Na początku 2024 roku, mniej więcej w tym samym czasie, gdy przed Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości wniesiono sprawę o ludobójstwo, przez Oregon przetoczyła się burza lodowa. Większość stanu została sparaliżowana. Byłem wówczas na wybrzeżu, prowadziłem zajęcia w ramach rezydencji w Seaside, miasteczku turystycznym, które poza sezonem zapada w sen zimowy: pustoszeją salony z automatami i sklepy z kolorowymi słodyczami. Najszybsze trasy z Seaside do Portland prowadzą przez góry, ale przez wiele dni po burzy asfalt był jak szkło; droga do domu, zwykle trwająca półtorej godziny, zajęła mi cztery. Przez cały czas kurczowo zaciskałem ręce na kierownicy.
Parę dni później, gdy liście wciąż pokryte były wisiorkami lodu, poryw wiatru wyrwał z korzeniami dwunastometrowe drzewo za naszym domem. Kiedy runęło w poprzek podwórka, huk przypomniał mi wystrzały haubic w Afganistanie, powietrze gwałtownie wypychane na zewnątrz.
Kiedy wzeszło słońce, wyszliśmy na dwór, żeby ocenić szkody. Większość balustrady tarasu została zmiażdżona, podobnie część samego tarasu. Najdalej wysunięty wierzchołek korony o włos ominął dach komórki, której używam jako pracowni. Koniec końców mieliśmy wielkie, przeogromne szczęście.
Mimo to jeszcze przez tydzień męczyły mnie mdłości. Zaledwie dwanaście godzin przed upadkiem tego drzewa moja córka bawiła się z zaproszoną koleżanką, swoją najlepszą przyjaciółką, i przez większość czasu biegały po tarasie, który teraz leży w drzazgach. Wciąż wyobrażam sobie, co by było, gdyby to drzewo przewróciło się kilka godzin wcześniej.
To żenujące, egocentryczne. Już od miesięcy czytam artykuły, oglądam zdjęcia i nagrania przedstawiające najpotworniejsze rzeczy, jakie mogą przytrafić się dziecku, komukolwiek. A mimo to przez jakiś czas czuję się chory, bo nie potrafię przestać myśleć o jakiejś hipotetycznej katastrofie, gdyż – choć całkowicie hipotetyczna – mogłaby dotknąć moich bliskich.
Za mój strach nic nie kupię
Strach zaciemnia nam obraz, sprawia, że nie zastanawiamy się, czy istnieje jego przyczyna. W naszym własnym odczuciu strach zawsze ma uzasadnienie. Pewien mój dawny wykładowca powiedział kiedyś, że według podstawowej zasady logiki z fałszywej przesłanki można wyprowadzić dowolny wniosek. Strach też działa w ten sposób – sprawia, że cały świat zakwita nieskończonymi, przerażającymi możliwościami. Zawsze tak było – nie tylko w tej chwili, kulminacji tak wielu przeszłych chwil, lecz w ramach warunku wstępnego, koniecznego do życia w systemie, w którym strach jest walutą usprawiedliwienia. I to naprawdę jest waluta. Kurs waluty jest bardzo realny.
Boję się na przykład dużych flag krajów Zachodu, w niemal każdym kontekście. Gdy widzę, jak powiewają za pikapami gdziekolwiek w Stanach Zjednoczonych, odruchowo reaguję negatywnie. W ostatnich latach, od kiedy nędzna podróbka amerykańskiej prawicy odważniej rozpanoszyła się w przestrzeni publicznej, zacząłem odczuwać to również w Kanadzie (wbrew utartemu przesądowi, żeby podczas wyjazdów zagranicznych nakleić na bagaż kanadyjską flagę, co miałoby wyprzedzająco informować otoczenie, że jesteśmy mili). Flagi Francji i Wielkiej Brytanii? Oczyma wyobraźni mimowolnie widzę, jak łopoczą potężne nad domami, dzielnicami i całymi narodami moich przodków w świecie arabskim. (Pisząc to, uświadamiam sobie, że nie odczuwam żadnych podobnych lęków w stosunku do flag państw arabskich. Ani jedna z nich, nawet flaga mojego rodzinnego kraju, nie budzi we mnie absolutnie żadnych emocji, pozytywnych ani negatywnych).
