Wsiadamy do samochodu Alexa, naszego przewodnika i lokalnego aktywisty, pod hotelem w Kluż-Napoce, drugim największym mieście Rumunii. Zostawiamy za sobą specyficzny mariaż zabytkowych budynków w centrum z brutalistyczną architekturą ery Ceaușescu. Jedziemy niecały kwadrans. Wychodzimy z auta na zatoczce przy ruchliwej drodze wylotowej na południe i patrzymy na wzgórze śmieci.
Nad pokrytym śniegiem stosem odpadów, w którym grzebie ciężka maszyneria, krążą setki wron. Po chwili ze zbocza po drugiej stronie jezdni podrywa się ich jeszcze więcej. Gigantyczna chmara ptaków opada na wysypisko. Niektóre obsiadają drzewa i barierki obok nas, podgryzając kawałki zmarzniętego chleba lub wyskubując resztki jedzenia z plastikowych opakowań. Ich krakanie jest ogłuszające i Alex podnosi głos, żeby powiedzieć nam:
– Kiedy Rumun chce obrazić Roma, nazywa go wroną, cioară. Bo trzymamy się w dużych grupach, lubimy błyskotki i jesteśmy ciemnego koloru.
Wrony przylatują tu jednak z własnej woli i w każdym momencie mogą odlecieć. Romowie zaś trafili na wysypisko Pata-Rât w dużej części pod przymusem i w wielu przypadkach żyją tam przez dekady.
Miejskim autobusem do śmieciowego piekła
Przed przyjazdem do Pata-Rât romski badacz Ciprian Nodis, który pomagał Europejskiemu Biuru Ochrony Środowiska przy tworzeniu raportu na temat rasizmu środowiskowego w krajach środkowej i wschodniej Europy, zapowiada:
– Kluż-Napoka to całkiem dobrze rozwinięte miasto, w dodatku pełne możliwości. Jest tu sporo uniwersytetów, przyjeżdża tam jakieś 50 tysięcy studentów każdego roku. To po prostu bardzo przyjemne miejsce do życia. Ale jeśli wyjedziesz te kilka kilometrów poza centrum, nagle masz wrażenie, że wylądowałeś na innej planecie. Ludzie mieszkają na zboczach gór śmieci. To ekstremalne przejście: z rozkwitającego miasta do miejsca przypominającego piekło.
Samo wysypisko Pata-Rât nie jest niczym szczególnym na mapie Rumunii. Kraj ten od lat ma ogromne problemy z zarządzaniem odpadami, ich segregacją, importem z zamożniejszych krajów zachodniej Europy, kwestiami prawnej odpowiedzialności za zabezpieczenie śmietnisk, na których przechowuje się potencjalnie niebezpieczne pozostałości z działalności przemysłowej. W pobliżu każdego większego miasta znajdzie się przynajmniej jedno miejsce, które przypomina Pata-Rât. Na wysypiskach w Rumunii ląduje około 70 proc. wszystkich odpadów komunalnych, choć eksperci, z którymi rozmawialiśmy, sugerują, że może to być nawet 90 proc.
W trakcie naszej wizyty Rumunia zmaga się z falą mrozów, co okazuje się błogosławieństwem dla nosa. Dzięki minusowym temperaturom smród czuć tylko momentami – czy to z ustawionych na podobieństwo wzgórz zwałów odpadów, czy z walających się po ulicach worków ze śmieciami, pieluch bądź psich odchodów. Alex mówi, że latem odór z położonego na wybrzeżach miasta śmietniska czuć w całej Kluż-Napoce. Fetor, jaki musi się wówczas rozciągać nad czterema romskimi osadami leżącymi w bezpośrednim sąsiedztwie wysypiska, trudno sobie wyobrazić.
Osiedla wokół góry śmieci
Getto wokół Pata-Rât powstawało falami, a jego pierwsi mieszkańcy osiedlili się tu dobrowolnie, jeszcze w latach 50. i 60., mając nadzieję na znalezienie pracy przy sortowaniu odpadów. Tworzą oni (a teraz w zasadzie ich potomkowie) najstarszą część tej społeczności, nazwaną Dallas – podobno od tytułu westernu z Garym Cooperem w roli głównej. W następnych dekadach przybyły rodziny tradycyjnych Romów, także szukające zatrudnienia, które uformowały zamknięte osiedle tuż przy zboczu śmietniska – Rampę. To jedyne miejsce, do którego nie wejdziemy. Mieszkańcy są podobno niechętnie nastawieni do wszelkich osób z zewnątrz i nawet Alex rzadko ich odwiedza.
