Wspieraj Wspieraj Wydawnictwo Wydawnictwo Dziennik Przekaż Przekaż

Pucz Kappa, robotnicza solidarność i niewykorzystana szansa na powstrzymanie nazistów

Ponad sto lat temu strajk kilkunastu milionów Niemców ocalił Republikę Weimarską przed upadkiem w kilka miesięcy po jej powstaniu. Zwycięstwo robotniczej mobilizacji nad wojskowym zamachem stanu to jednak przede wszystkim historia straconej szansy, ponieważ nie zostało wykorzystane przez demokratyczne władze.

ObserwujObserwujesz
Walka

Republika Weimarska rodziła się w bólach, od początku rozrywana przez konflikty wewnętrzne. Chociaż skompromitowane klęską wojenną Cesarstwo załamało się szybko i powstanie demokratycznej republiki ogłoszono już po kilku dniach od wybuchu rewolucji listopadowej, to szybko okazało się, że przodująca w niej lewica miała różne wizje nowego porządku. W burzliwym 1919 roku, gdy współrządzący u boku liberałów i chadeków socjaldemokraci z SPD jednocześnie negocjowali traktat wersalski i budowali fundamenty pod nowe, republikańskie Niemcy, niejednokrotnie dochodziło do starć ze zwolennikami rewolucji socjalistycznej. Najsłynniejszymi ofiarami tego konfliktu zostali Karl Liebknecht oraz Róża Luksemburg.

Czytaj także „Republika we krwi”. Gdy rewolucjonista mówił przede wszystkim po niemiecku Przemysław Kmieciak

W walce z komunistycznymi radykałami SPD mogła liczyć na wsparcie prawicy, również tej reakcyjnej i nacjonalistycznej – nie trzeba jej było specjalnie przekonywać do bicia czerwonych, gdy nadarzyła się taka okazja. Gorzej dla socjaldemokratów, że Freikorpsy (ochotnicze nacjonalistyczne organizacje paramilitarne) oraz ultrakonserwatywna kadra oficerska nie zamierzały poprzestawać na zabijaniu komunistów. Ich celem było złożenie do grobu całej Republiki, uważanej w najlepszym wypadku za reżim słaby i niewydolny, a w najgorszym za wytwór antyniemieckiego spisku masonów, żydokomuny czy obcych mocarstw.

Cesarstwo kontratakuje

Bezpośrednim pretekstem do puczu była decyzja rządu o rozwiązaniu jednej z najbardziej radykalnych formacji Freikorpsów, stacjonującej pod Berlinem kilkutysięcznej Marine-Brigade Ehrhardt. Problem polegał na tym, że brygada nie zamierzała się rozwiązać, a gdy jej dowódca odmówił wykonania rozkazu, wsparł go jeden z najważniejszych generałów Reichswehry – Walther von Lüttwitz, który uznał likwidację Freikorpsu za niedopuszczalną i wystosował szereg żądań do prezydenta Eberta i rządu. Ponieważ sprowadzały się one do odsunięcia SPD od władzy oraz wykonania autorytarnego zwrotu politycznego, to zostały z miejsca odrzucone, a generała poinformowano, że oczekuje się jego rezygnacji z pełnionych funkcji. Zamiast się podporządkować, Lüttwitz dał zielone światło wojskowemu zamachowi stanu. Plan był prosty: Freikorpsy wkroczą do Berlina, a nacjonalistyczni politycy utworzą nowy rząd, z Wolfgangiem Kappem na czele. Jednak pucz był przede wszystkim buntem armii przeciw republice, której w teorii miała bronić.

Gdy Marine-Brigade ruszyła na stolicę, szybko okazało się, że nie ma nikogo, kto byłby skłonny stawić czoła nacjonalistycznym weteranom. Wezwani przez prezydenta Eberta i ministra obrony Noskego oficerowie postawili sprawę jasno: Reichswehra nie będzie strzelać do Reichswehry i prowadzić bratobójczej walki. Na nic zdały się argumenty, że dochodzi do nielegalnego zamachu stanu, a obowiązkiem armii jest posłuszeństwo władzom cywilnym. Kadra oficerska była złożona z arystokratów i cesarskich lojalistów, którzy pogardzali demokracją. Nie było mowy o obronie Berlina w wykonaniu regularnego wojska. Postawiony pod ścianą rząd najpierw uciekł do Drezna, licząc na zmobilizowanie tamtejszych oddziałów, ale nie znalazłszy żadnego wsparcia ruszył dalej, aż do Stuttgartu.