Nie dość, że ten strach jest irracjonalny, to jeszcze w dużej mierze niesprawdzony. Nigdy nie spróbowałem zatrzymać się przy jednym z tych wielkich pikapów i zapytać kierowcę, co sądzi o takich jak ja. Ale tak samo jak w przypadku strachu, który towarzyszy mi za każdym bez wyjątku razem, gdy zbliżam się do przejścia granicznego, ważna jest nie racjonalność czy dowody zasadności strachu, lecz raczej jego siła nabywcza. Mój strach, z uwagi na to, kim jestem i jaką pozycję w świecie Zachodu zajmuję, nic mi nie daje. Mniej niż nic – najczęstszą reakcją, jakiej się spodziewam w odpowiedzi na wyznanie, że nieswojo się czuję na widok amerykańskich flag powiewających na pace furgonetki, jest nie zniuansowana dyskusja o naturze patriotyzmu, lecz raczej sugestia, że to wcale nie strach, tylko nienawiść, niewdzięczność: „No to stąd wyjedź. Nie podoba ci się? Wyjazd”.
Za mój strach niczego nie kupię. Nie spodziewam się, że coś kupię. W tym przypadku wręcz chcę nie móc niczego za niego kupić – kogo obchodzi mój stosunek do flag? A przecież wiem, że inni ludzie mogą za swój strach – tak irracjonalny jak mój, może nawet bardziej – kupić wszystko. Ten strach porusza armie, unicestwia tysiące istnień. Tak jak wściekłość, strach wiąże się z niewidzialną siłą, działa na niego grawitacja. Nie mogę wynieść mojego strachu na wyższy poziom przywileju, tak jak ci nade mną nie są w stanie nic zrobić, żeby ich strach nie spadał z potężną siłą na tych stojących poniżej.
Podstawa rasistowskich metafor
Na początku lutego 2024 roku, gdy wciąż trwa rzeź Gazy, patrzę, jak politycy w USA kłócą się o projekt ustawy imigracyjnej, która miałaby zaostrzyć egzekwowanie przepisów, wprowadzić nadzwyczajne uprawnienia pozwalające deportować migrantów, zanim zdążą złożyć wniosek o azyl, i ogólnie zrestrukturyzować niektóre systemy, w ramach których ludzie mogą przyjeżdżać do Stanów Zjednoczonych i tam mieszkać. Debata kręci się głównie wokół pytania, czy proponowana ustawa będzie dostatecznie surowa. Z surowością nie da się w tym przypadku przesadzić, bo ludzie, wobec których ma być surowa – strach przed nimi, przed skażeniem jakiejś czystości – stanowią uzasadnienie samo w sobie. Ci sami ludzie, wobec których dopuszczalne jest zastosowanie niemal każdej formy państwowej przemocy, od odbierania im dzieci po pozwalanie, by tonęli na oczach wszystkich, muszą stać się żywym, kwitnącym wytworem nieograniczonego strachu.
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy Demokraci i Republikanie kłócą się o ustawę, Thomas Friedman publikuje w „New York Timesie” artykuł, w którym porównuje Iran – państwo liczące ponad osiemdziesiąt siedem milionów mieszkańców – do osy. U podstaw tej bezsensownej rasistowskiej metafory leży strach. Wszyscy instynktownie wiedzą, jak wzdrygamy się na widok osy. Strach nie jest jednak celem samym w sobie: służy tu temu, żeby uzasadnić brak hamulców – nikogo nie winimy, że chciał pacnąć osę. Przecież mogła użądlić.