Trzecia część getta, slumsy Cantonului, powstała, gdy na przełomie wieków reprywatyzowano budynki w Kluż-Napoce. Wyrzuconych na bruk Romów często nie było stać na wynajęcie mieszkania, przenieśli się więc do skleconych naprędce chat, ustawionych w ciasnej zabudowie wzdłuż torów kolejowych. Ostatnią osadę, Coastei, położoną na górującym nad resztą getta wzgórzu, ustanowiono w 2010 roku – po tym, jak z centrum Kluż-Napoki wyeksmitowano niemal 80 romskich rodzin.
Emil (imię zmienione), mieszkaniec Coastei, przyznaje: – Część winy za tamte wydarzenia ponosimy my. Nie zachowywaliśmy się w porządku wobec naszych sąsiadów. Urządzaliśmy głośne imprezy, paliliśmy kable, żeby wyciągnąć z nich miedziane przewody, niektórzy kradli. To dlatego nas stamtąd przepędzono.
Trudno jednak zrozumieć bezlitosność, z jaką władze Kluż-Napoki potraktowały wtedy Romów. Eksmisje przeprowadzono dosłownie z dnia na dzień – pewnego grudniowego poranka powiedziano im, że mają się wynosić, a nazajutrz na osiedle wjechały buldożery. Mieszkania socjalne w Coastei zapewniono zaledwie 40 spośród niemal 80 przesiedlonych rodzin. Reszta w środku zimy musiała szukać schronienia u swoich krewnych.
Wyeksmitowani w 2010 roku Romowie spotkali się też z wrogością ze strony zastałych mieszkańców Pata-Rât, którzy widzieli w nich intruzów o innych zwyczajach i sposobie zachowania. W pierwszych tygodniach regularnie dochodziło do bijatyk i napastowania seksualnego kobiet przez mężczyzn z innych osiedli getta.
– Jesteśmy naprawdę zróżnicowanym narodem i niestety, czasami potrafimy dyskryminować się wzajemnie w większym stopniu, niż nie-Romowie dyskryminują nas wszystkich. Nie jesteśmy tak zjednoczeni, jak powinniśmy być. Przez to brakuje nam siły politycznej i przez to też łatwo jest manipulować dużą częścią romskiej społeczności – wyjaśnia nam Nodis.
Rtęć w ogródku
Między innymi przez brak tej siły czy też politycznej obecności Romowie nadal są w Rumunii ofiarami systemowych prześladowań. Według badań przeprowadzonych przez Global Forum of Communities Discriminated on Work and Descent (GFoD), około 70 proc. osób romskiego pochodzenia żyje w sytuacji ubóstwa mieszkaniowego, ponad połowa dzieci chodzi do silnie segregowanych rasowo szkół, zaś jedna trzecia dorosłych czuła się dyskryminowana na tle rasowym podczas ubiegania się o pracę.
Alex wyraża frustrację: – W tym kraju musimy nieustannie udowadniać swoją wartość. Rumun po liceum zawsze jest tutaj postrzegany jako ktoś lepszy niż Rom po uniwersytecie.
Nodis dodaje: – Przez 500 lat byliśmy tutaj niewolnikami, potem ofiarami Holokaustu, a podczas komunizmu poddawano nas przymusowej asymilacji. Rasizm wobec naszej społeczności trwa do dziś, pod różnymi postaciami. Jest zresztą rzeczywistością także w Polsce i w każdym innym państwie, gdzie żyjemy. Ale w Rumunii nasza populacja jest największa w Europie. Mamy problemy z dostępem do ochrony zdrowotnej, do kupna i wynajmu mieszkań, do edukacji na wysokim poziomie. Rasizm środowiskowy to tylko jeden ze sposobów, na jakie jesteśmy tutaj dyskryminowani.
