.
Porównanie to broni się jeszcze bardziej, jeśli przypomnimy, że w aresztach ICE zmarło już znacznie więcej, bo ponad 30 osób. Część tych zgonów ma wynikać z komplikacji zdrowotnych, część tłumaczy się samobójstwem, jednak szczegóły są niejasne, a bliscy zmarłych oskarżają funkcjonariuszy o zaniedbanie i nadużycia. Niedawno pojawiły się doniesienia o jeszcze jednym zabójstwie, sprzed miesięcy, którego ofiarą padł 23-letni Ruben Martinez.
No i jest jeszcze granica amerykańsko-meksykańska, pilnowana przez tamtejszą Straż Graniczną, która podaje, że w ciągu ostatnich trzech dekad zginęło tam 10 tys. osób. Organizacje pozarządowe szacują z kolei, że liczba ta może sięgać aż 80 tys., a do tego wielu pozostaje zaginionych. Jakże skromnie wypada przy tym nieco ponad sto osób, które nie przeżyły na granicy polsko-białoruskiej, umierając często w męczarniach gdzieś w środku puszczy.
W rzeczywistości, w jakiej się znaleźliśmy, ofiary wśród osób z doświadczeniem migracji nie są nieszczęśliwymi wypadkami. To reguła, bo dzisiejszy reżim migracyjny ściśle wiąże się ze śmiercią i cierpieniem. Zarówno UE jak i USA (skupmy się na tych dwóch obszarach) wprowadzają coraz to nowsze polityki i praktyki, które pokazują jasno, że rządzący nie zamierzają tego zmieniać.
Po obu stronach Atlantyku
Porównajmy obie instytucje. Amerykański ICE (Agencja ds. Imigracji i Ceł), tak samo jak unijny Frontex (Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej), powstały po 11 września, a więc na fali „wojny z terrorem”, kiedy migrację zaczęto na dobre utożsamiać z zagrożeniem terrorystycznym. O ICE jednak zrobiło się głośno dopiero za drugiej kadencji Trumpa, który nadał agentom nowe uprawnienia, zwiększył budżet i postawił jasny cel: deportować z terytorium USA tak wielu ludzi, jak się da.
Służby ICE działają wewnątrz kraju, gdzie dokonują masowych aresztowań, zatrzymują i deportują osoby, które – przynajmniej w teorii – nie posiadają odpowiednich dokumentów pobytowych. Frontex z kolei przechwytuje ludzi na zewnętrznych granicach UE, zbiera dane, uczestniczy w kontrolach, koordynuje i realizuje przymusowe powroty, a wreszcie dokonuje nielegalnych pushbacków, co zostało już niejednokrotnie udowodnione.
Pushback, przypomnijmy, to nielegalne w świetle prawa zawrócenia osoby migrującej z terytorium kraju do granicy bez oceny jego sytuacji, bez przyjęcia wniosku o ochronę międzynarodową, bez żadnych pytań. Inaczej: po prostu wyrzucenie ludzi „za próg” niezależnie od tego, czy po drugiej stronie grozi im niebezpieczeństwo, jak w Białorusi czy Libii (której swoją drogą UE płaci za niedopuszczanie migrantów na europejskie wody).
Do Frontexu dochodzą, rzecz jasna, krajowe służby graniczne i policyjne, które współpracują przy nielegalnych zawróceniach i od lat przeprowadzają kontrole oparte na kryteriach rasowych, a do tego naloty i brutalne deportacje. Tylko w Polsce w ubiegłym roku nasi funkcjonariusze przeprowadzili niemal 15 tys. pushbacków.
Nie jesteśmy jednak wyjątkiem, a elementem większej układanki. W raporcie organizacji pozarządowych zajmujących się monitorowaniem sytuacji na granicach za 2025 rok czytamy, że w ubiegłym roku na terenie UE dokonano ponad 80 tys. pushbacków, czyli ponad 200 dziennie. Praktyka jest ta sama, niezależnie czy mówimy o Polsce, Finlandii, Grecji czy Francji.
W USA liczby też robią wrażenie. W styczniu tego roku padł nowy rekord – w ośrodkach detencyjnych ICE przebywało ponad 70 tys. osób, którym grozi deportacja, czyli najwięcej w historii funkcjonowania tej instytucji. Liczba osób przetrzymywanych w detencji bez jakiejkolwiek kryminalnej przeszłości wzrosła o prawie 2,5 tys. proc.
„Zarówno ICE, jak i Frontex funkcjonują w ramach prawnych, które nie zapewniają odpowiedniego nadzoru” – przekonuje PICUM, czyli Platforma Współpracy Międzynarodowej dot. Nieudokumentowanych Migrantów. Bo i po co nadzór, jeśli obie instytucje mają realizować jasny cel – pozbywać się i nie wpuszczać obcych? Taki mamy klimat, takie mamy oczekiwania społeczne i tym wygrywa się wybory. A za łamanie praw migrantów nikt nie odpowiada – ani po jednej, ani po drugiej stronie Atlantyku wyroki sadów nie mają praktycznego znaczenia.
Jasny kierunek
Unia Europejska przestała już udawać, że humanitaryzm w kontekście zarządzania migracjami ma dla niej jeszcze jakiekolwiek znaczenie. Widzieliśmy to choćby wtedy, gdy Ursula von der Leyen entuzjastycznie odniosła się do zawieszenia prawa do azylu w Polsce. W ostatnich latach przemoc ze strony służb wobec osób z doświadczeniem migracji, zarówno w interiorze Unii Europejskiej, jak i na jej pograniczach, jest coraz bardziej akceptowana.
