Dzięki trendom na tik-toku dowiedzieliśmy się, że mężczyźni omal każdego dni myślą o Imperium Rzymskim. Ciekawe, czy równie często medytują o Hitlerze? W końcu żyjemy nieprzerwanie w czasach wydawniczego „zwrotu nazistowskiego”. Księgarnie są regularnie zasilane publikacjami o III Rzeszy w najróżniejszych ujęciach – społecznym, militarnym, politycznym, biograficznym, gore. Nie brakuje też filmów, jutuberskich rozkmin i podcastów o Norymberdze, bitwie pod Kurskiem, „Nocy długich noży”, dojściu NSDAP do władzy, Dunkierce, morderczych, wydajnych StuGach. Na dodatek nikczemna osoba Führera jest co rusz przywoływana w dyskursie bieżącym jako model-memento, odkąd tak zwani populiści zaczęli wygrywać w regionie i na świecie.
Dlatego publicznie i szczerze wyznaję, że kiedy tylko dałem się w minioną sobotę wessać twitterkowi komentującemu atak Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran, pomyślałem w pierwszej kolejności o Hitlerze. A właściwie – o przeczytanej dopiero co książce Obrażają mnie, mówiąc, że chcę wojny. Wywiady z Hitlerem, którą napisał Éric Branca.
Dlaczego? Bo prócz filmików i zdjęć ukazujących zniszczenia w bliskowschodnich miastach oraz popłoch tamże, zaskoczonych rzeczywistością celebrytów relacjonujących live swoje zaskoczenie, prócz doraźnych, płytkich analiz i znakomitych memów, twitternauci, zwłaszcza amerykańscy i nieprzychylni Trumpowi, administracji Trumpa i jego obsłudze klakierskiej, zaczęli wrzucać nagrania i skriny, z których niezbicie wynikało, że Trump, przedstawiciele administracji Trumpa i jego obsługa klakierska jeszcze nie tak dawno, za to od bardzo dawna, byli atakowi na Iran przeciwni. Ze sprzeciwu wobec ewentualnej napaści USA na Iran uczynili swój oręż wymierzony w demokratów; na gromko oznajmianej niezgodzie na Tomahawki i F-35 nad Teheranem zbijali polityczny i zasięgowy kapitał.
Już w roku 2012 The Donald szydził z prezydenta Obamy, że ten w obliczu spadającej popularności zaordynuje w akcie desperacji bombardowania Libanu albo Iranu. Nie dalej jak w ostatniej kampanii prezydenckiej deklarował z kolei, iż nie rozpocznie wojny z Iranem. I zasadniczo – AMERICA FIRST! W podobnym tonie wypowiadali się jego medialni poplecznicy i ci politycy, których ma dzisiaj w Białym Domu u swojego boku. Ledwie sześć lat temu Tulsi Gabbard, obecnie szefowa wywiadu, sprzedawała nawet koszulki z napisem ŻADNEJ WOJNY Z IRANEM.
Hitler postępował dość podobnie. Książka Obrażają mnie, mówiąc, że chcę wojny, na którą składa się 16 wywiadów, jakich udzielił prestiżowym redakcjom i agencjom zagranicznym – amerykańskim, francuskim i angielskim – pomiędzy 1923 a rokiem 1940, to świadectwo bezwzględności w manipulowaniu dziennikarzami, społecznością międzynarodową, głowami innych państw i własnym elektoratem w celu zatajenia rzeczywistych celów i metod. Czytelnik przeciera oczy ze zdumienia, gdy Führer oznajmia z przekonaniem, że jest pacyfistą. Co więcej, że zabiega o „utrzymanie pokoju w Europie”.
