W poniedziałek 16 marca, po spotkaniu ministrów spraw zagranicznych Unii Europejskiej w Brukseli, nasz kontynent wysłał Stanom jasny sygnał: kraje Unii nie zamierzają angażować się w konflikt w Iranie ani wysyłać swoich okrętów, by zabezpieczyć żeglugę w Cieśninie Ormuz. Udział Wielkiej Brytanii w działaniach wojennych wykluczył też brytyjski premier Keir Starmer (chociaż Wielka Brytania udostępnia amerykańskim samolotom swoje bazy wojskowe).
Trudno się dziwić europejskim liderom, że nie chcą dać się wciągnąć w wojnę rozpętaną przez Trumpa w Iranie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wszystkie jego groźby i szantaże w przeszłości oraz fakt, że Waszyngton nie konsultował ataku z sojusznikami i nie ma jasnego planu na zakończenie konfliktu. Jednak wojna w Iranie to wielki problem dla Europy – nie tylko dlatego, że to państwa europejskie mogą szczególnie boleśnie odczuć jej ekonomiczne skutki. Problem Europy polega także na tym, że w naszym interesie nie leży ani to, by Trump tę wojnę wygrał, ani by ją zdecydowanie przegrał – a jeszcze mniej długie trwanie konfliktu.
Sukces w Teheranie wybiłby ostatnie bezpieczniki
Dlaczego sukces Trumpa w Iranie byłby kłopotliwy dla Europy? Stany są naszym sojusznikiem, Iran jest sojusznikiem Federacji Rosyjskiej – zbójeckiego państwa prowadzącego wojnę u wschodnich granic Unii. Stany są ciągle demokracją liberalną, Iran – zamordystyczną teokracją moralnie zasługującą na zaoranie. Teoretycznie powinniśmy więc kibicować Amerykanom, ktokolwiek nie byłby ich prezydentem.
Problem tkwi jednak w tym, że prezydentem Stanów jest akurat Trump i sukces operacji irańskiej – zwłaszcza pełna zmiana reżimu na uległy wobec USA – doprowadziłby do niewyobrażalnej nawet jak na standardy tej administracji eksplozji arogancji. Zwycięstwo potwierdziłoby jej przekonanie, że w stosunkach międzynarodowych liczy się tylko siła, a Stany mają dość siły, by narzucać swoją wolę światu. Po zwycięskiej wojnie w Iranie amerykańska polityka stałaby się jeszcze bardziej jednostronna i nielicząca się ze zdaniem i interesami sojuszników. Mogłaby wrócić kwestia Grenlandii i Kanady jako 51 stanu USA, a lista nieakceptowalnych amerykańskich żądań mogłaby się nawet wydłużyć.
Sukces mógłby też wzmocnić Trumpa wewnętrznie, co – biorąc pod uwagę, jak nieprzewidywalnym jest on partnerem i jak bardzo jego administracja jest ideologicznie wroga wobec Unii Europejskiej i partii tworzących główny nurt jej polityki – byłoby złą wiadomością dla naszego kontynentu. Mówiąc brutalnie: w interesie głównego nurtu UE jest maksymalne osłabienie Trumpa w wyborach połówkowych, tak by przez następne dwa lata agenda legislacyjna administracji była sparaliżowana, a prezydent i jego gabinet zajmowali się głównie tłumaczeniem się ze swoich działań przed Kongresem. Zwłaszcza że alternatywą może być trudny do odwrócenia dryf autorytarny zmieniający Stany w hybrydowy ustrój przypominający Węgry Orbána – co byłoby katastrofalne dla normatywnych podstaw transatlantyckiego sojuszu.
Wiele wskazuje, że okno dla takiego sukcesu Trumpa zamknęło się, zanim się otworzyło. Wojna nie wywołała efektu gromadzenia się amerykańskiego społeczeństwa wokół flagi, a wbrew nadziejom Trumpa nie przebiegła też tak sprawnie jak w Wenezueli. Jak donosił „Wall Street Journal”, Trump zlekceważył ostrzeżenia szefa Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, Dona Caina, że w sytuacji wojny Iran zamknie Cieśninę Ormuz, przez którą przepływa 20 proc. globalnej produkcji ropy naftowej, co już teraz jest odczuwalne w cenach benzyny na amerykańskich stacjach.
Trumpowi zostaje teraz szukanie planów B: albo wycofanie się bez realizacji strategicznych celów, albo próba odblokowania Cieśniny lub zmiany reżimu przy pomocy lądowej inwazji – co byłoby ruchem wielce ryzykownym militarnie i politycznie.