Na tym etapie upadek Republiki Weimarskiej wydawał się przesądzony. Stolica była w rękach monarchistów, a w całym kraju nie udało się znaleźć choć jednego wyższego stopniem dowódcy, który razem z podległymi mu oddziałami ruszyłby na ratunek rządowi. Wręcz przeciwnie, kolejni oficerowie ogłaszali poparcie dla puczu, popychając struktury administracyjne w niektórych zdominowanych przez prawicę regionach do uznania zwierzchności Kappa jako nowego kanclerza. W tej sytuacji socjaldemokraci chwycili się ostatniej deski ratunku: razem ze związkami zawodowymi oraz partiami socjalistycznymi i komunistycznymi wezwali do strajku generalnego w obronie republiki.

Jak trwoga, to do robotników

Efekt był piorunujący – na apel lewicy odpowiedziało ponad 12 milionów pracowników. Istniejące od rewolucji listopadowej rady robotnicze wzięły sprawy w swoje ręce, organizując akcje strajkowe w całym kraju. Przerwano pracę w urzędach, stanęły fabryki, przestała funkcjonować podstawowa infrastruktura, jak sieć energetyczna, gazownicza czy wodociągowa. Z dnia na dzień Niemcy zostały całkowicie sparaliżowane. Przez największe miasta przetaczały się demonstracje, w których setki tysięcy ludzi protestowały przeciwko reakcyjnemu przewrotowi.

Czytaj także Naziści Schrödingera albo czy Hitler był lewakiem Artur Troost

Samozwańczy kanclerz dyktował rozkazy w świetle świec, a jego rząd nie był nawet w stanie drukować kolejnych rozporządzeń i docierać ze swoim przekazem do narodu. Strajkujących pracowników do zarzucenia strajku nie przekonały ani obietnice nowych wyborów, ani groźby zastosowania kary śmierci. Na próżno reakcjoniści zaczęli rozdawać stanowiska w nowej administracji i przygotowywać się do demontażu instytucji demokratycznych. Wojskowym samolotem z Monachium do Berlina przyleciał młody nacjonalistyczny polityk Adolf Hitler, który był bardzo chętny do wzięcia udziału w ustanawianiu nowego porządku. W stolicy zastało go jednak rozczarowanie – 18 marca, zdawszy sobie sprawę z niemożności rządzenia krajem i otrzymawszy od centroprawicowych polityków obietnicę amnestii, główni organizatorzy puczu złożyli broń i opuścili stolicę, wydając Freikorpsom polecenie powrotu do koszar.

W ten sposób po zaledwie kilku dniach Kapp i Lüttwitz zaakceptowali swoją porażkę. Okazało się, że nawet wojsko jest bezsilne, gdy ma naprzeciw siebie zjednoczoną klasę pracującą. Na przestrzeni kilku dni kilkakrotnie otwierano ogień w kierunku obywateli, ale przewaga liczebna strajkujących była zbyt duża, aby rozwiązanie siłowe stanowiło realną opcję dla puczystów. W chwili największego zagrożenia Republikę Weimarską ocaliły nie jej instytucje i siły porządkowe, lecz masowa mobilizacja pracowników.

Czytaj także Volksdeutsch to nie znaczy zawsze to samo Piotr M. Majewski

Prezydent Ebert wraz z rządem mógł triumfalnie wrócić do Berlina, a mandat społeczny SPD został wzmocniony faktem poskromienia buntu armii przez robotników. W takich okolicznościach wydawałoby się oczywistym, że następnym krokiem będzie ukaranie uczestników zamachu stanu oraz podjęcie środków na rzecz zapobiegnięcia podobnym sytuacjom w przyszłości. Socjaldemokraci mieli jednak inne plany. Jak miało się okazać, większe obawy u współtworzonego przez nich rządu budziło ryzyko potencjalnej rewolucji robotniczej niż dopiero co przeprowadzona próba prawicowego puczu.