„Czy wyglądam na szaleńca?” – pyta Hitler, urażony, że ktokolwiek śmie imputować mu wojenne zamiary. Żydów natomiast będzie chciał jedynie „izolować”. Raz upomina się o odzyskanie niemieckich kolonii, raz po wielkopańsku macha na te odległe krainy ręką. Wyrzeka się nienawiści do Francji, którą zadeklarował w Mein Kampf, bo zaszła w nim przemiana i teraz chce dialogu – a jeśli zmagań, to wyłącznie „olimpijskich”. Jego wrogiem numer jeden mają być dość nieostro zdefiniowani „bolszewicy”, to przed nimi, w Niemczech, chce bronić Niemców. A stan wyjątkowy po pożarze Reichstagu zaprowadzono jedynie tymczasowo.
Dziennikarze i korespondenci łykają to wszystko gładko, z uśmiechem i bez należytej kontry. Znamy Hitlera jako wielkiego magnetyzera tłumów i mistrza w doprowadzaniu stadionowych mas do emocjonalno-nacjonalistycznego wrzenia. Obrażają mnie… dowodzi, że był równie skuteczny w przekonywaniu jednostek – nawet jeśli z racji zawodu powinny być szczególnie wyczulone na ściemę.

Nie trzeba jednak doszukiwać się w tym niezwykłości ani uważać Hitlera za kogoś w rodzaju Kaszpirowskiego. Zwłaszcza żurnaliści z Francji, z których wielu po 1940 roku ochoczo i gorliwie odda się kolaboracji, potakiwali mu i pozwalali na monologi, bo po prostu mówił na głos to, co już pulsowało w ich brunatnych serduszkach i umysłach. Niektórzy mu ulegali, bo chcieli za wszelką cenę zdobyć „sensacyjny wywiad”; inni z powodu deficytów intelektualnych i krytycznych. Bywali i tacy, na których czar Hitlera nie podziałał, ale ci z kolei, jak na przykład amerykańska dziennikarka Dorothy Thompson, nie wiedzieli w nim szczególnego zagrożenia dla europejskiego porządku, bo uważali, że ostatecznie jest wcieleniem „przeciętności”.
Rzecz nie w tym, by czynić z Trumpa ponowoczesnego, oranżowego Hitlera w skali 1:1. Nazbyt to łatwe i nietrudne do zbicia. Hitlerem powodował nieprzejednany fanatyzm – rasistowski, antysemicki, nacjonalistyczny, apokaliptyczny. Trumpowi chodzi prędzej o sławę (dla siebie) i kasę (dla siebie i swoich) plus o amerykańskie zobowiązania wobec Izraela. Majaczenia o Kanadzie, Meksyku czy Grenlandii jako kolejnych stanach Ameryki nie są realizacją jakiejś manhattańskiej doktryny lebensraum. Również jego niechęć do „lewackich szumowin”, imigrantów i demokratów raczej się nie zmaterializuje w postaci dołów z tysiącami zwłok i obozów zagłady. Jednak między Hitlerem identyfikującym się jako pacyfista i powtarzającym, że nie przygotowuje inwazji i wojen, a Trumpem desperacko zabiegającym o Pokojową Nagrodę Nobla, powołującym Radę Pokoju i latami odżegnującym się od ataku na Iran zachodzi wyraźne podobieństwo.
Dodałbym tu jeszcze i Putina z oświadczeniami, że nie zamierza uderzyć na Ukrainę, a gdyby jednak uderzył, to byłby to gest wyłącznie obronny, bo Rosja – zajmująca, przypominam, jedną ósmą powierzchni Ziemi – jest otaczana przez NATO – a w końcu, że uderzył, ale to nie żadna wojna, lecz „operacja specjalna”. Również bezkrytyczne zafascynowanie jego osobą zagranicznych dziennikarzy, intelektualistów i filmowców przywodzi na myśl książkę Branki. Urzeczenie błękitnymi oczami Führera, jego witalnością, zdrową cerą czy wywodami o historii powtórzyło się kilkadziesiąt lat później jako pochwała dżudoki, hokeisty, jeźdźca z gołą klatą i znawcy dziejów Rosji wraz z krnąbrnymi przyległościami.
