Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Irański ból głowy Europy

W najgorszym scenariuszu Europa zostanie z rachunkiem za amerykańską wojnę, słonym niezależnie od jej wyniku. Niestety, co najmniej od pięciu lat najgorsze scenariusze to w Europie codzienność.

ObserwujObserwujesz
Donald Trump
12
Celnie!
Walka
Serce

6

W poniedziałek 16 marca, po spotkaniu ministrów spraw zagranicznych Unii Europejskiej w Brukseli, nasz kontynent wysłał Stanom jasny sygnał: kraje Unii nie zamierzają angażować się w konflikt w Iranie ani wysyłać swoich okrętów, by zabezpieczyć żeglugę w Cieśninie Ormuz. Udział Wielkiej Brytanii w działaniach wojennych wykluczył też brytyjski premier Keir Starmer (chociaż Wielka Brytania udostępnia amerykańskim samolotom swoje bazy wojskowe).

Trudno się dziwić europejskim liderom, że nie chcą dać się wciągnąć w wojnę rozpętaną przez Trumpa w Iranie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wszystkie jego groźby i szantaże w przeszłości oraz fakt, że Waszyngton nie konsultował ataku z sojusznikami i nie ma jasnego planu na zakończenie konfliktu. Jednak wojna w Iranie to wielki problem dla Europy – nie tylko dlatego, że to państwa europejskie mogą szczególnie boleśnie odczuć jej ekonomiczne skutki. Problem Europy polega także na tym, że w naszym interesie nie leży ani to, by Trump tę wojnę wygrał, ani by ją zdecydowanie przegrał – a jeszcze mniej długie trwanie konfliktu.

Czytaj także Wojna w Iranie i „imperialna prezydentura” Trumpa Jakub Majmurek

Sukces w Teheranie wybiłby ostatnie bezpieczniki

Dlaczego sukces Trumpa w Iranie byłby kłopotliwy dla Europy? Stany są naszym sojusznikiem, Iran jest sojusznikiem Federacji Rosyjskiej – zbójeckiego państwa prowadzącego wojnę u wschodnich granic Unii. Stany są ciągle demokracją liberalną, Iran – zamordystyczną teokracją moralnie zasługującą na zaoranie. Teoretycznie powinniśmy więc kibicować Amerykanom, ktokolwiek nie byłby ich prezydentem.

Problem tkwi jednak w tym, że prezydentem Stanów jest akurat Trump i sukces operacji irańskiej – zwłaszcza pełna zmiana reżimu na uległy wobec USA – doprowadziłby do niewyobrażalnej nawet jak na standardy tej administracji eksplozji arogancji. Zwycięstwo potwierdziłoby jej przekonanie, że w stosunkach międzynarodowych liczy się tylko siła, a Stany mają dość siły, by narzucać swoją wolę światu. Po zwycięskiej wojnie w Iranie amerykańska polityka stałaby się jeszcze bardziej jednostronna i nielicząca się ze zdaniem i interesami sojuszników. Mogłaby wrócić kwestia Grenlandii i Kanady jako 51 stanu USA, a lista nieakceptowalnych amerykańskich żądań mogłaby się nawet wydłużyć.

Sukces mógłby też wzmocnić Trumpa wewnętrznie, co – biorąc pod uwagę, jak nieprzewidywalnym jest on partnerem i jak bardzo jego administracja jest ideologicznie wroga wobec Unii Europejskiej i partii tworzących główny nurt jej polityki – byłoby złą wiadomością dla naszego kontynentu. Mówiąc brutalnie: w interesie głównego nurtu UE jest maksymalne osłabienie Trumpa w wyborach połówkowych, tak by przez następne dwa lata agenda legislacyjna administracji była sparaliżowana, a prezydent i jego gabinet zajmowali się głównie tłumaczeniem się ze swoich działań przed Kongresem. Zwłaszcza że alternatywą może być trudny do odwrócenia dryf autorytarny zmieniający Stany w hybrydowy ustrój przypominający Węgry Orbána – co byłoby katastrofalne dla normatywnych podstaw transatlantyckiego sojuszu.