Europejskie rachunki za amerykańską wojnę
Nie jest to też jednak dobrą wiadomością dla Europy. Bo to europejskie państwa zapłacą rachunek za długotrwałą, przeciągającą się wojnę w Zatoce, zwłaszcza w sytuacji blokady Cieśniny Ormuz. Kraje Unii są o wiele bardziej narażone na nowy szok naftowy niż Stany, będące eksporterem netto ropy i gazu ziemnego. Jak pokazuje analiza francuskiego pisma „Grand Continent”, przeciągająca się wojna może oznaczać powtórkę szoku z 2022 roku, z pierwszych miesięcy rosyjskiej napaści na Ukrainę.
Najkrócej mówiąc, możliwa jest następująca sekwencja: ceny ropy i gazu rosną, więc pozbawione własnych źródeł tych surowców kraje europejskie zmuszone są kupować je po pełnych rynkowych stawkach. Nieuchronny w tej sytuacji wzrost cen energii – jak nie próbowano by go łagodzić różnymi rządowymi tarczami – wytworzy presję inflacyjną. Ta może przerodzić się w nowy kryzys kosztów życia. Banki centralne najpewniej w końcu zareagują podwyżkami stóp procentowych, co spowolni wzrost gospodarczy.
Wszystko to w momencie, gdy wiele europejskich gospodarek od dawna ma problem z niską dynamiką wzrostu albo wręcz gospodarczą stagnacją. Tymczasem po szoku pandemicznym i rosyjskim z 2022 roku europejskie społeczeństwa nie mają najmniejszej ochoty na kolejny i sfrustrowane mogą udzielić politycznego poparcia siłom skrajnym.
Co gorsza, wzrost cen ropy wzmocni Rosję. Jak przewiduje niemiecko-brytyjski dziennikarz ekonomiczny Wolfgang Münchau, przeciągająca się wojna z Iranem może zwiększyć rosyjskie przychody z ropy naftowej do 10 miliardów dolarów miesięcznie – w lutym były to cztery miliardy – co ma wystarczyć Putinowi do dalszego prowadzenia wojny z Ukrainą. Münchau przewiduje też, że jeśli Stany uwikłają się w Iranie, priorytetem stanie się dla nich jak najszybsze zakończenie konfliktu w Ukrainie – także kosztem jeszcze większego nacisku na Zełenskiego, by zgodził się na porozumienie na niekorzystnych dla Ukrainy warunkach.
Europa nie ma dobrego ruchu?
Może więc, biorąc to wszystko pod uwagę, warto pomóc Trumpowi odblokować Cieśninę Ormuz, tak, by mógł ogłosić sukces i zakończyć konflikt? Tym bardziej że odmowę Trump uzna za osobistą obrazę i kolejny „dowód”, że w NATO Stany „za frajer” dostarczają Europejczykom bezpieczeństwo, a ci w razie potrzeby nie mają woli, by pomóc Stanom. W interesie Europy nie jest też zupełne upokorzenie Stanów w Iranie – bo jakiej Schadenfreude nie wywoływałaby klęska Trumpa, to skutki tego byłyby odczuwalne także dla przyszłych, w tym przyjaźniejszych Europie, administracji. A silna globalna pozycja Stanów ciągle jest i jakiś czas pozostanie istotnym składnikiem europejskiego bezpieczeństwa, zwłaszcza wschodniej flanki Unii.
Zarazem może być i tak, że ewentualną pomoc europejskich sojuszników w Iranie Trump uzna za dowód ich słabości i wyciągnie z tego wnioski na przyszłość. Zaangażowanie europejskich sił w Cieśninie Ormuz wcale nie gwarantuje dobrej woli Trumpa w ważnych dla Europy kwestiach – relacjach handlowych, wojnie w Ukrainie – ani nawet, że otwarcie Cieśniny Trump uzna za wystarczający powód, by zakończyć wojnę. A jeśli sytuacja w regionie i ceny ropy mają się uspokoić, także reżim w Teheranie musi uznać, że warto zakończyć walki.
Co więc może robić Europa? W idealnym świecie, stojąc na gruncie prawa międzynarodowego, Unia jako mocarstwo normatywne, gospodarcze i dyplomatyczne byłaby w stanie doprowadzić do jakiegoś porozumienia między Stanami a Iranem. jw. Rzeczywistości jest jednak na to jednak za słaba, zbyt podzielona i – jak nie bez racji zarzucała niedawno europejskim elitom politycznym włoska politolożka Nathalie Tocci – w kwestii bezprawnej wojny z Iranem niezdolna zająć jednoznacznego stanowiska.
Bardziej realistycznym rozwiązaniem mogłoby być otwarcie Cieśniny Ormuz drogą negocjacji międzynarodowych z Iranem. O takim planie mówił niedawno brytyjski premier Keir Starmer. W najgorszym scenariuszu Europa zostanie jednak z rachunkiem za amerykańską wojnę, słonym niezależnie od tego, czy okaże się ona sukcesem czy klęską dla Trumpa. Niestety, co najmniej od 2020 roku najgorsze scenariusze to dla nas w zasadzie codzienność.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.