W zasadzie nie muszę nawet dodawać, że aby żyć na Zachodzie jako Arab, muzułmanin, Pers czy ktokolwiek, kogo można by za nich mylnie uznać, należy zaakceptować oklepaną inwektywę Friedmana, żeby nikt nie zarzucił nam histerii. Przecież, argumentuje się, jego metafora jest znacznie szlachetniejsza niż proste porównanie całej grupy ludzi do insektów – dokładnie ta sama taktyka, którą stosowały najbardziej zbrodnicze reżimy, żeby uzasadnić likwidację milionów istnień, na przykład w Rwandzie, gdzie ludobójstwo zaczęło się od nawoływania do wybicia „karaluchów” Tutsi.
Nie, Friedman tak naprawdę dokonuje tu precyzyjnej analizy krytycznej poprzez odwrócony antropomorfizm, przekłada nam swoje wyższe zrozumienie geopolityki na sprytną analogię, w której Stany Zjednoczone są lwem próbującym zabić osę, nie wiedzieć czemu, w dżungli, a premier Izraela Benjamin Netanjahu jest lemurem. To przecież niemożliwe, żeby jeden z najsłynniejszych publicystów w USA, zatrudniony w najważniejszym dzienniku i kilkukrotnie uhonorowany najcenniejszą nagrodą w branży – któremu nieraz w karierze zdarzało się pisać doskonałe reportaże – zaliczył kolosalną wpadkę. Logiczne więc, że to ci ludzie, którym nie podoba się obrażanie całych regionów świata i porównywanie ich mieszkańców do pasożytów, są nadwrażliwi, przesadzają i nie wolno dopuścić, żeby splamili debatę publiczną tak prostackimi uwagami.
Taktyczne korzyści z masowej zagłady
W chwili wydrukowania felietonu Friedmana nie żyje już jakieś dwanaście–trzynaście tysięcy palestyńskich dzieci, zamordowanych przez armię, która – czy to odpowiada przed jakimś lemurem, czy jest finansowana przez podstarzałego lwa, czy co tam halucynuje Friedman w swojej analogii – ewidentnie leży poza orbitą strachu Zachodu. W żadnym razie nie może tu chodzić o niewiedzę. Każdy choć trochę zorientowany albo widział już całą górę dowodów obnażających skalę masakry, albo świadomie postanowił odwracać wzrok. Tak czy inaczej, zdaje sobie sprawę z sytuacji.
Pod koniec lutego żołnierze izraelscy otwierają ogień do Palestyńczyków stojących w kolejce po żywność i zabijają ponad sto osób. Ministerstwo Zdrowia w Gazie informuje, że kolejne sześć zmarło z niedożywienia.
Ale śmierć spotkała przecież jakieś obce byty, więc nie może być przedmiotem strachu. Takie wydarzenia można omawiać w kontekście strategii – „Czy masowa zagłada dziesiątków tysięcy dzieci okaże się błędem taktycznym?”, „Czy dziecko, które pochowało wszystkich członków rodziny, będzie w przyszłości stanowiło zagrożenie?”, „Czy Hamas na tym skorzysta?” – ale brutalna przemoc, która w innych okolicznościach budziłaby realny strach, ostatecznie dotyczy insekta, a tylko głupiec słuchałby przemyśleń osy na temat jej zmiażdżenia.
**
Fragment książki Któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko, która ukazała się w Wydawnictwie Obroty. Tłumaczyła Agata Ostrowska.
**
Omar El Akkad – pisarz i dziennikarz. Urodził się Egipcie, dorastał w Katarze, jako nastolatek przeniósł się z rodzicami do Kanady, a obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych. Jest autorem dwóch głośnych i nagradzanych powieści, Ameryka w ogniu (2017, wyd. pol. 2018) i What Strange Paradise (2021). W swych reportażach i tekstach dziennikarskich pisał m.in. o wojnie w Afganistanie, wydarzeniach Arabskiej Wiosny w Egipcie i protestach ruchu Black Lives Matters.


![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)





Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.