Wiele wskazuje, że okno dla takiego sukcesu Trumpa zamknęło się, zanim się otworzyło. Wojna nie wywołała efektu gromadzenia się amerykańskiego społeczeństwa wokół flagi, a wbrew nadziejom Trumpa nie przebiegła też tak sprawnie jak w Wenezueli. Jak donosił „Wall Street Journal”, Trump zlekceważył ostrzeżenia szefa Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, Dona Caina, że w sytuacji wojny Iran zamknie Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa 20 proc. globalnej produkcji ropy naftowej, co już teraz jest odczuwalne w cenach benzyny na amerykańskich stacjach.

Trumpowi zostaje teraz szukanie planów B: albo wycofanie się bez realizacji strategicznych celów, albo próba odblokowania Cieśniny lub zmiany reżimu przy pomocy lądowej inwazji – co byłoby ruchem wielce ryzykownym militarnie i politycznie.

Europejskie rachunki za amerykańską wojnę

Nie jest to też jednak dobrą wiadomością dla Europy. Bo to europejskie państwa zapłacą rachunek za długotrwałą, przeciągającą się wojnę w Zatoce, zwłaszcza w sytuacji blokady Cieśniny Ormuz. Kraje Unii są o wiele bardziej narażone na nowy szok naftowy niż Stany, będące eksporterem netto ropy i gazu ziemnego. Jak pokazuje analiza francuskiego pisma „Grand Continent”, przeciągająca się wojna może oznaczać powtórkę szoku z 2022 roku, z pierwszych miesięcy rosyjskiej napaści na Ukrainę.

Najkrócej mówiąc, możliwa jest następująca sekwencja: ceny ropy i gazu rosną, więc pozbawione własnych źródeł tych surowców kraje europejskie zmuszone są kupować je po pełnych rynkowych stawkach. Nieuchronny w tej sytuacji wzrost cen energii – jak nie próbowano by go łagodzić różnymi rządowymi tarczami – wytworzy presję inflacyjną. Ta może przerodzić się w nowy kryzys kosztów życia. Banki centralne najpewniej w końcu zareagują podwyżkami stóp procentowych, co spowolni wzrost gospodarczy.

Czytaj także Niemiec już nie ma? Nie mamy powodów, by się z tego cieszyć Jakub Majmurek

Wszystko to w momencie, gdy wiele europejskich gospodarek od dawna ma problem z niską dynamiką wzrostu albo wręcz gospodarczą stagnacją. Tymczasem po szoku pandemicznym i rosyjskim z 2022 roku europejskie społeczeństwa nie mają najmniejszej ochoty na kolejny i sfrustrowane mogą udzielić politycznego poparcia siłom skrajnym.

Co gorsza, wzrost cen ropy wzmocni Rosję. Jak przewiduje niemiecko-brytyjski dziennikarz ekonomiczny Wolfgang Münchau, przeciągająca się wojna z Iranem może zwiększyć rosyjskie przychody z ropy naftowej do 10 miliardów dolarów miesięcznie – w lutym były to cztery miliardy – co ma wystarczyć Putinowi do dalszego prowadzenia wojny z Ukrainą. Münchau przewiduje też, że jeśli Stany uwikłają się w Iranie, priorytetem stanie się dla nich jak najszybsze zakończenie konfliktu w Ukrainie – także kosztem jeszcze większego nacisku na Zełenskiego, by zgodził się na porozumienie na niekorzystnych dla Ukrainy warunkach.

Europa nie ma dobrego ruchu?

