🗽 USA oficjalnie rezygnują z roli gwaranta europejskiego bezpieczeństwa. W nowej strategii Waszyngtonu Europa przestaje być sojusznikiem, a staje się problemem – politycznym i gospodarczym.
📉 Unijne elity reagują ostrożnie i spóźnione, jakby wciąż liczyły na powrót starego porządku. Tymczasem liberalny projekt UE traci poparcie, a poczucie słabości przywództwa narasta.
👊🏻 „Pax Americana” od początku była opowieścią o demokracji podporządkowanej interesom USA. Dziś jej kompromitacja uderza w Europę – która musi się od Stanów radykalnie odciąć.
To już oficjalne: Waszyngton rezygnuje z roli światowego hegemona. Podpisana przez prezydenta Donalda Trumpa Narodowa Strategia Bezpieczeństwa kończy z powojenną logiką, w myśl której USA były gwarantem europejskiego bezpieczeństwa i demokracji. W nowej amerykańskiej optyce Europa nie jest już sojusznikiem Stanów – jest problemem. Nie potrafi zapewnić sobie bezpieczeństwa, nie radzi sobie z Rosją, wprowadza cenzurę mediów społecznościowych i niszczy tożsamości narodowe.
Do pieca dodał Elon Musk, pisząc na X, że „Unię Europejską należy zlikwidować”. To reakcja na 120 mln euro kary, którą Komisja Europejska nałożyła na jego platformę za naruszenie obowiązków dotyczących przejrzystości, zgodnie z unijną ustawą o usługach cyfrowych (chodzi m.in. o fałszywe oznaczanie tożsamości, niejawne reklamy i brak możliwości kontroli platformy przez badaczy). „Dokładnie tak” – przyklasnął mu Dmitrij Miedwiediew, wiceszef Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.
We wtorek Trump dogrillował Europę w wywiadzie dla POLITICO. Określił ją jako „upadającą grupę narodów” rządzoną przez „słabych ludzi”. „Myślę, że nie wiedzą, co robić. Europa nie wie, co robić” – ocenił prezydent USA.
Z tą ostatnią myślą Trumpa ciężko się nie zgodzić. Reakcja unijnych liderów na amerykańskie połajanki jest tradycyjnie ostrożna. Szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas podkreśliła, że „jesteśmy [Europa i USA – przyp. aut.] największymi sojusznikami i powinniśmy trzymać się razem”. Szef Rady Europejskiej Antonio Costa wyraził zadowolenie z faktu, że Stany „wciąż uważają Europę za sojusznika”. A szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zabrała głos dopiero w czwartek – niemal tydzień później. „W głębi serca jestem przekonaną transatlantyczką […] ale ważne jest to, że jesteśmy dumni z tego, że jesteśmy Unią Europejską” – spuentowała mętnie.
Europejscy liderzy zachowują się tak, jakby śnili zły sen, który skończy się wraz z kadencją Donalda Trumpa. Jakby wierzyli, że Stany Zjednoczone wrócą jeszcze na stanowisko strażnika Europy i demokratycznych wartości – albo jakby nie widzieli innego wyjścia z sytuacji. Kłopot w tym, że USA od dekad „broniły demokracji” wybiórczo i instrumentalnie – a Europa z tego skwapliwie korzystała.
USA sprzedawały światu język wartości, choć zawsze chodziło o interesy
Amerykanom jedno trzeba przyznać: są mistrzami storytellingu. Historia Pax Americana, amerykańskich porządków na świecie, rozpoczyna się jakoś w 1944 roku. Europa tonie wówczas w gruzach, hitlerowskie wojska tracą zdolności ofensywne, a na terenach dzisiejszej Białorusi i Ukrainy zaczyna się panoszyć Związek Radziecki. I wtedy zjawia się on – wujek Sam, niczym superbohater z komiksu Marvela. Otwiera żołnierzom rampy barek desantowych w Normandii, imponuje nadludzką siłą nad Hiroszimą i Nagasaki, wymierza sprawiedliwość w procesach norymberskich.
W drugiej połowie lat czterdziestych w niemieckim radiu pokrzykiwania Hitlera zastępuje swing i hillbilly bop. Wujek Sam ratuje Europę przed głodem (Plan Marshalla) i Sowietami (powstanie NATO). Chroni glob przed powrotem Wielkiego Kryzysu, czyniąc dolara główną walutą rezerwową świata (system z Bretton Woods). W kolejnych dekadach zabawia świat coraz atrakcyjniejszymi opowieściami o samym sobie (umasowienie telewizji i popkultury), zarabia krocie na globalizacji handlu i wytrwale broni – na przykład Iran, Gwatemalę, Kongo, Chile, Koreę czy Wietnam – przed komunistyczną szarańczą. W 1989 roku odnosi nad nią kluczowe zwycięstwo. Pink Floyd koncertuje na gruzach muru berlińskiego, Michaił Gorbaczow występuje w reklamie Pizzy Hut, a czapki z czerwoną gwiazdą zalewają bazary w charakterze turystycznych gadżetów.