– Choć niektórzy wskazują na wpływ polityki Stanów Zjednoczonych, to Europa już wcześniej dysponowała własnym zestawem represyjnych narzędzi [wobec migrantów – przyp. red.]. To, co obserwujemy obecnie, to sformalizowanie i rozszerzenie istniejących środków – komentuje dla Krytyki Politycznej Silvia Carta, rzeczniczka PICUM.
Widzimy to wyraźnie w unijnym Pakcie o Migracji i Azylu, który z jednej strony zakłada solidarność między państwami członkowskimi w zakresie zarządzania migracjami, z drugiej zaś zawiera szereg kontrowersyjnych zapisów, m.in. przyspieszenie procedur deportacyjnych i arbitralne uznawanie krajów pochodzenia za bezpieczne. Zaostrzenie tych procedur zawiera przyjęty w grudniu ubiegłego roku projekt rozporządzenia powrotowego UE.
– Środki, które kiedyś uważano za skrajne, jak tworzenie ośrodków deportacyjnych poza UE czy odsyłanie ludzi do miejsc, z którymi nie mają żadnego związku, są dziś stopniowo normalizowane. Projekt rozporządzenia UE w sprawie powrotów może utrwalić i ujednolicić te praktyki we wszystkich państwach członkowskich – dodaje Silvia Carta.
Organizacje pozarządowe ostrzegają, że rozporządzenie umożliwi państwom dokonywanie nalotów na domy prywatne osób podejrzanych o nielegalne przebywanie na terenie UE – czyli dokładnie to, co obserwujemy dziś w Stanach Zjednoczonych.
Zresztą zatrzymywanie losowych osób „wyglądających na cudzoziemców” i tak już regularnie odbywa się na europejskich ulicach. To tak zwane profilowanie rasowe, za które rok temu francuska policja odpowiedziała przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Jak pokazują badania, młodzi czarni mężczyźni lub tacy o „arabskiej urodzie” byli czterokrotnie bardziej narażeni na zatrzymanie przez policję i dwunastokrotnie częściej poddawani „rozszerzonym” kontrolom, w tym przeszukaniu osobistemu lub zabraniu na komisariat policji.
Gdzie się podział sprzeciw?
W Minneapolis setki mieszkańców monitorują obecność funkcjonariuszy ICE i ostrzegają sąsiadów, a dziesiątki usłyszały już zarzuty za udział w protestach. Tamtejszy burmistrz Jacob Frey sprzeciwił się polityce Trumpa i odmówił wzmocnienia operacji ICE siłami lokalnej policji. Jedną z głośniejszych reakcji było oświadczenie wygłoszone podczas rozdania nagród Grammy przez gwiazdę tamtego wieczoru, rapera Bad Bunny’ego. „ICE out!” – powiedział i dodał – „Nie jesteśmy dzikusami, nie jesteśmy zwierzętami, nie jesteśmy obcymi. Jesteśmy ludźmi i jesteśmy Amerykanami”.
W Europie z kolei głosem sumienia okazała się Hiszpania z premierem Pedro Sanchezem na czele, która na przekór wszystkim niedawno umożliwiła legalizację pobytu 500 tysiącom osób o nieuregulowanym statusie. I chociaż z sondaży wynika, że większość Europejczyków imigracji nie popiera, to wciąż jeszcze zdarzają się protesty wobec łamania praw osób w drodze.
Jednym z głośniejszych był ten w 2023 roku w Grecji, gdy tysiące ludzi wyszło na ulice po katastrofie łodzi w pobliżu miasta Pylos, w wyniku której utonęły dziesiątki ludzi. Mimo utrudnień ze strony władz organizacje takie jak SeaWatch wciąż wypływają na morze, by nie doszło do kolejnych tragedii (organizacja niedawno wygrała nawet sprawę przeciwko Włochom za uniemożliwienie wpuszczenia na ląd ludzi uratowanych przed utonięciem).
Niejedna manifestacja odbyła się także w naszym kraju w związku z sytuacją osób na granicy polsko-białoruskiej czy w ośrodkach detencyjnych. Amnesty International Polska właśnie rusza z kampanią społeczną poświęconą migracji, a Grupa Granica i inne organizacje pozarządowe wciąż działają na Podlasiu.
Historie osób migrujących zdają się jednak coraz mniej interesować polską czy europejską prasę, no chyba że chodzi o ICE, który od stycznia pojawia się na pierwszych stronach gazet, ostatnio jednak przesłonięty wydarzeniami na Bliskim Wschodzie i aferą wokół akt Epsteina. Oburzenie przycichnie zapewne do czasu kolejnego morderstwa ze strony amerykańskich służb.
Tymczasem przeprawa przez Morze Śródziemne czy inne szlaki migracyjne do UE, choć pociąga za sobą więcej ofiar śmiertelnych niż działania ICE, jest też bardziej anonimowa. Czy to znaczy, że potrzebujemy kolejnej ofiary-symbolu jak Alan Kurdi, by temat przemocy na granicach wrócił do debaty publicznej? Czyja śmierć jest wystarczająco ważna, by nas oburzyć?










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.