Parę dni temu rozmawiałam z mamą mojej przyjaciółki, która pracuje jako przewodniczka wycieczek do Francji. W poprzedni weekend była w Paryżu i zapytana o sytuację na miejscu odparła: „Protesty w Paryżu są bardziej widoczne w Polsce, niż w Paryżu”.
Wybrzmiało w tym nieco ironicznej przesady, wynikającej ze zmęczenia pytaniem, które niemal każdy jej zadaje. Francuzi oczywiście – nawet jeśli potrafią spokojnie pić winko na tle płonących barykad – to protesty dostrzegają, a większość popiera podnoszone na nich postulaty. Ale ton i temperatura dyskusji, która toczy się w Polsce wokół tych wydarzeń, zdają się przerastać wszelkie szczyty idiotycznego besserwisserstwa.
Po raz kolejny eksperci szybko przebrali się za kulisami. Już nie są specami od irańskiego programu atomowego, amerykańskich midtermów, zamiarów Putina czy nastrojów krakowskiego elektoratu, teraz, okazuje się, wszystkie gadające głowy zęby zjadły na croissantach. Wśród domorosłych frankoznawców niemało jest takich, do których lepiej pasuje określenie „frankiści”. W tym gronie mój faworyt to Bartłomiej Sienkiewicz, który w Parlamencie Europejskim odpowiadał na pytania dziennikarzy z taką swadą i demagogią, jakby był co najmniej ministrem francuskiego interioru, a nie byłym ministrem spraw wewnętrznych Polski, który zasłynął tym – poza krótką teorią państwa – że kiedyś szedł i nie doszedł po kiboli.
A że żyjemy w dziwacznym anachronizmie, to ta dyskusja kiedyś, w innym miejscu, miała już swoją puentę: „Przecież nie chcemy, żeby u nas miały miejsce wydarzenia podobne do tych w Paryżu”.
W 2018 roku Putin w ten sposób odpowiedział na pytanie o areszt dla obrońcy praw człowieka Lwa Ponomariowa. Aktywista wzywał do udziału w proteście przeciwko prześladowaniu grupy młodych ludzi, aresztowanych za rzekomy udział w organizacji o charakterze ekstremistycznym. Sprawa była głośna, bo do przemiany internetowego czatu w organizację walnie przyczynił się prowokator z FSB. Opozycja i środowiska prawnoczłowiecze zaczęły więc organizować akcje pod hasłem obrony dzieci przed represjami. We Francji w tym samym czasie trwały protesty ruchu żółtych kamizelek.
Fraza Putina, skrócona do „a wy chcecie jak w Paryżu?”, rozeszła się poprzez memy. Kto by nie chciał, żartowali Rosjanie, i wymieniali zalety życia we francuskiej stolicy i Francji w ogóle. Wszyscy wtedy chcieli jak w Paryżu, ale dzisiaj wiele z tych samych politycznie zaangażowanych Rosjanek i Rosjan – a wśród nich są i tacy, którzy w Paryżu zamieszkali, i tacy, którzy dyskutują zapamiętale o francuskich protestach z innych miejsc swojej emigracji – nie ma już takiej pewności. W socjalowych komentarzach drą szaty nad barbarzyństwem, zmierzchem Europy, lewactwem pożenionym z Hamasem i majątkiem Bernarda Arnaulta. Czyli dzicz i chaos, trzeba silnej ręki. Do tej dyskusji chętnie dołączają emigranci z Białorusi, przekonani, że są migranci, co się asymilują (czyli oni), i tacy, co się nie asymilują, więc trzeba się ich pozbyć. Chętnie też udzielają się w temacie tego, jak powinien wyglądać prawdziwy i słuszny protest w porządnym państwie, gdzie ulice są czyste, a witryny lśniące. Przed wejściem na ławkę koniecznie trzeba zdjąć buty, a papierki ze skweru wyzbierać co do jednego. To jest prawdziwa rewolucja.
Te dyskusje są bardzo podobne do polskich, ale pobrzmiewa w nich jeszcze więcej rasizmu i niechęci do migrantów – tych, którzy nie są białymi, naprawdę pokrzywdzonymi przez los ludźmi z krajów wschodniej Europy. Prawdziwa socjalna niesprawiedliwość zdaniem wielu rosyjskich i białoruskich migrantów jest taka, że nie dostają obywatelstwa państw UE na aksamitnej poduszce, a ci wszyscy niesłuszni migranci z Azji i Afryki z jakichś przyczyn obywatelstwo często mają.