Może więc, biorąc to wszystko pod uwagę, warto pomóc Trumpowi odblokować Cieśninę Ormuz, tak, by mógł ogłosić sukces i zakończyć konflikt? Tym bardziej że odmowę Trump uzna za osobistą obrazę i kolejny „dowód”, że w NATO Stany „za frajer” dostarczają Europejczykom bezpieczeństwo, a ci w razie potrzeby nie mają woli, by pomóc Stanom. W interesie Europy nie jest też zupełne upokorzenie Stanów w Iranie – bo jakiej Schadenfreude nie wywoływałaby klęska Trumpa, to skutki tego byłyby odczuwalne także dla przyszłych, w tym przyjaźniejszych Europie, administracji. A silna globalna pozycja Stanów ciągle jest i jakiś czas pozostanie istotnym składnikiem europejskiego bezpieczeństwa, zwłaszcza wschodniej flanki Unii.

Czytaj także Iran po rewolucji i przed, czyli: komu to przeszkadzało? Michał Sutowski

Zarazem może być i tak, że ewentualną pomoc europejskich sojuszników w Iranie Trump uzna za dowód ich słabości i wyciągnie z tego wnioski na przyszłość. Zaangażowanie europejskich sił w Cieśninie Ormuz wcale nie gwarantuje dobrej woli Trumpa w ważnych dla Europy kwestiach – relacjach handlowych, wojnie w Ukrainie – ani nawet, że otwarcie Cieśniny Trump uzna za wystarczający powód, by zakończyć wojnę. A jeśli sytuacja w regionie i ceny ropy mają się uspokoić, także reżim w Teheranie musi uznać, że warto zakończyć walki.

Co więc może robić Europa? W idealnym świecie, stojąc na gruncie prawa międzynarodowego, Unia jako mocarstwo normatywne, gospodarcze i dyplomatyczne byłaby w stanie doprowadzić do jakiegoś porozumienia między Stanami a Iranem. W rzeczywistości jest jednak na to za słaba, zbyt podzielona i – jak nie bez racji zarzucała niedawno europejskim elitom politycznym włoska politolożka Nathalie Tocci – w kwestii bezprawnej wojny z Iranem niezdolna zająć jednoznacznego stanowiska.

Bardziej realistycznym rozwiązaniem mogłoby być otwarcie Cieśniny Ormuz drogą negocjacji międzynarodowych z Iranem. O takim planie mówił niedawno brytyjski premier Keir Starmer. W najgorszym scenariuszu Europa zostanie jednak z rachunkiem za amerykańską wojnę, słonym niezależnie od tego, czy okaże się ona sukcesem czy klęską dla Trumpa. Niestety, co najmniej od 2020 roku najgorsze scenariusze to dla nas w zasadzie codzienność.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
12 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie
19610731wg
2026-03-18 09:51

Stany są ciągle demokracją liberalną”

Ciekawe czy, gdyby były demokracją zwykłą, Amerykanie napadli by na Iran?

uszkudlarek
2026-03-19 10:20
Odpowiedź do  19610731wg

Jak zwykle w sedno, jak nikt umiesz uchwycić istotę problemu i zadać niezbędne pytania, rozwijające dyskusję i pogłębiające omawiany temat. Więcej nam potrzeba takich merytorycznych komentarzy.

tomek.syta
2026-03-19 16:57
Odpowiedź do  19610731wg

stary, twoje komentarze są jak zwykle bezcenne

dg30
2026-03-18 14:02

Warto wiedzieć, że:
(1) W nauce oraz w publicystyce to właśnie demokracje liberalne uważa się za „demokracje zwykłe”. Odróżnia się je od demokracji niepełnych czy też rzekomych (phoney democracies).
(2) Istnieją jeszcze ustroje, które w nazwie mają demokracje, ale nawet nie są nazywane demokracjami rzekomymi. To np. republika islamska w Iranie albo „demokracje ludowe”, czyli dawne dyktatury komunistyczne.