Bezzębna demokracja

Z perspektywy czasu porażające jest, jak niewielkie były konsekwencje zamachu stanu – większość uczestników puczu (w tym Lüttwitza) objęła amnestia, oficerowie z powodzeniem kontynuowali kariery wojskowe, a członkowie w końcu rozwiązanej Marine-Brigade Ehrhardt szybko znaleźli schronienie w innych nacjonalistycznych formacjach, kontynuując stosowanie przemocy wobec wrogów politycznych. Przede wszystkim nienaruszone pozostały struktury Reichswehry, tak nieskorej do obrony Republiki. Mając za sobą kilkanaście milionów obrońców, socjaldemokraci dostali być może jedyną szansę na przeforsowanie poważniejszych zmian w kadrze oficerskiej i ograniczenie wpływów zwolenników Kaisera – nawet nie spróbowali z niej skorzystać.

Tymczasem z większą surowością potraktowano robotników, którzy po powodzeniu strajku generalnego odmówili złożenia broni – związkowcy domagali się rozszerzenia samorządności pracowniczej i przetasowań w rządzie, a kontrolę nad Zagłębiem Ruhry przejęła licząca kilkadziesiąt tysięcy ochotników Armia Czerwona. Rząd berliński obiecał pewne ustępstwa (których później przeważnie nie zrealizował), ale zarazem szybko wrócił do współpracy z armią i Freikorpsami, aby siłą przywrócić porządek. Opór robotników zdławiono m.in. poprzez masowe egzekucje, a po fakcie działacze rewolucyjnej lewicy nie mogli liczyć na uczciwe traktowanie ze strony sądownictwa. Stanowiło ono bowiem kolejny bastion reakcyjnych elit, które mentalnie nadal tkwiły w Cesarstwie Niemieckim.

O stronniczości sędziów świadczyły m.in. podwójne standardy w podejściu do przemocy politycznej. Między 1918 a 1922 rokiem radykalni lewicowcy dokonali 22 morderstw, co w blisko połowie przypadków kończyło się wyrokiem śmierci dla sprawców. W tym samym czasie skrajna prawica była odpowiedzialna za 354 morderstwa, ale ponad 90 proc. podejrzanych wypuszczono na wolność, a pozostali otrzymali bardzo łagodne wyroki kilkumiesięcznego pozbawienia wolności.

Z pobłażliwości wymiaru sprawiedliwości skorzystali również Adolf Hitler oraz jego współpracownicy po nieudanym zamachu stanu w 1923 roku – czołowi naziści spędzili zaledwie kilka miesięcy w więzieniu i szybko wznowili działalność polityczną. Natomiast niedoszłych komunistycznych rewolucjonistów za próby obalenia systemu skazywano na śmierć lub dożywocie. Socjaldemokraci po puczu Kappa nie podjęli próby reformy ideologicznie skrzywionego sądownictwa, ponieważ wierzyli w konieczność współpracy z prawicą i bali się zantagonizowania swoich liberalnych oraz konserwatywnych sojuszników, którzy nieufnie patrzyli na jakiekolwiek działania przeciwko tradycyjnym elitom. Mógł to być w końcu pierwszy krok do bolszewizmu. Tak samo pod naciskiem armii zrezygnowano z prób konstytucyjnego wzmocnienia pozycji parlamentu względem prezydenta, co również miało okazać się brzemienne w skutki u schyłku Republiki Weimarskiej.

Czytaj także „Bez wolnej Polski nie ma wolnych Niemiec”. Johann Philipp Becker a sprawa polska Przemysław Kmieciak

Pucz Kappa nie był jedynie nieudaną próbą zamachu stanu. Stanowił zignorowany przez socjaldemokratów sygnał ostrzegawczy. Pokazał, że duża część niemieckich elit traktowała republikę jako projekt tymczasowy. W następnych latach sędziowie mieli wielokrotnie roztaczać parasol ochronny nad skrajnymi nacjonalistami (w tym nazistami), kapitaliści zasypywali ich pieniędzmi, a Reichswehra biernie przyglądała się marszowi Hitlera ku władzy. Wrogów Republiki Weimarskiej nie powstrzymała klęska w 1920 roku, ponieważ główni obrońcy demokracji zadbali o uczynienie jej możliwie bezbolesną. W polityce, tak jak w futbolu, niewykorzystane sytuacje lubią się mścić – SPD zapłaciła najwyższą cenę, gdy jej członkowie zaczęli trafiać do nazistowskich obozów koncentracyjnych. Wielu pewnie wówczas żałowało, że bezprecedensowa mobilizacja kilkunastu milionów robotników ostatecznie poszła na marne za sprawą nadmiernej zachowawczości socjaldemokratycznych polityków.

Komentarze

Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.

Zaloguj się, aby skomentować
0 komentarzy
Komentarze w treści
Zobacz wszystkie