Trzy dekady temu Francis Fukuyama przedstawił tezę o końcu historii: oto liberalno-demokratyczny kapitalizm okazał się najlepszym z możliwych systemów społecznych, więc teraz, gdy to odkryliśmy, dotarliśmy do kresu drogi postępu i osiągnęliśmy koniec historii. Dalej pójść się nie da; została jedynie praca nad pełnym wdrożeniem tego porządku na całym świecie.
Fukuyama wkrótce zrozumiał swój błąd. Dziś popiera Berniego Sandersa.
30 lat później znaleźliśmy się na przeciwległym krańcu owego liberalnego porządku: dziś dominuje przekonanie, że porządek oparty na liberalno-demokratycznym kapitalizmie, ze swoim skomplikowanym zbiorem zasad gwarantujących podstawowe prawa człowieka (wolność słowa, powszechna opieka medyczna, bezpłatna edukacja itd.) uległ rozpadowi. Zastępuje go świat o wiele bardziej brutalny, w którym wielkie ryby zżerają mniejsze, a żadnej ideologii nie bierze się już na poważnie, bo liczy się tylko naga siła: ekonomiczna, polityczna lub militarna.
Trump nie po to obalił Nicolasa Maduro, by przywrócić w Wenezueli demokrację, ale żeby zyskać swobodny dostęp do jej przebogatych złóż ropy naftowej i cennych minerałów. Putin zaś napadł na Ukrainę, by odbudować Wielką Rosję taką, jaka istniała przed Rewolucją Październikową, a potem, w innej już formie, za Stalina.
Najczęstszą reakcją na ten stan rzeczy jest pozbawiony złudzeń i ideałów realizm: jeśli mieszkasz w małym kraju, żyjesz w strachu; jeśli możesz, cieszysz się w obscenicznych przywilejów swojej potęgi. W obu przypadkach rozumiesz, że zasady nie znaczą już nic. W tym nowym świecie często słyszymy, że maski opadły. Nie ma już praw człowieka, nie ma poszanowania cudzej suwerenności, nie zostało nic z tych rzeczy: tak naprawdę żyjemy już w świecie postideologicznym, zmuszeni pogodzić się z brutalną rzeczywistością braku iluzji. Ale czy aby na pewno właśnie w takim świecie żyjemy?
Nic podobnego! Nasz postliberalny świat jest przesiąknięty ideologią w jeszcze większym stopniu niż liberalno-demokratyczne uniwersum.
Wizja MAGA to czysta ideologia, której codziennie zaprzecza rzeczywistość jej własnych postępków. Główny ideolog trumpowskiego populizmu Steve Bannon ogłasza się leninistą dążącym do zniszczenia państwa, a przecież pod rządami Trumpa machina państwa amerykańskiego jest silniejsza niż kiedykolwiek dotąd, bezpodstawnie ingerując w demokratyczne mechanizmy i łamiąc ustanowione prawo, a nawet zasady rynku. W Ameryce Trumpa wolność słowa, zamiast być prawem uciskanych i wyzyskiwanych do zabierania głosu we własnej sprawie, stała się wolnością upokarzania przez ludzi potężnych tych, którzy są słabi: migrantów, osób niebiałych, mniejszości seksualnych.
Dokładnie tak samo stało się w Rosji i w Izraelu, by nie szukać już dalej. Izrael jest dzisiaj opanowany przez syjonistyczny fundamentalizm, który uzasadnia brutalną kolonizację Gazy i Zachodniego Brzegu przywoływaniem Starego Testamentu. Putin legitymizuje swoją władzę ideologią „euroazjatycką”, która zachodniemu indywidualistycznemu liberalizmowi przeciwstawia tradycyjne wartości życia rodzinnego i stawia interes społeczeństwa ponad dobrem jednostki, aż po jej gotowość do samopoświęcenia w imię państwa. Zdaniem Aleksandra Chariczewa, jednego z wiodących ideologów Putina, właśnie tak prezentuje się homo putinus – domniemana „samopoświęcająca się natura” Rosjan: „Dla nas życie wydaje się znaczyć o wiele mniej niż dla ludzi Zachodu. Wierzymy, że są rzeczy znacznie ważniejsze niż po prostu życie. Taki jest, w rzeczy samej, fundament każdej wiary”. W każdym z tych przypadków oddalamy się tak daleko, jak to tylko możliwe, od widzenia świata takim, jaki jest: dominujący dzisiaj rzekomy realizm kompletnie ignoruje ekstremalną ideologię konieczną, by nasza rzeczywistość mogła się reprodukować.
Tym napięciem podszyty jest współczesny świat, gdy coraz więcej państw w celu podtrzymania swojej władzy zaczyna się opierać na nielegalnych, zbrojnych bojówkach. W ostatnich latach takim państwem stało się Haiti, gdzie na ponad 80 proc. obszaru władzę sprawują gangi. Haiti, które od ponad dwustu lat jest karane za to, że około 1800 roku dokonało się tam udane powstanie niewolników, to skrajny przykład tzw. państwa upadłego. Podobne rzeczy mają jednak miejsce w Ekwadorze (gdzie gangi jawnie okupują dzielnice miast) i w niektórych prowincjach Meksyku, całkowicie opanowanych przez kartele narkotykowe.