Putinizm na emigracji
Kiedy tydzień temu opowiadałam o smutnym dokumencie Ilji Jaszyna o samym sobie, mężczyźnie w średnim wieku, który próbuje być politykiem na emigracji, pisałam, że nie odczuwam schadenfreude, ani już nawet żenady. Znam zbyt wielu migrantów i uchodźców z Ukrainy, Białorusi i Rosji, by pastwić się nad nimi w jakikolwiek sposób. Wiem, z jakimi problemami stykają się na co dzień i z jakim wysiłkiem budują nowe życie z dala od swojego kraju, rodziny, bliskich. Znam historie pogrzebów rodziców, na które moi znajomi nie mogli pojechać nie ryzykując więzienia, rozbitych rodzin, ciężkiej depresji. Nie ma w tych historiach naprawdę nic zabawnego i nie uważam, że spotykają ich słuszne kary, nawet jeśli mowa o Rosjanach z ich niewyczerpaną dyskusją o współodpowiedzialności za wojnę. Jak pisał Michael Wieck w Mieście utraconym: „Zrozumiałem, że zemsta nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Nie jest to odpowiedni sposób na wyrównanie rachunków – i z reguły dotyka niewłaściwych ludzi”.
Jednak kiedy czytam ten strumień agresywnej troski o losy Europy, to czasem trudno mi zrozumieć, czemu tak wiele z tych osób uważa się za pokrzywdzonych antyreżimowców, skoro niemal jeden do jednego powtarzają przemocowe narracje swoich przywódców. Siergiej Miedwiediew, autor książki Wojna Made in Russia, przypomina, że podobne reakcje liberalna, oświecona część rosyjskiego komentariatu prezentowała w 2020 roku, przy okazji protestów Black Lives Matter. Rozbite szyby butików w Los Angeles martwiły ich o wiele bardziej niż zabójstwo Georga Floyda, policyjna przemoc i systemowa dyskryminacja, a do historii przeszedł mem żyjącego na emigracji dziennikarza Olega Kaszyna, przedstawiający karykaturę Martina Luthera Kinga Jr. w otoczeniu pudełek po butach i telefonów komórkowych, z podpisem „Martin Looter King”. Kaszyn nigdy nie ukrywał, że jest nacjonalistą, a nie jakimś liberałem, więc widocznie uznał, że nie ma co się kryć z rasizmem. Nie pomylił się – publika klaskała, wyrazów potępienia było niewiele, a kiedy się pojawiały, można było je zdyskredytować jako głosy wstrętnej politycznej poprawności.
Tak sześć lat temu, jak i teraz, trudno było zrozumieć, jak to możliwe, że ofiary represji i realnej przemocy aparatu siłowego swojego państwa kibicują przemocy policji wobec protestujących na europejskich oraz amerykańskich ulicach, i tymi samymi metodami, co Kreml, dezawuują obywatelskie wystąpienia. Przecież rosyjskie władze dokładnie tak przedstawiały ich protesty – jako uliczne zamieszki wzniecane przez chuliganów, którzy zakłócają spokój porządnych rosyjskich obywateli i atakują pełnych poświęcenia omonowców. To przecież Putin powtarza, że opozycja „kołysze łódką” i niebezpiecznie destabilizuje państwo, więc trzeba z nią postępować twardo.
Jeśli nie tak, jak w Paryżu – to jak?
Podsumowując dyskusję o obecnych francuskich protestach prowadzoną przez sympatyzujących z liberalną opozycją Rosjan oraz jej przedstawicieli, Siergiej Miedwiediew napisał: „Nie ma żadnego znaczenia, czy ubolewacie nad toaletami neutralnymi pod względem płci, czy «rodzicami numer jeden i numer dwa», tak jak robi to Putin, czy też nad «dominacją imigrantów», «lewicową zarazą», «burzeniem zabytków», «arabskich przedmieściach» czy «czarnych chuliganach», jak to robi nasz oświecony Facebook (no dobrze, nie wszyscy, ale większość). Zarówno z jednej, jak i z drugiej strony – to płody tej samej ubogiej, prowincjonalnej, patriarchalnej, rasistowskiej, mizoginicznej, homofobicznej, antyliberalnej i nietolerancyjnej kultury rosyjsko-sowieckiej, która odtwarza się w Moskwie i w Berlinie, w Nowym Jorku i w Tel Awiwie. I to nie przypadek, że wśród rosyjskojęzycznej publiczności jest tak wielu ideologicznych zwolenników Trumpa, Bibiego, europejskiej prawicy i innych bojowników przeciwko migracji oraz liberalnej zarazy – to ten sam putinizm, tylko w innym opakowaniu”.
Jeśli jednak dla wielu (za Miedwiediewem podkreślę – nie wszystkich) rosyjskich antyputinistow odpowiedź na pytanie „czy chcecie jak w Paryżu” brzmi „nie”, to powstaje inne: to jak właściwie chcecie?










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!