Francis Fukuyama ogłasza koniec historii – nieunikniony triumf liberalnej demokracji we wszystkich zakątkach globu. Wujek Sam nie może jednak odsapnąć, bo na ostatniej prostej tej autostrady panoszą się złole: a to terroryści (Irak, Afganistan, Libia), a to handlarze narkotykami (Panama, Kolumbia, Boliwia). W międzyczasie Chiny stają się mocarstwem, europejskie silniki wzrostu zaczynają szwankować, a wujek Sam odkrywa Twittera. Nie działa już inaczej niż dla natychmiastowej gratyfikacji, nie wchodzi w drogę co silniejszym złolom, ale wciąż ma się za obrońcę demokracji – przy czym potrzebę interwencji w tym zakresie dostrzega przede wszystkim w Europie.
W języku Trumpa wartości schodzą na drugi plan – na pierwszy wychodzą interesy. To one zawsze były motorem działania (choć nie gadania) wujka Sama. USA przystąpiły do II wojny światowej, by bronić swoich wpływów na Pacyfiku i swobody żeglugi po globalnych szlakach handlowych. Przestawienie gospodarki na wojenne tory przyniosło im boom gospodarczy, który w kolejnych dekadach pozwolił milionom spełnić amerykański sen o białym pick-upie, domu z werandą i świętym spokoju.
Podczas gdy Plan Marshalla otworzył europejskie rynki na amerykański kapitał i związał je z systemem dolarowym, utworzenie NATO uzależniło Europę od amerykańskiej polityki bezpieczeństwa, w myśl której była buforem przed ZSRR. Również zimnowojenne „obrony wolnego świata” przed komunizmem, „misje stabilizacyjne” w ramach wojny z terrorem czy „wsparcia organów ścigania” w walce z przestępczością narkotykową podporządkowane były logice amerykańskich interesów gospodarczych. Tej samej, która pozwalała Stanom przymykać oko na antydemokratyczne grzechy swoich sojuszników – Indonezji Mohameda Suharto, Egiptu Hosaniego Mubaraka czy Arabii Saudyjskiej.
I tej samej, na którą powołuje się Trump porzucając Europę, bagatelizując rosyjskie ambicje i skupiając się na ekonomicznej, technologicznej i militarnej rywalizacji z Chinami.
Dlaczego USA porzucają Europę?
Pax Americana, powojenny globalny ład, był być może najpiękniejszym z politycznych światów. Przynajmniej dla Zachodu, w tym Europy, bo w interesie USA leżało, by ta się rozwijała, była bezpieczna i bogata. Żeby Niemcy byli dumni ze swoich samochodów, a nie swojego DNA, a Francuzi i Brytyjczycy rywalizowali co najwyżej o to, czyja kultura wysoka jest bardziej nadęta. Żeby mieszkańcy Bloku Wschodniego zobaczyli z bliska kapitalizm z najbardziej ludzką z twarzy. Żeby Europę stać było na zakup amerykańskich towarów.
Współczesna, starzejąca się i zdyszana gospodarczo Europa nie jest dla USA kluczowym rynkiem eksportowym ani partnerem technologicznym. Nie jest też, jak było to w czasach zimnej wojny, kluczowym teatrem globalnych działań, a wręcz przeszkadza Stanom skupić się na najważniejszej dla nich, indopacyficznej scenie. Dopiero teraz poczuła na własnej skórze, do jakich logicznych fikołków zdolne są Stany, gdy coś stanie im na drodze do realizacji imperialnych planów.
Wcześniej doświadczały tego głównie kraje globalnego Południa. Liczne przejawy amerykańskiej hipokryzji i podwójnych standardów doprowadziły do globalnej kompromitacji języka Pax Americana – języka promocji demokracji, humanitaryzmu i praw człowieka. Ów język nie wzbudza dziś już w niemal nikim nadziei. Zagłuszył go huk bomb spadających na Irak, warkot pił w amazońskim lesie i buczenie klimatyzatorów w korporacjach odpowiedzialnych za wylesianie, głód i zmiany klimatu.