Mamy tu do czynienia z przywódcami, dla których słowa, choćby i te największe, nie znaczą kompletnie nic. Owszem, politycy kłamią, ale tylko niektórzy z nich mogą wpłynąć na historię świata i los całych narodów. Dlatego gołębie pokoju z podwieszonymi bombami MOP i KAB są wyjątkowo niebezpieczne. Ich dziedzictwem jest pożoga, śmierć, strach, niekończące się wojny domowe, kryzysy uchodźcze i zniszczony język – pozbawiony wagi, wysycony ze znaczenia, służący przebiegłym oprawcom, doprowadzony do ruiny niczym Gaza, Donbas i każde inne miejsce, na które trzeba było zrzucić tony eksplodującej demokracji.
A nam pozostają te banalne konstatacje i skrolowanie horroru, w jaki zamienia się XXI wiek. Oczywiście – póki co. Bo może i my pewnego dnia usłyszymy, jak nad dachami naszych domów łopoczą metalowe skrzydła ptactwa niosącego nam pokój, wolność bądź historyczną konieczność.
**
Źródło cytatów: Éric Branca, Obrażają mnie, mówiąc, że chcę wojny. Wywiady z Hitlerem. Przeł. A. Dywan


![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)





Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.
Ani mi Trump brat, ani swat, ale analogia Trumpa i Hitlera?? To mialo być smieszne, panie satyryku?
Pomijam juz ten nagły atak miłości eseisty do zbrodniczego, fundamentalistyczno-religijnego reżimu mordującego masowo swoich (na razie) obywateli, ale jak już mamy do napisania satyryczny esej z analogiami, w którym obowiązkowo musi znaleźć się Hitler, to ja poroponuję taki (postaci wydają mi się lepiej przypasowane):
A więc co by bylo, gdyby w koncowce lat 30 ub. wieku znalazł się taki „Trump”, ktory zdecydowałby sie zaatakować zbrodniczy reżim i samego Hitlera, uśmiercić tuzin najwyższych dowódców oraz zacząć zrównywać z ziemią fabryki zbrojeniowe?
Czy świat przypadkiem nie odczułby pewnej ulgi? Czy jednak wołalibyśmy, ze to hańba atakować wolny kraj i snuli analogie do Czyngis-Chana?
Co, satyryk-eseista może, to ja też. Będę się jednak upierał, że moje analogie są odrobinę mniej kretyńskie.
Trump mógłby wyeliminować Putina, gdyby chciał:) ciekawe, co takiego go powstrzymuje.
Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale naziści doszli w Niemczech do władzy miedzy innymi dzięki wsparciu wielkich biznesów i przemysłowców. Człowiek o mentalności Trumpa zapewne byłby w stanie ubić z nimi parę geszeftów. Pomijając już kwestie tego, ze Trump nie angażuje sie w absolutnie żaden konflikt z przyczyn humanitarnych, a jedynie z czystej kalkulacji. Wiec to, ze aktualnie populacja Iranu bardzo ewentualnie skorzysta na obaleniu ajatollahów (pomijajac juz to, ze Trump sobie tym glowy w ogole nie zaprzata), to jest czysta koincydencja, ze ta interwencja ma ten watpliwy aspekt walki o prawa czlowieka.
„ analogia Trumpa i Hitlera??”
Analogia nabiera sensu gdy założymy, że Trump nie jest wariatem ale, trzymany za jaja przez Izrael, realizuje cele tegoż. W tym przypadku jest jak najbardziej trafna. Ostateczne rozwiązanie kwestii palestyńskiej, bezlitosna walka o lebensraum dla Narodu Wybranego, poczucie wyższości oparte na kryteriach rasowych. No cóż…
Są kretyńskie. A ponadto kłamliwe. Albowiem sugestia, jakoby autor pałał miłością czy nawet sympatią do obecnego irańskiego reżimu jest czystą insynuacją.