Usadowienie romskiego getta na zboczach ogromnego śmietniska to najgłośniejszy przykład. Badacz wspomina także inne przypadki: przesiedlenie Romów z miasteczka Miercurea-Ciuc w pobliże oczyszczalni ścieków i sytuację z Turdy, zaledwie pół godziny jazdy od Kluż-Napoki, gdzie przedstawiciele tej grupy etnicznej z powodu presji ekonomicznej musieli zamieszkać w pobliżu fabryki produkującej rtęć. Pata-Rât zwraca jednak uwagę skalą – we wspomnianych czterech społecznościach żyje ponad 1500 ludzi – i kontrastem z rzeczywistością dużego, „prawdziwie europejskiego” miasta.
Piecyki na drewno i syntetyczne dragi
Kontrast ten nigdzie nie jest bardziej wyrazisty niż w slumsie Cantonului. Kluż-Napoka to austrowęgierskie kamieniczki, odśnieżone, szerokie chodniki, kawiarnie z menu dostępnym wyłącznie przez kod QR. Cantonului jest z kolei klaustrofobiczne, wciśnięte między ruchliwą ulicę po jednej stronie i tory po drugiej. Tworzą go małe domki, zlepione z byle jakich materiałów – pustaków, drewnianych palet, blachy – a pomiędzy nimi układają się wąskie korytarze. Trzeba bez przerwy patrzeć pod nogi, by nie wdepnąć w odchody bezpańskich psów, i w górę, by nie zahaczyć głową o przerzucone pomiędzy ścianami kable i sznury do rozwieszania prania. Z komunalnych kurków – mało kto ma w Pata-Rât własną łazienkę – woda leje się przy styczniowych temperaturach bez przerwy, inaczej zamarzają rury.

– Zimy są tutaj naprawdę ciężkie, musimy skupować drewno na opał lub zbierać je w pobliżu torów – opowiada Daniel, mieszkaniec Cantonului. Ma szczęście, że to ostatnie mrozy, jakie przyjdzie mu spędzić w slumsie. Dzięki funduszom pomocowym z Norwegii i działalności lokalnej organizacji pozarządowej współpracującej z urzędem miasta udało się uzyskać dla niego mieszkanie socjalne.
– Wcześniej żyłem w budynku, który był upaństwowiony, jednak po upadku komunizmu stara klasa rządząca Kluż-Napoki wróciła do miasta i z powrotem je przejęła. Wyeksmitowano mnie przymusowo w 2005 roku. Od tamtej pory żyjemy tu w szóstkę, z dwójką niepełnosprawnych dzieci. Wcześniej do szkoły specjalnej zawoził je autobus, ale zawieszono jego działanie i teraz muszą chodzić na piechotę.
Daniel twierdzi, że życie w Cantonului i tak nie jest już tak złe, jak kiedyś:
– Jeśli chcemy mieć jakiekolwiek szanse na uzyskanie mieszkań socjalnych, musimy się dobrze zachowywać, nasze dzieci muszą regularnie uczęszczać do szkół. To naprawdę poprawiło sposób, w jaki traktujemy się nawzajem. Nie ma już bójek, ludzie stali się bardziej „nowocześni”. Ale z drugiej strony, odkąd się tutaj przenieśliśmy, nasza społeczność ma problem z narkotykami – syntetyczną kokainą i syntetycznym ziołem – którego wcześniej nie było.
Nikt nie wyjdzie stąd zdrowy
Narkotyki to jeden z powodów, dla których policja regularnie zagląda do Pata-Rât. Zresztą nawet na samym początku naszej wizyty, gdy odjeżdżamy spod gigantycznej góry przysypanych śniegiem i glebą odpadów, na ogonie siada nam radiowóz.
– Policja przyjeżdża bardzo często. Kiedykolwiek jest jakiś konflikt lub kiedy w centrum miasta coś się dzieje, funkcjonariusze pojawiają się tutaj i szukają podejrzanych, nawet jeśli nie ma ku temu żadnych podstaw – twierdzi Ciprian Nodis.
Obecność policjantów zapewne byłaby dla mieszkańców bardziej znośna, gdyby inne służby odwiedzały osiedla wokół wysypiska równie chętnie.