Dlatego Rosja, gdy tylko podniosła się po upadku ZSRR, pożeniła swoją własną tradycję politycznych kłamstw z amerykańskim zwyczajem ubierania imperialnych interesów w język wartości. Najpierw wykorzystała amerykański dyskurs o „wojnie z terrorem”, by legitymizować własne zbrodnie w Czeczenii. A potem, ku uciesze pozazachodniego świata, zaczęła trollować amerykański dyskurs, ogłaszając „obronę ludności rosyjskojęzycznej”, która później przekształciła się w „specjalną operację wojskową”.
Żeby było jasne: to Rosja jest odpowiedzialna za swoje imperialistyczne ekscesy, w tym szczególnie wojnę w Ukrainie. Amerykańska hipokryzja nie jest jej winna ani jej nie usprawiedliwia (wbrew temu, co sądzi wielu moich lewicowych kolegów na Zachodzie i nie tylko). Jednak Rosja nie byłaby tak skuteczna w promocji swojej narracji na temat tego konfliktu, gdyby nie kompromitacja idei demokracji w wykonaniu wujka Sama.
Europa nie tylko odwracała od tej kompromitacji oczy dla własnych korzyści, ale sama się do niej przyłożyła. Chełpiąca się dziedzictwem rewolucji Francja urządziła Algierii brutalną wojnę kolonialną, Wielka Brytania, ojczyzna parlamentaryzmu – tłumiła rebelię w Kenii, stosowała tortury w Irlandii Północnej i popierała antykomunistyczne junty od Aten po Oman. Włochy po cichu wspierały mafijne siatki w ramach walki z Partią Komunistyczną Włoch, a Niemcy – jeszcze przed zjednoczeniem – budowały swoją potęgę na współpracy energetycznej z Rosją.
Liberalny projekt UE traci poparcie
Po upadku żelaznej kurtyny Europa weszła w rolę podobną do tej, którą Stany odegrały wobec niej po drugiej wojnie światowej. Jej ekspansji ekonomicznej na Wschód towarzyszył język promocji demokracji i obietnica wspólnej europejskiej emancypacji. Efekty europejskiej integracji nie są oczywiście tak karykaturalne, jak „misji stabilizacyjnej” USA w Afganistanie. Wręcz przeciwnie – milionom Europejczyków ze Wschodu po okresie transformacyjnego upadku żyje się dziś lepiej. Nawet jeśli nie u siebie, to na emigracji.
Jednak wycieranie sobie gęby językiem wartości w imię interesów silnych unijnych aktorów zniechęciło do idei Unii wielu mieszkańców jej peryferii. Grecja czy Hiszpania nigdy nie wybaczyły Brukseli i Berlinowi odgórnego narzucenia im polityki cięć po kryzysie euro, a później jej obojętności wobec rodzącego się w tych krajach kryzysu migracyjnego. Kraje wyszehradzkie mają powody, by czuć się wykupioną przez Zachód montownią, w dodatku żywioną gorszej jakości produktami. Kraje graniczące z Rosją czują do Brukseli uzasadniony żal o przymykanie oczu na interesy z Moskwą. A ślepota brukselskiej biurokracji na lokalne uwarunkowania i skutki uboczne – od niesprawiedliwych podwyżek cen energii, przez premiowanie największych gospodarstw rolnych, po nieszczęsne nakrętki przytwierdzone do butelek – zniechęciła tysiące obywateli UE do całkiem sensownych, choć niedoskonałych rozwiązań systemowych.
Wśród europejskich liberałów powszechna jest teza: za wzmacnianie antydemokratycznej i antyunijnej narracji w Europie odpowiedzialni są Donald Trump i Władimir Putin. Ale oni zagospodarowują istniejące frustracje, wykorzystując je do własnych celów. Niechęć do Unii Europejskiej wzrasta nawet w Polsce, czempionie wykorzystywania unijnych pieniędzy. Z sondażu Eurobazooka przeprowadzonego na zlecenie francuskiego magazynu „Le Grand Continent” wynika, że o ile w 2022 roku za pozostaniem w UE opowiadało się 92 proc. Polaków, dzisiaj za polexitem optuje rekordowe 25 proc.
„Gazeta Wyborcza” spekuluje, że może być to efekt zwycięstwa Karola Nawrockiego lub zaostrzenia antyunijnej retoryki przez Jarosława Kaczyńskiego. To łatwe wytłumaczenie, które nie wyjaśnia, dlaczego zaostrzenie to trafia na podatny grunt. Nie pyta o to, jak zmieniła Polaków inwazja Rosji na Ukrainę, jak (przynajmniej na początku) zaimponowała im ukraińska asertywność w kontaktach z Zachodem, jakie instynkty uruchamia w ludziach poczucie zagrożenia, jak sczezło wątłe zaufanie do europejskiego lidera, czyli Niemiec, wreszcie – jak postrzegana jest słabość europejskich liderów.