19610731wg
2026-03-18 18:38
Odpowiedź do  dg30

„W nauce oraz w publicystyce”

Nie będę wnikał w co uważa się w publicystyce.
W nauce jednak mamy coś, co nazywamy brzytwą Ockhama. A zatem mówienie demokracja liberalna zamiast demokracja na pewno nie jest „naukowe”.
A może chodzi Ci o naukę liberalną?
 

dg30
2026-03-18 18:55
Odpowiedź do  19610731wg

Każdy kto parał się politologią a w szczególności dziejami myśli politycznej, wie, że politolodzy wiele razy zacięli się tą brzytwą i wolą nosić brody. Wciąż stosujemy pojęcia używane przez Arystotelesa, wymyślone ponad dwa tysiące lat temu i dostosowane do rzeczywistości zasadniczo różnej od naszej. Wciąż w obiegu jest teza o stabilizującej ustrój roli klasy średniej, przez tegoż Arystotelesa skonstruowana. Tymczasem jej podstawą jest Arystotelesowska koncepcja cnót. Ktoś słyszał?

19610731wg
2026-03-18 22:13
Odpowiedź do  dg30

Wróćmy jednak do istoty sporu. Dla mnie demokracja liberalna to cos jak demokracja socjalistyczna czyli kolejne oszustwo

andrewfalicz
2026-03-23 12:45
Odpowiedź do  dg30

Epatowanie zręcznością używania niewiele znaczących etykietek jest w sumie zabawne.

Tak jak uparte nazywanie obecnie rządzącej w Polsce większości parlamentarnej – demokratyczną.

19610731wg
2026-03-18 18:38

„W nauce oraz w publicystyce”

Nie będę wnikał w co uważa się w publicystyce.
W nauce jednak mamy coś, co nazywamy brzytwą Ockhama. A zatem mówienie demokracja liberalna zamiast demokracja na pewno nie jest „naukowe”.
A może chodzi Ci o naukę liberalną?
 

brtk
2026-03-19 21:05

No więc demokracja liberalna ma się tak do demokracji jak krzesło elektryczne do zwykłego (parafrazując stare powiedzenie). Demokracja liberalna jest ustrojem bogaczy i nie ma w niej nic szczególnie fajnego. W przeciwieństwie do demokracji jako takiej.

Stany od dawna są demokracją fasadową, gdzie de facto rządzą bogacze (korporacje i indywidua).

No i ten płacz nad brakiem wzrostu gospodarczego. Tego nie rozumiem. To neoliberalny bożek, którego długość mierzy się bezsensownym PKB. Ma się on nijak do czegokolwiek, a już najmniej do poziomu życia obywateli.

dg30
2026-03-20 11:38
Odpowiedź do  brtk

Warto wiedzieć, że:
(1) We współczesnym świecie nie ma demokracji innych niż liberalne. Nieliberalną demokracją może być nazwana Republika Islamska w Iranie. Każdy może kandydować do medżlesu i na prezydenta, pod warunkiem, że zostanie zatwierdzony przez Radę Strażników.
(2) Wszystkie nowożytne demokracje powstały w epoce wzrostu gospodarczego, która trwa już od ponad dwustu lat. Czy jest możliwa demokracja bez wzrostu, to bardzo poważne pytanie. Wielce pouczające są tu doświadczenia Niemiec z lat trzydziestych XX wieku.
(3) Istniały systemy polityczne, które nazywamy demokracjami, różne od liberalnych, wszakże w odległej przeszłości. Mało mają one wspólnego z nowożytnym państwami demokratycznymi. przypomnę w Atenach skazano na śmierć Sokratesa za ateizm, urzędników losowano a ambitnych polityków wyganiano w procedurze ostracyzmu.
(4) Można rozważyć koncepcję, że równość zastąpi wzrost. Jednak jak na razie państwa demokratyczne i zarazem ściśle egalitarne pozostają jedynie czystą ideą, nieskażoną związkami z rzeczywistością.

Ostatnio edytowane 18 dni temu przez dg30
andrewfalicz
2026-03-23 12:39

Założenie, iż potencjalna porażka teokratycznego brutalnego reżimu w Iranie byłaby zła bo Trump poczułby się zbyt pewny jest kuriozalne.

Nienawiść do Trumpa odbiera polskiej lewej stronie rozum.

Czekam jak zaczną demonstracje w obronie Maduro…

Ostatnio edytowane 14 dni temu przez andrewfalicz