– Z ochroną zdrowia jest tutaj naprawdę ciężko. W zeszłym roku musiałam zadzwonić po karetkę dla dwójki moich dzieci, bo miały bardzo wysoką gorączkę, jakieś 39 stopni. Minął dzień, minęła noc, ambulans się nie pojawił. Zadzwoniłam ponownie i znów usłyszałam, że niedługo przyjadą. Czekaliśmy na karetkę przez 3 dni, aż w końcu poczułam, że zagrożone jest życie dzieci i sama pojechałam do centrum miasta do lekarza – mówi nam Elena (imię zmienione).żone jest życie dzieci i sama pojechałam do centrum miasta do lekarza – mówi nam Elena (imię zmienione).
Elena ma 44 lata, z czego jedynie przez pierwsze 4 żyła poza Pata-Rât. Mieszka w Dallas, najstarszym z tutejszych osiedli, wybudowanym na terenie poprzedniego wysypiska. Zaprasza nas do domu, w którym mieszka ze swoją rodziną – dwanaście osób w trzech małych pokojach obwieszonych dywanami, z żeliwnym piecykiem grzejącym wnętrze niczym saunę.
– Wysypisko było dla nas naprawdę ważne, bo nie było żadnego innego miejsca, w którym moglibyśmy znaleźć zatrudnienie. Sama wychowałam swoje dzieci, pracując z odpadami. Ale teraz otwarto nowe wysypisko i zaledwie kilka osób z naszej społeczności tam pracuje. Lata są naprawdę paskudne, smród z tej góry śmieci tygodniami unosi się wokół naszych domów. Podejrzewam, że zanieczyszczenie przyczyniło się do śmierci paru tutejszych osób, ale trudno to udowodnić. W końcu żadne służby medyczne nie potwierdzą tego na papierze.
Podejrzenia Eleny potwierdzają badania z 2022 roku autorstwa rumuńskiej organizacji pozarządowej Desire. W przeprowadzonej przez nią ankiecie każdy z niemal 300 zapytanych mieszkańców Pata-Rât stwierdził, że życie w pobliżu wysypiska ma wpływ na ich zdrowie, prawie 30 proc. zadeklarowało regularne bóle głowy, 15 proc. – problemy z oddychaniem, a co dziesiąty zawroty głowy. Ponad połowa respondentów zgłosiła regularny kaszel. A mówimy przecież o bardzo młodej społeczności – większość osób żyjących w Pata-Rât to dzieci i młodzież.

O wpływie śmietniska, fatalnych warunków mieszkalnych oraz rasizmu środowiskowego na zdrowie psychiczne nikt w Pata-Rât nie ma większej ochoty rozmawiać. Poznany w Coastei Emil przyznaje tylko, że źle czuje się z powodu eksmisji w okolice składowiska odpadów, ale wyraźnie nie chce dalej ciągnąć tego tematu.
Ciprian Nodis podsumowuje: – To oczywiste, że jeśli żyjesz w sąsiedztwie wysypiska, to będzie to negatywnie oddziaływać na twoje poczucie własnej wartości. Jeśli w dodatku jesteś ubogim Romem, to kiedy władze rzucają cię w pobliże śmieci, łatwo samemu poczuć się jak śmieć.
Zaznacza jednak gorzko, że Pata-Rât odbija się nie tylko na mentalności mieszkańców getta: – Ludzie z Kluż-Napoki wiedzą o tym miejscu. To dla nich wstyd, bo chcieliby być postrzegani jako obywatele wspaniałego, europejskiego miasta, które wciąż się rozwija. Pata-Rât uderza w ich poczucie dumy.
Apartamentowiec z widokiem na slumsy
Być może właśnie ten wstyd sprawił, że w 2020 roku władze miasta zapowiedziały, że do 2030 roku – w dwie dekady po ostatniej wielkiej akcji eksmisyjnej – getto Pata-Rât zniknie, a jego mieszkańcom przydzielone zostaną mieszkania socjalne. Nowa administracja, choć blisko związana z poprzednią, za której kadencji przeniesiono prawie 80 romskich rodzin do zaledwie 40 domów na osiedlu Coastei, dziś współpracuje z organizacjami pozarządowymi, by stopniowo zapewnić tutejszym mieszkańcom zakwaterowanie w samej Kluż-Napoce i w pobliskich wioskach: Florești, Apahidzie, Baciu i Gilău.