Ten ostatni czynnik wydaje się dzisiaj kluczowy. Potwierdza to najnowsze międzynarodowe badanie POLITICO. Wynika z niego, że mieszkańcy Europy podzielają opinię Trumpa: europejscy przywódcy są słabi. I oczekują od nich, by przeciwstawili się Trumpowi, zamiast dogadywać się z nim za wszelką cenę.
Prawica chętnie porównuje Unię Europejską do późnego ZSRR. Uważa, że to kolos na glinianych nogach, zarządzany przez odklejonych aparatczyków, którzy nie dopuszczają do siebie żadnej krytyki. W pewnym sensie ma rację – i nie dotyczy to tylko UE, lecz całej liberalnej demokracji w minionym już wydaniu Pax Americana. Świetnie uchwycił to w 2016 roku Adam Curtis w swoim wyprodukowanym dla BBC dokumencie Hypernormalisation. To termin wymyślony przez rosyjskiego profesora antropologii w odniesieniu do schyłku ZSRR, gdy wszyscy wiedzieli, że ustrój upada, ale nikt nie wyobrażał sobie dlań alternatywy, więc zachowywano pozory, że wszystko jest okej. Pogrążony w kryzysach zachodni świat – dowodził Curtis w swoim filmie dekadę temu – jest na tej samej drodze.
W 2025 roku liberalne elity – ale i ci, którzy mają do tych elit swoje „ale”, lecz wciąż wierzą, że lepsze liberalne elity niż cokolwiek, co przyjdzie po nich – przypominają nie tyle aparatczyków ze schyłkowego ZSRR, co twardogłowych komunistów od puczu Janajewa, którzy w sierpniu 1991 roku próbowali cofnąć czas. Świat, który chcą ocalić, już nie istnieje. Nie istnieje Pax Americana, dlatego i sens zaprojektowanego w jego ramach europejskiego projektu stoi pod znakiem zapytania.
Europa musi wymienić mleczaki na stałe zęby
W pewnym sensie Europa wróciła do 1945 roku. Musi opowiedzieć siebie na nowo – tym razem samodzielnie, bez pomocy USA. Jeśli tego nie zrobi, na jej gruzach umości się skrajna prawica, a może i – przynajmniej na jej wschodnich peryferiach – ruski mir. Ale strach przed tym ostatnim nie może być jedynym spoiwem tej nowej opowieści. Im bardziej nierównomiernie zagrażać poszczególnym zakątkom Europy będzie Rosja, tym nietrwalszy okaże się to klej – czego dowodzą głębokie podziały wewnątrz ogarniętej wojną Ukrainy.
Spoiwem tym nie może też być stara opowieść o wspólnym europejskim narodzie – i piszę to jako osoba, która z europejskością w jakimś stopniu się utożsamia. Jak bardzo ta opowieść nie działa, wie każdy, kto odwiedził Dom Historii Europejskiej w Brukseli. Otwarta w 2017 roku wystawa skonstruowana została tak, by nikogo nie urazić – nie ma w niej za to emocji, konfliktów ani bohaterów. To technokratyczna opowieść o nieuchronności integracji, która prowadzi widza przez pasujące do tej tezy wydarzenia. Dowiadujemy się sporo o pierwszej wojnie światowej (o drugiej trudniej opowiedzieć), hiszpańskiej wojnie domowej i rozpadzie Bloku Wschodniego. Ani słowa za to o kosztach rozmaitych transformacji, lokalnych niuansach, konfliktach pamięci.
Ale największym problemem tej opowieści nie jest to, że jest wybiórcza i fałszywa – każda opowieść o narodzie w jakimś stopniu taka jest, żadna nie klei się w pełni z lokalnymi pamięciami. Najgorsze jest w niej to – jak pisałam tuż po otwarciu Domu Historii Europejskiej – że jest niesprawcza. Na brukselskiej wystawie opowieść o kolonializmie kończy się samobiczowaniem za wojnę w Iraku, opowieść o Zagładzie – uchodźcami tonącymi w Morzu Śródziemnym, opowieść o kryzysie naftowym i neoliberalnych latach 80. – kryzysem 2008 roku. Wszystko pięknie uświadomione, tyle że niewiele z tego wynika, oprócz niezbyt porywającego jak na propagandę polityczną przekazu: „wiemy, że wszystko robimy źle, ale brnijmy w to”.