Rozglądając się po świecie, trzeba też przynajmniej wspomnieć o Korpusie Strażników Rewolucji Islamskiej w Iranie, który nie jest po prostu jednym z rodzajów sił zbrojnych. Korpus pełni rolę policji ideologicznej i często posuwa się do czynów tak radykalnych, że wprawiają w zakłopotanie rząd (albo rząd przynajmniej sprawia takie wrażenie). To właśnie strażnicy rewolucji islamskiej zamordowali w 2022 roku Żinę Mahsę Amini, co wywołało protesty tak potężne, że nawet przedstawiciele rządu musieli się za to pokajać.
Pamiętajmy też o Grupie Wagnera, do 2023 roku dowodzonej przez Jewgienija Prigożyna. Rosyjski rząd używa jej do operacji zagranicznych, od których woli zachować bezpieczny dystans, by móc się wypierać jakichkolwiek związków z nimi, tymczasem dowódca grupy obrócił się przeciwko reżimowi Putina. Jednak najbardziej wyrazistym przykładem są izraelscy osadnicy na Zachodnim Brzegu, otwarcie terroryzujący Palestyńczyków. Działając jako niezależny ruch społeczeństwa obywatelskiego, osadnicy podpalają palestyńskie domy i gaje oliwne, biją i mordują Palestyńczyków na oczach izraelskiego wojska, które przygląda się temu z odległości i wkracza dopiero wtedy, gdy Palestyńczycy aktywnie stawiają osadnikom opór. Mamy tu do czynienia z kolejnym gangiem. Państwo nie tylko go toleruje, ale wręcz zachęca do udziału w nim, a w razie politycznej potrzeby może się wyprzeć jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Z kolei w Stanach Zjednoczonych Trump prowadzi obecnie coś w rodzaju wewnętrznej kolonizacji: oddziały ICE (już nie Gwardii Narodowej) wkraczają do wielkich miast rządzonych przez demokratów jako narzucona z zewnątrz siła kolonizacyjna, pozbawiająca mieszkańców tych miast ich podstawowych praw. ICE prowadzi rekrutację wśród młodych zbirów i przestępców, poddaje ich krótkiemu szkoleniu i wręcza im broń – działanie tej formacji nie odbiega daleko od tego, co robią osadnicy na Zachodnim Brzegu. W myśl nowych wytycznych ICE pozwala swoim funkcjonariuszom na wkraczanie do domów siła i bez nakazu sądowego – nie dziwi zatem, że zdaniem meksykańskiego kapłana pracującego w Minneapolis ICE jest bardziej niebezpieczne niż kartele narkotykowe w Meksyku.
Mimo to jest pewna fundamentalna różnica między uzbrojonymi gangami gdziekolwiek indziej na świecie a formacjami ICE. Trump używa ICE inaczej niż Netanjahu czy Putin, którzy starają się zachować pewien dystans od takich formacji, podczas gdy prezydent USA jest ich jawnym dowódcą i posługuje się nimi całkowicie niezależnie od demokratycznych instytucji państwa oraz wbrew woli władz lokalnych. Krótko mówiąc, Trump dzierży najwyższą władzę w państwie, reprezentuje bezwzględne rządy prawa, a jednocześnie jest najwyższym bossem uzbrojonych gangów.
Przypomnijmy zatem spostrzeżenie G.K. Chestertona o tym, że „chrześcijaństwo jest jedyną religią na świecie, która czuje, że wszechmoc czyni Boga niepełnym. Tylko w chrześcijaństwie powstała myśl, Bóg, by w pełni być Bogiem, musi być nie tylko królem, ale i buntownikiem”. Z pewną dozą ironii możemy powiedzieć, że Trump też próbuje być takim chrześcijańskim bogiem: rządzi krajem de facto jak król, dekretami, a jednocześnie jest przywódcą buntowników, którzy zwrócili się przeciwko państwu.
Ten paradoks zaznacza się jaskrawo w ostatnich dokonaniach Trumpa. 6 lutego on sam, urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych, złożył pozew przeciwko urzędowi skarbowemu (IRS), w którym domaga się od rządu federalnego 10 mld dolarów odszkodowania za rzekomą osobistą krzywdę, jakiej od tego rządu miał doznać. Jeśli ten proces ruszy, ostateczną decyzję o tym, czy Trump otrzyma odszkodowanie i w jakiej wysokości, podejmie on sam. Nawet część republikanów w Kongresie wyraża obawy co do procesu, w którym skarżącym i pozwanym będzie Donald Trump. Trump też zresztą przyznał, że pozwanie rządu, na czele którego stoi, jest czymś niezwykłym: „Trzeba przyznać, że nigdy takiego czegoś nie było”.
Zwrócił uwagę, że znajduje się w „dziwnej sytuacji” , skoro, jako szef władzy wykonawczej, musi „dobić targu sam ze sobą”. Senator Adam Schiff, demokrata z Kalifornii, skomentował: „Trzeba mu przyznać, że to perwersyjny przekręt. Taki naprawdę bezczelny”.
Widzieliśmy już coś takiego, nie w rzeczywistości co prawda, ale w filmie: w młodzieńczym arcydziele Woody’ego Allena Bananowy czubek z 1971 roku. Gdy pod koniec filmu bohater, Mellish, zostaje oskarżony o popełnienie przestępstwa i trafia pod sąd, staje się własnym obrońcą i sam siebie przesłuchuje. Stojąc naprzeciwko pustego krzesła dla świadka wykrzykuje pytania, po czym sam siada w krześle i odpowiada niejasno, plącząc się i mamrocząc pod nosem.
Pół wieku temu była to błazenada – dziś to rzeczywistość. Cały świat staje się koszmarną komedią.










Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.