Można jednak podejrzewać ukryte motywy tego ruchu. W tym samym roku, w którym wyznaczono termin zamknięcia śmieciowego getta, ogłoszono także plany budowy Transilvania Smart City, wartego ponad 2 miliardy euro, całkowicie niezależnego energetycznie kompleksu mieszkalnego. W jego skład ma wchodzić m.in. 12 tysięcy mieszkań, kampus uniwersytecki, szpital, przedszkole oraz gondola prowadząca na pobliskie lotnisko. Na lokalizację projektu, którego budowa rozpoczęła się cztery lata temu, zostało wyznaczone jedno ze wzgórz z widokiem na wysypisko i getto.
Jadąc na osiedle Coastei, utworzone dla osób wyeksmitowanych w 2010 roku, obserwujemy z drogi teren, na którym ma powstać „największe inteligentne miasto w południowej Europie”. Koło jezdni pali się jedna sterta śmieci, w drugiej szuka jedzenia pokryta ciemnym włosiem świnia. Nad nimi, w oddali, widać pojedynczą koparkę, porzuconą tutaj, gdy prace nad Transilvania Smart City gwałtownie zahamowały. Jedna z firm tworzących odpowiedzialne za ten projekt konsorcjum jest bowiem bliska bankructwa, inwestorzy skarżą się na bezpowrotnie stracone fundusze, a Elena Udrea – polityczka, która jest pomysłodawczynią całej inicjatywy – dopiero w połowie ubiegłego roku została warunkowo zwolniona z więzienia, gdzie odsiadywała wyrok za korupcję.
W tym samym czasie aktywiści współpracujący z urzędem Kluż-Napoki nie próżnowali i korzystając m.in. z norweskich funduszy pomocowych tylko do końca 2024 roku wykupili 75 lokali, przeznaczonych dla osób ze śmieciowego getta. W Coastei, gdzie tuż po eksmisji piętnaście lat temu dla niemal 80 rodzin przeznaczono zaledwie 40 mieszkań, dziś stoją puste chaty, służące pozostałym mieszkańcom za składziki, a bezpańskim psom – za tymczasowe schronienie. Wygląda na to, że coraz więcej Romów rzeczywiście opuszcza Pata-Rât na zawsze.
Emil, budowlaniec napotkany przed swoim domem w Coastei, w którym mieszka z dziesięcioosobową rodziną, nie wierzy jednak w zapewnienia z ratusza, że getto zniknie stąd w przeciągu pięciu lat.
– Słyszałem o tym, ale nie ufam lokalnym władzom. Zresztą nawet jeśli mieliby nas stąd przenieść, to nie chcę zostać wysłany do jednej z gmin wokół Kluż-Napoki. Oczywiście, chciałbym się wyprowadzić z Pata-Rât, by zapewnić lepszą przyszłość swoim dzieciom. Już tutaj mamy kłopoty z powodu braku odpowiedniego transportu publicznego, więc wysłanie ich wszystkich do różnych szkół to prawdziwe wyzwanie. Ale jeśli przenieśliby mnie gdzieś na obrzeża obszaru metropolitalnego, musielibyśmy znowu zmieniać szkoły, co jest skomplikowanym procesem. Chciałbym więc otrzymać mieszkanie gdzieś w mieście, co oczywiście samo w sobie jest trudne, bo wynajem w Kluż-Napoce jest bardzo drogi.
Mówiąc o swoich problemach, zdaje się nawet nie zwracać uwagi na górę śmieci, którą widać bezpośrednio z okien jego domu. Gdy o nią pytamy, uśmiecha się z ledwo widocznym cieniem rezygnacji na ustach i mówi:
– Jest jak jest, musimy tu wytrwać. Innego miejsca nie mamy.
**
Jakub Mirowski – magister filologii tureckiej Uniwersytetu Jagiellońskiego, niezależny dziennikarz, którego artykuły ukazywały się m.in. na łamach OKO.Press, Nowej Europy Wschodniej, Balkan Insight czy Krytyki Politycznej. Zainteresowany przede wszystkim wpływem globalnych zmian klimatycznych na najbardziej zagrożone społeczności, w tym uchodźców i mniejszości, a także rozwojem i ewolucją skrajnie prawicowych ruchów i ideologii.
***
Materiał powstał dzięki grantowi Balkan Investigative Reporting Network w ramach programu „Reporting Democracy”.





























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.