Europa musi wymienić mleczaki na zęby stałe – udowodnić siłę i niezależność od zwariowanego wujka Sama. Do tego wujkobójstwa potrzebne jest radykalne zerwanie z dziedzictwem Pax Americana. Musimy potępić grzechy NATO pod amerykańskim przywództwem i globalne grzechy liberalnej demokracji, w tym swoje własne. Tylko w ten sposób w oczach własnych obywateli Europa stanie się samodzielnym graczem, a w oczach Globalnego Południa – odróżni się od USA.
Nowa europejska opowieść powinna radykalnie odciąć się od degrengolady amerykańskiego świata. Powiedzieć wyraźnie: nie chcemy w Europie bezdomnych wyściełających ulice ultrabogatych miast, kamperowych osiedli nędzy, fentanylowych zombie mnożących się wprost proporcjonalnie do przychodów korporacji farmaceutycznych. Nie chcemy bankructwa za złamaną rękę, strzelanin jako elementu kalendarza szkolnego, polityki pisanej przelewami miliarderów. Chcemy dobrobytu dla szerokich mas, suwerenności technologicznej od big techów, zielonej reindustrializacji i autonomii energetycznej. Chcemy skandynawskiego dobrobytu, niemieckiej kultury dialogu, francuskiej podmiotowości, estońskiej cyfrowości, ukraińskiej odporności, holenderskiego planowania przestrzennego i polskiego fermentu.
Opowieść ta musi przy tym porzucić skompromitowany i moralizatorski język wartości. Nie znaczy to, że powinniśmy za Trumpem redukować wszystko do retoryki dealu – musimy mówić językiem interesu zakorzenionego w wartościach. Interesu, a raczej interesów – bo potrzeby Europejczyków są różnorodne. Bruksela musi przestać się łudzić, że staną się one jednolite, przestać szukać i nie narzucać zgniłych kompromisów. To wymaga reformy wysoce nieelastycznej biurokracji, ale i stojącej za europejską gospodarką logiki, która służyła dotąd najsilniejszym krajom. Południe potrzebuje wsparcia w walce z ubóstwem energetycznym, gentryfikacją obszarów turystycznych, wzmocnienia usług publicznych. Wschód – inwestycji w lokalne łańcuchy produkcji, energetykę i infrastrukturę bezpieczeństwa. Kraje obciążone szlakami migracyjnymi potrzebują brukselskiej solidarności, a małe kraje – akceptacji różnorodności modeli rozwoju. Last, but not least, Francja i Niemcy potrzebują pewności, że Europa to jedyna droga do odzyskania przez nie znaczenia.
Radykalna krytyka Europy nie jest zaproszeniem do jej demontażu. Jest jedyną drogą do jej ocalenia.






























Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.
„Ten ostatni czynnik wydaje się dzisiaj kluczowy. Potwierdza to najnowsze międzynarodowe badanie POLITICO. Wynika z niego, że mieszkańcy Europy podzielają opinię Trumpa: europejscy przywódcy są słabi. I oczekują od nich, by przeciwstawili się Trumpowi, zamiast dogadywać się z nim za wszelką cenę” – sam myślę o tym od dłuższego czasu i dziwię się, że żadna nieprorosyjska i nie-antyeuropejska partia z UE (albo takie są, ale o nich nie słyszałem) nie buduje na tym opowieści, żeby zagospodarować tę frustrację Europejczyków/Europejek. Sam jestem mocno zirytowany na kolejne umizgi do USA naszej klasy politycznej (prawicowej i liberalnej). Czasem coś tam Zandberg zapostuje w mediach społecznościowych o panoszącym się ambasadorze USA i jego krzywych tekstach, ale tak to zero. Może ludzie jeszcze boją się równania „nie jesteś za USA = popierasz Rosję”, co w erze wojny informacyjne i tak zostanie wykorzystane przez Moskwę. Niemniej im szybciej odetniemy się narracyjnie (pełna niezależność pewnie nigdy nie będzie możliwa) od USA, tym lepiej.
Sama prawda, tylko o tym trzeba bylo pisac od lat, a nie dopiero jak mamy trumpa…. Choc pewnie lepiej pozno niz wcale. Gratuluje, b dobry tekst.
Obrazila Pani wszystkich amerykanskich weteranow ( jeszcze zyjacych) i wszystkich, ktorzy oddali swoje zycia, by walczyc z zaraza nazizmu. No ciekawe, jak by sie skonczyla II wojna, gdyby nie USA, nie wspominajac juz, co by wyprawiali Japonczycy w Azji ( prosze spytac Chinczykow czy Koreanczykow) i jak by sobie Europa dala rade bez Planu Marshalla…..bzdura goni bzdure w tym tekscie.